Czy prace magisterskie to przeżytek?

5/5 - (1 vote)

Jak powinien wyglądać egzamin magisterski? Może pobawmy się trochę w futurologów, jak wyglądać będzie społeczeństwo za 50 lat… W następnych wpisach.


Rozwinięcie 2025

Pytanie o to, czy prace magisterskie nie są już przeżytkiem, pojawia się coraz częściej i wcale nie jest ono pozbawione sensu. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu napisanie pracy magisterskiej było naturalnym i właściwie jedynym sposobem podsumowania kilkuletnich studiów. Był to dowód na to, że absolwent potrafi samodzielnie pracować z literaturą, logicznie myśleć, formułować wnioski i poprawnie posługiwać się językiem naukowym. Dziś jednak wiele z tych założeń budzi wątpliwości.

Zacznijmy od samej idei pracy magisterskiej. W teorii ma ona być samodzielnym opracowaniem naukowym, które pokazuje, że student opanował warsztat badawczy właściwy dla swojej dyscypliny. W praktyce bardzo często jest to tekst odtwórczy, oparty na kilku podręcznikach, paru artykułach i ankiecie przeprowadzonej na niewielkiej grupie respondentów. Trudno mówić tu o realnym wkładzie w rozwój nauki, a jeszcze trudniej o rzeczywistej innowacyjności.

Nie jest to zarzut wobec studentów, lecz raczej wobec samego systemu. Od autora pracy magisterskiej oczekuje się jednocześnie samodzielności i podporządkowania określonym schematom. Ma być oryginalnie, ale nie za bardzo. Ma być krytycznie, ale bez podważania autorytetów. Ma być nowatorsko, ale zgodnie z tym, co już zostało wielokrotnie opisane. W efekcie powstają prace poprawne formalnie, lecz pozbawione większego znaczenia.

Warto również zadać pytanie, na ile umiejętności sprawdzane poprzez pisanie pracy magisterskiej są dziś rzeczywiście potrzebne absolwentom. W wielu zawodach umiejętność tworzenia kilkudziesięciostronicowego tekstu naukowego nie ma żadnego praktycznego zastosowania. Pracodawcy rzadko interesują się tematem pracy magisterskiej, a jeszcze rzadziej ją czytają. Dla większości liczy się sam fakt posiadania dyplomu, a nie to, co dokładnie się w nim znajduje.

Dodatkowym problemem jest zmiana sposobu dostępu do wiedzy. Kiedyś student, pisząc pracę magisterską, musiał spędzać długie godziny w bibliotece, samodzielnie wyszukiwać książki i artykuły, robić notatki i zestawiać różne źródła. Dziś ogromna część literatury jest dostępna w formie elektronicznej, a wyszukiwanie informacji sprowadza się często do kilku kliknięć. To, co kiedyś było istotną umiejętnością, dziś stało się czynnością techniczną.

Nie można też pominąć wpływu nowych technologii, w tym narzędzi opartych na sztucznej inteligencji. Coraz łatwiej wygenerować tekst, streścić artykuł, uporządkować bibliografię czy nawet zaproponować strukturę całej pracy. Oczywiście nie oznacza to, że student nie musi już nic robić, ale granica między samodzielną pracą a wspomaganiem się narzędziami staje się coraz bardziej płynna. W takiej sytuacji sens tradycyjnej pracy magisterskiej jako dowodu indywidualnych kompetencji staje pod znakiem zapytania.

Skoro więc prace magisterskie tracą swoje pierwotne znaczenie, naturalnie pojawia się pytanie o egzamin magisterski. Jak powinien on wyglądać? Obecnie najczęściej jest to formalna rozmowa, podczas której student odpowiada na kilka pytań związanych z treścią pracy i ogólną wiedzą kierunkową. W praktyce egzamin ten rzadko bywa wyzwaniem intelektualnym. Często sprowadza się do potwierdzenia, że autor pracy wie, co w niej napisał.

Być może warto zastanowić się nad innymi formami sprawdzania kompetencji absolwentów. Zamiast pracy magisterskiej można by wprowadzić projekty zespołowe, studia przypadków, egzaminy praktyczne lub długoterminowe zadania realizowane we współpracy z firmami czy instytucjami. Takie rozwiązania lepiej odpowiadałyby realiom współczesnego rynku pracy i pozwalałyby ocenić umiejętności, które rzeczywiście są przydatne.

Można też pójść jeszcze dalej i spróbować spojrzeć na ten problem z perspektywy przyszłości. Pobawmy się przez chwilę w futurologów i spróbujmy wyobrazić sobie, jak może wyglądać społeczeństwo za 50 lat. Jaką rolę będą w nim odgrywały uczelnie wyższe? Czy dyplom nadal będzie miał znaczenie? Czy wiedza będzie przekazywana w taki sam sposób jak dziś?

Jeżeli tempo rozwoju technologii się utrzyma, dostęp do wiedzy będzie niemal nieograniczony. Granica między edukacją formalną a samokształceniem może się całkowicie zatrzeć. W takim świecie tradycyjna praca magisterska, pisana według sztywnych zasad i oceniana przez niewielką komisję, może wydawać się reliktem przeszłości. Zamiast niej liczyć się będą konkretne umiejętności, doświadczenie i zdolność rozwiązywania realnych problemów.

Z drugiej strony nie można wykluczyć, że prace magisterskie przetrwają, ale w zmienionej formie. Być może będą krótsze, bardziej projektowe, mniej teoretyczne. Być może ich celem nie będzie już tworzenie tekstu, lecz zaprezentowanie procesu myślenia, sposobu dochodzenia do wniosków i umiejętności krytycznej analizy informacji. W takim ujęciu forma pisemna byłaby tylko jednym z możliwych narzędzi, a nie celem samym w sobie.

Warto też pamiętać, że system edukacji zmienia się znacznie wolniej niż technologia czy społeczeństwo. To, co dziś wydaje się oczywistym przeżytkiem, może jeszcze przez długie lata funkcjonować z przyczyn czysto instytucjonalnych. Prace magisterskie są łatwe do standaryzacji, oceny i archiwizacji. Dla uczelni są wygodnym rozwiązaniem, nawet jeśli ich realna wartość edukacyjna jest coraz częściej kwestionowana.

Podsumowując, pytanie o to, czy prace magisterskie są przeżytkiem, nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Z pewnością ich rola i znaczenie ulegają zmianie, a tradycyjna forma coraz słabiej odpowiada współczesnym realiom. Jednocześnie brak jest jednego, powszechnie akceptowanego rozwiązania, które mogłoby je skutecznie zastąpić. Być może przyszłość przyniesie zupełnie nowe modele kształcenia i oceniania, w których praca magisterska stanie się jedynie ciekawostką z dawnych czasów.

Na razie jednak funkcjonuje nadal, choć coraz częściej zadajemy sobie pytanie, po co właściwie. O tym, jak mógłby wyglądać egzamin magisterski w przyszłości i jak zmieni się rola uczelni w społeczeństwie za kilkadziesiąt lat, można by pisać dalej. Ale to już temat na kolejne rozważania.

Kierownicy, czy korektorzy?

5/5 - (1 vote)

Moim zdaniem, ani to, ani to. Ani tacy, ani tacy. Oczywiście, mowa o promotorach. Powinni być kierownikami projektu pod nazwą praca magisterska, czy jego korektorami? Powinni mówić, co magistrant ma robić i kierować jego poczynaniami, czy tylko poprawiać to, co napisze i mówić, gdzie zrobił błąd? Nie ma złotej reguły. Wszystko zależy od sytuacji i co najważniejsze – od magistrantów. Jak się trafi maminsynek, który kroku nie zrobi bez pytania, to trudno będzie poprawić coś, cokolwiek bez pokierowania jego krokami. Z kolei, gdy trafimy na pełnego pomysłów zapaleńca, który płodzi sto stron na tydzień, to pozwólmy mu się realizować – tylko troszkę korygując jego ruchy, ale tak, aby nawet nie zauważył, że je korygujemy, tak, aby myślał, że sam doszedł do właściwych wniosków.

Jakaś konkluzja? Tak. Promotor powinien być elastyczny i inteligentny, powinien umieć pokierować maminsynkiem i wskazać błędy A niestety, z mojego doświadczenia, jak już zresztą pisałem, mnóstwo promotorów to idioci. Z naszą nauką (szkolnictwem wyższym) nie jest najlepiej.

Aktualizacja 2026

Największym błędem jest chyba przekonanie, że istnieje jeden idealny model promotora. Nie istnieje. Jednemu studentowi trzeba powiedzieć: „proszę w tym tygodniu napisać podrozdział 1.2 i przygotować pięć publikacji do kolejnej części”. Innemu wystarczy raz na miesiąc przeczytać trzydzieści stron i zaznaczyć dwa miejsca, w których za bardzo odszedł od tematu. Obaj mogą dojść do bardzo dobrej pracy, choć sposób prowadzenia będzie zupełnie inny.

Dobry promotor powinien więc najpierw rozpoznać, z kim ma do czynienia.

To nie jest szczególnie skomplikowane. Już po dwóch–trzech spotkaniach zazwyczaj wiadomo, czy student ma własny pomysł, czy czeka na gotowe polecenia. Widać, czy pracuje regularnie, czy pojawia się raz na dwa miesiące z informacją, że „dużo czytał”. Widać też, czy potrafi przyjąć uwagę i samodzielnie ją zastosować w kolejnych fragmentach.

I właśnie na tej podstawie powinien być dobierany sposób współpracy.

Student bardzo samodzielny nie potrzebuje promotora stojącego nad nim z listą zadań. Taki sposób prowadzenia może go wręcz spowalniać. Jeśli człowiek ma jasno określony problem, potrafi znaleźć literaturę, zaprojektować badanie i regularnie pisze, rola promotora powinna być bardziej kontrolna. Trzeba sprawdzić, czy nie popełnia błędów metodologicznych, czy zakres nie rozszerza się bez końca i czy w pewnym momencie nie zakochał się za bardzo we własnej koncepcji.

Bo to również się zdarza.

Student ambitny potrafi stworzyć projekt tak rozbudowany, że spokojnie wystarczyłby na kilka prac. Chce zrobić ankietę, wywiady, analizę dokumentów, porównać trzy przedsiębiorstwa i jeszcze dodać model własnego autorstwa. Wszystko jest ciekawe, ale termin obrony nie przesuwa się automatycznie dlatego, że pomysł jest ambitny.

Wtedy promotor powinien czasem pełnić funkcję hamulcowego.

Powiedzieć: „tego nie robimy”.

Nie dlatego, że pomysł jest zły.

Dlatego, że nie jest potrzebny.

To bardzo cenna funkcja promotora. Student patrzy na swój temat od środka i coraz częściej uważa każdą znalezioną informację za niezwykle ważną. Osoba z zewnątrz może zobaczyć, że połowa materiału prowadzi w bok.

Z kolei student niepewny wymaga czegoś zupełnie innego. Jemu nie wystarczy komentarz „proszę rozwinąć część teoretyczną”. Będzie się zastanawiał przez dwa tygodnie, co właściwie miało zostać rozwinięte. Znacznie skuteczniejsza będzie konkretna informacja: „brakuje definicji dwóch pojęć, porównania trzech stanowisk i krótkiego podsumowania podrozdziału”.

Czy jest to prowadzenie za rękę?

Trochę tak.

Ale jeżeli po kilku takich konsultacjach student nauczy się sam zauważać podobne braki, cel został osiągnięty.

Promotor nie powinien przecież przez cały czas wykonywać za studenta tych samych czynności. Dobre prowadzenie powinno stopniowo zwiększać samodzielność. Na początku wskazówki mogą być bardzo szczegółowe. Później wystarczy powiedzieć: „w tym fragmencie brakuje analizy”, a student powinien już wiedzieć, co z tym zrobić.

To trochę jak nauka jazdy samochodem.

Instruktor podczas pierwszej lekcji mówi niemal wszystko: kiedy zmienić bieg, kiedy spojrzeć w lusterko, gdzie zwolnić. Po kilkunastu godzinach kierowca powinien podejmować te decyzje sam. Gdyby instruktor nadal wydawał każdą komendę, trudno byłoby uznać ucznia za przygotowanego do samodzielnej jazdy.

Podobnie z pracą magisterską.

Jeśli przed samą obroną magistrant nadal pyta promotora, czy po każdym akapicie powinien zrobić odstęp, coś w tym procesie poszło nie tak.

Nie zawsze jest to oczywiście wina promotora.

Są studenci, którzy wyjątkowo skutecznie bronią się przed samodzielnością.

Pytają o wszystko.

„Czy mogę użyć tej książki?”

„Czy mogę zrobić tabelę?”

„Czy podrozdział może mieć osiem stron?”

„Czy mogę napisać, że wyniki były zaskakujące?”

W pewnym momencie promotor powinien przestać odpowiadać na część takich pytań wprost i zamiast tego zapytać: „a jak pan uważa?”.

To nie jest złośliwość.

To zmuszenie studenta do podjęcia decyzji.

Jeżeli wszystkie decyzje podejmuje promotor, na końcu można mieć poprawną pracę, ale trudno powiedzieć, że magistrant wykazał się dużą samodzielnością.

Z drugiej strony kompletnym nieporozumieniem jest promotor, który samodzielność rozumie jako brak kontaktu.

„To pana praca, proszę sobie radzić”.

Nie.

Promotor nie ma pisać pracy, ale powinien reagować wtedy, gdy student idzie w złym kierunku.

Najważniejsze są zresztą nie drobne błędy językowe, tylko decyzje, których później trudno cofnąć. Źle sformułowany problem badawczy można poprawić przed rozpoczęciem badań w ciągu pół godziny. Po przeprowadzeniu stu ankiet poprawienie tego samego błędu może oznaczać konieczność powtórzenia całego badania.

I właśnie tutaj rola promotora jest szczególnie ważna.

Powinien dokładnie przyjrzeć się tematowi, celowi, problemom badawczym, hipotezom, metodzie i narzędziom, zanim student rozpocznie część empiryczną.

Może nie poprawić trzech przecinków.

Świat się nie zawali.

Ale jeśli przepuści wadliwie skonstruowany kwestionariusz, konsekwencje mogą być znacznie poważniejsze.

Dlatego dziwi mnie model promotora-korektora, który skupia się przede wszystkim na języku.

Student przynosi rozdział metodologiczny. Promotor zaznacza błędy interpunkcyjne, zmienia „który” na „jaki”, przesuwa dwa przecinki, ale nie zauważa, że pytania ankietowe w ogóle nie pozwalają zweryfikować hipotez.

To jest odwrócenie priorytetów.

Język można poprawić na końcu.

Błędnie przeprowadzonego badania czasem już nie.

Dobry promotor powinien więc umieć odróżnić błąd ważny od nieważnego.

Nie wszystkie uwagi mają tę samą wagę.

Jedna rzecz to literówka.

Druga – niejasne zdanie.

Trzecia – błędne źródło.

Czwarta – wniosek, który nie wynika z danych.

Piąta – cała metoda niedostosowana do problemu.

Jeśli promotor oznacza wszystkie pięć przypadków takim samym komentarzem „do poprawy”, student nie wie, czym powinien zająć się najpierw.

Znacznie lepiej powiedzieć jasno: „tu jest problem zasadniczy, a tu tylko kwestia redakcyjna”.

Taka hierarchizacja uwag bardzo ułatwia pracę.

Przy okazji warto powiedzieć coś o poprawianiu tekstu.

Promotor nie jest korektorem językowym.

Powinien oczywiście zwracać uwagę na styl, jeśli jest bardzo słaby, ale nie powinien mieć obowiązku poprawiania każdego przecinka, odmiany nazwiska czy błędu ortograficznego. Student kończący studia powinien przynajmniej w podstawowym zakresie odpowiadać za jakość językową własnego tekstu.

Jeżeli ma z tym problem, może skorzystać z korekty.

Rola promotora jest gdzie indziej.

Ma ocenić, czy zdanie jest logiczne, czy argument jest przekonujący, czy fragment pasuje do problemu i czy wniosek jest uzasadniony.

Korektor może poprawić zdanie:

„Badanie zostało przeprowadzone na respondentach, którzy zostali przebadani ankietą”.

Zrobi z niego coś stylistycznie lepszego.

Ale nie odpowie studentowi, czy grupa respondentów została właściwie dobrana.

To pytanie do promotora.

Podobnie redaktor językowy może poprawić opis hipotezy, ale nie powinien decydować, czy hipoteza ma sens metodologiczny.

Dlatego rozdzielenie tych ról jest ważne.

Promotor jest ekspertem od merytorycznej drogi pracy, a nie osobą od polowania na przecinki.

Dobrze, jeśli potrafi zrobić jedno i drugie.

Ale jeśli musi wybierać, zdecydowanie ważniejsze jest pierwsze.

Ciekawą kwestią jest także styl udzielania uwag.

Niektórzy promotorzy uwielbiają czerwony kolor.

Student dostaje dokument, w którym pół strony wygląda jak pole bitwy. Skreślenia, komentarze, pytajniki, wykrzykniki.

Czasem ma to sens.

Ale znacznie bardziej przydatny od dwudziestu znaków zapytania jest jeden komentarz: „nie rozumiem, jaka jest główna myśl tego akapitu – proszę zacząć od tezy i następnie ją uzasadnić”.

Wtedy student wie, jak poprawić nie tylko ten jeden fragment, ale także następne.

Dobra uwaga promotorska powinna czegoś nauczyć.

Jeżeli prowadzący poprawia dziesięć razy dokładnie ten sam błąd, ale nigdy nie wyjaśnia zasady, student może popełnić go po raz jedenasty.

Jeśli natomiast po drugim przypadku napisze: „proszę zauważyć, że w całej pracy miesza pan wyniki z ich interpretacją – wyniki przedstawiamy najpierw, a dopiero później wyjaśniamy ich znaczenie”, istnieje szansa, że problem zniknie w całym rozdziale.

To właśnie rozumiem przez kierowanie pracą.

Nie wydawanie poleceń.

Nie poprawianie każdego słowa.

Pokazywanie sposobu myślenia.

Dobry promotor zadaje również właściwe pytania.

„Skąd pan to wie?”

„Dlaczego zastosowała pani właśnie tę metodę?”

„Czy wynik pozwala rzeczywiście wyciągnąć taki wniosek?”

„Co się stanie, jeśli hipoteza się nie potwierdzi?”

„Dlaczego ten podrozdział jest potrzebny?”

Takie pytania potrafią zrobić więcej niż gotowa instrukcja.

Student musi sam znaleźć odpowiedź.

I często właśnie wtedy zauważa problem, którego wcześniej nie widział.

Najlepszy promotor nie jest więc ani kierownikiem wydającym rozkazy, ani korektorem siedzącym z czerwonym długopisem.

Jest trochę jednym, trochę drugim, a czasami jeszcze czymś trzecim.

Na początku może być przewodnikiem.

Przy metodologii – kontrolerem bezpieczeństwa.

Przy pisaniu – wymagającym czytelnikiem.

Przed obroną – osobą, która sprawdzi, czy student naprawdę rozumie to, co napisał.

Proporcje zależą od konkretnego człowieka.

I właśnie dlatego elastyczność jest tak ważna.

Najgorszy promotor to niekoniecznie ten bardzo wymagający.

Nie musi nim być również promotor mało ingerujący.

Najgorszy jest ten, który stosuje jeden sposób prowadzenia wobec wszystkich, bez względu na ich potrzeby.

Student samodzielny dostaje wtedy pięćdziesiąt drobiazgowych poleceń i traci czas.

Student zagubiony słyszy: „proszę działać samodzielnie” i nie wie, od czego zacząć.

Obaj wychodzą z seminarium sfrustrowani.

A przecież można inaczej.

Wystarczy na początku porozmawiać o sposobie współpracy.

Jak często student ma przysyłać tekst?

Jakiej wielkości fragmenty?

Czy promotor chce najpierw zatwierdzić plan badań?

Czy czyta rozdziały etapami?

Jak szczegółowo poprawia język?

W jakiej formie przekazuje uwagi?

Co wymaga wcześniejszej konsultacji?

Takie ustalenia potrafią zaoszczędzić miesiące nieporozumień.

Dobrze byłoby również, aby promotor mówił wprost, czego nie będzie robił.

Na przykład:

„Nie poprawiam bibliografii pozycja po pozycji, proszę stosować instrukcję uczelni”.

To uczciwe.

Student wie wtedy, że sam odpowiada za ten element.

Albo:

„Każde narzędzie badawcze chcę zobaczyć przed rozpoczęciem badań”.

Jeszcze lepiej.

Wiadomo, gdzie konsultacja jest obowiązkowa.

W idealnym przypadku z każdą kolejną częścią pracy student powinien potrzebować trochę mniej prowadzenia.

Jeśli na początku promotor musi wskazać mu dziesięć błędów w konstrukcji rozdziału, w następnym powinno być ich pięć, a pod koniec jeden czy dwa.

Jeśli po roku współpracy nadal poprawia te same rzeczy, można zapytać, czy proces dydaktyczny rzeczywiście zadziałał.

Bo promotor nie powinien tylko doprowadzić studentów do oddania pracy.

Powinien sprawić, że na końcu potrafią zrobić więcej samodzielnie niż na początku.

I być może właśnie to jest najlepsza odpowiedź na pytanie z tytułu.

Kierownicy czy korektorzy?

Ani jedno, ani drugie w czystej postaci.

Raczej nauczyciele samodzielności.

Brzmi może mniej efektownie, ale znacznie lepiej opisuje to, czego student naprawdę potrzebuje.

Nie każdy musi być magistrem

5/5 - (1 vote)

Wydaje się, że to prawda od dawien dawna znana, nie odkrywam tutaj Ameryki i w ogóle po co to piszę? Ano piszę to dlatego, że aby być magistrem, to trzeba w końcu tę pracę magisterską napisać, a nasz blog właśnie o tym jest. O pisaniu prac magisterskich.

Co zrobić, gdy ktoś jest doskonałym matematykiem, a poprawnie zdania po polsku nie umie sklecić? Jakoś udało mu się przebrnąć przez liceum, czy technikum, ale nie ma szans, żeby napisał pracę magisterską. Mamy mu powiedzieć „nie każdy musi być magistrem”? No, nie, nie możemy mu tak powiedzieć, bo jeśli nie będzie magistrem, to nie będzie i matematykiem. Nie będzie mógł na przykład nauczać matematyki w szkole, bo tam jest wymagany właśnie ten tytuł. I tam i owam – wszędzie jest wymagany – jeśli ktoś nie jest przynajmniej magistrem matematyki, to nie jest matematykiem w ogóle.

Po co ten przykład? Ano po to, że nasz system prawny ma wiele luk, jest w nim wiele błędów. Na nasze obywateli szczęście system prawny,  to nie system społeczny – a ten sam potrafi się obronić, sam naprawić. Serwisy oferujące pomoc w pisaniu prac nie działają w ramach systemu prawnego (przez ten próbują być zwalczane – znajomy, o którym już pisałem miał z tej okazji prokuratorskie zarzuty). Serwisy oferujące pomoc w pisaniu prac działają jednak w ramach systemu społecznego i dzięki temu taki genialny matematyk może uzyskać pomoc w napisaniu pracy magisterskiej i dalej rozwijać swoje umiejętności, zdolności.

Serwisy oferujące pomoc w pisaniu prac naprawiają pewien błąd systemu prawnego. Nie należy z nimi walczyć. Raczej powinno się naprawić system – a wtedy one znikną same. Przykład matematyka jest dość obrazowy (i dlatego go tu wykorzystałem), ale raczej rzadko spotykany. Ten błąd systemu prawnego ogólnie polega na tym, że ludzie współcześni coraz bardziej tracą umiejętność przelewania swoich słów, myśli na papier – techniki mulimedialne powoli wypierają tradycyjne słowo pisane – stąd i ludzie przestają potrzebować kształcić w sobie te umiejętności. Dlatego należałoby zmienić wymagania dotyczące uzyskiwania tytułu magisterskiego – dostosować do zmieniającego się świata.

Aktualizacja 2026

W tym miejscu warto jednak uważać, żeby nie pójść o jeden krok za daleko. Z faktu, że ktoś ma ogromną wiedzę matematyczną, techniczną czy informatyczną i jednocześnie słabo pisze, nie wynika jeszcze, że rozwiązaniem powinno być napisanie za niego pracy. To byłoby zastąpienie jednego problemu drugim. Jeśli dyplom ma potwierdzać określony zestaw kompetencji, to oddanie pracy przygotowanej przez inną osobę nie pokazuje, że student te kompetencje posiada.

Prawdziwe pytanie brzmi raczej: czy wszyscy absolwenci różnych kierunków powinni być oceniani za pomocą niemal identycznej formy?

Tu zaczyna się znacznie ciekawsza dyskusja.

Od przyszłego matematyka oczekujemy przecież czegoś innego niż od historyka literatury. Od informatyka czegoś innego niż od socjologa. Od inżyniera czegoś innego niż od filologa. Tymczasem końcowy etap studiów bardzo często sprowadza się w każdym przypadku do wyprodukowania kilkudziesięciostronicowego dokumentu o dość podobnej konstrukcji: wstęp, część teoretyczna, metodologia, badania lub projekt, zakończenie, bibliografia.

Można zapytać, czy zawsze jest to najlepsza forma sprawdzenia kompetencji.

Jeżeli student informatyki stworzył działający system, zaprojektował bazę danych, rozwiązał trudny problem algorytmiczny i potrafi obronić swoje decyzje techniczne, być może największą wartość ma właśnie ten projekt. Dokumentacja nadal jest potrzebna, bo rozwiązanie trzeba opisać, uzasadnić i umożliwić jego ocenę. Nie musi jednak koniecznie przyjmować formy rozbudowanego wypracowania, w którym połowę objętości zajmuje przepisywanie teorii znanej z podręczników.

Podobnie inżynier może znacznie lepiej pokazać swoje kompetencje przez projekt, obliczenia, dokumentację techniczną i analizę działania rozwiązania niż przez bardzo rozbudowaną część opisową. Student kierunku artystycznego może przedstawić dzieło wraz z komentarzem analitycznym. Na innych kierunkach podstawowym rezultatem mogłoby być studium przypadku, raport badawczy, projekt wdrożeniowy albo analiza danych.

To jednak nie oznacza, że umiejętność pisania jest zbędna.

Wręcz przeciwnie.

Matematyk też musi umieć wyjaśnić rozwiązanie. Informatyk musi sporządzić dokumentację. Nauczyciel powinien umieć formułować instrukcje, opinie i materiały dla uczniów. Inżynier przygotowuje raporty, uzasadnienia i specyfikacje. W wielu zawodach nie trzeba pisać sześćdziesięciostronicowej pracy, ale trzeba umieć precyzyjnie przekazywać myśli.

Dlatego nie przekonywałbym genialnego matematyka, że pisanie w ogóle nie jest mu potrzebne. Powiedziałbym mu raczej: nie musisz zostać pisarzem, ale musisz nauczyć się na tyle sprawnie posługiwać tekstem, aby ktoś inny był w stanie zrozumieć, co zrobiłeś i dlaczego.

To nie jest dokładnie to samo.

Są ludzie, którzy znakomicie myślą abstrakcyjnie, ale mają problem z budowaniem dłuższego tekstu. Taki student może potrzebować pomocy redakcyjnej, konsultacji językowej, wyjaśnienia zasad tworzenia akapitu czy uporządkowania argumentacji. To wszystko jest całkowicie normalnym elementem uczenia się.

Nikt przecież nie twierdzi, że student powinien sam dojść do wszystkiego bez żadnej pomocy.

Ma promotora.

Może korzystać z konsultacji.

Może poprosić kogoś o wskazanie błędów językowych.

Może skorzystać z korekty.

Może otrzymać pomoc w opanowaniu edytora tekstu, sporządzaniu bibliografii czy przygotowaniu wykresów.

Może pokazać fragment tekstu i zapytać: „dlaczego ten akapit jest niezrozumiały?”.

Granica zaczyna się dopiero tam, gdzie pomoc przestaje rozwijać umiejętności studenta, a zaczyna go zastępować.

To rozróżnienie jest ważniejsze niż sama nazwa usługi.

Jeżeli ktoś tłumaczy studentowi, jak sformułować problem badawczy, mamy do czynienia z pomocą.

Jeżeli ktoś wskazuje, że pytania ankiety nie odpowiadają problemom badawczym, nadal jest to pomoc.

Jeżeli ktoś poprawia interpunkcję i niezręczne konstrukcje językowe, mamy korektę.

Jeżeli natomiast ktoś sam projektuje badanie, pisze rozdziały, interpretuje wyniki i oddaje studentowi gotową całość do podpisania, student nie otrzymuje już pomocy w wykonaniu zadania. Otrzymuje wykonane zadanie.

A to zasadnicza różnica.

Można ją porównać do korepetycji z matematyki. Nauczyciel może przez godzinę tłumaczyć uczniowi sposób rozwiązania równania. Może pokazać podobny przykład. Może znaleźć błąd w obliczeniach. Nie byłoby jednak większego sensu w sytuacji, w której uczeń oddaje na sprawdzianie rozwiązania wykonane wcześniej przez korepetytora i przedstawia je jako własne.

Problem nie polega więc na samej pomocy.

Problem polega na zastępowaniu osoby, której kompetencje mają być ocenione.

Jeżeli system edukacji wymaga od studenta określonej umiejętności, a okazuje się, że student jej nie posiada, można zadać dwa pytania. Pierwsze: jak pomóc mu ją zdobyć? Drugie: czy rzeczywiście ta umiejętność powinna być wymagana w takim zakresie?

Oba są sensowne.

Żadne nie prowadzi jednak automatycznie do wniosku, że ktoś inny powinien wykonać zadanie za studenta.

Wracając do naszego matematyka: jeśli naprawdę jest znakomity z matematyki, ale fatalnie pisze po polsku, być może rozsądniej byłoby tak zaprojektować proces dyplomowania, aby większą wagę miało rozwiązanie problemu matematycznego, a mniejszą literacka sprawność jego opisu. Nadal powinien jednak potrafić przedstawić własne rozumowanie.

I właśnie tutaj można mieć uzasadnione pretensje do części systemu akademickiego.

Nie każda praca potrzebuje pięćdziesięciu stron.

Nie każda potrzebuje trzech rozdziałów teoretycznych.

Nie każdy kierunek wymaga identycznego typu opracowania.

Czasami wymagania istnieją dlatego, że „zawsze tak było”, a nie dlatego, że najlepiej sprawdzają kompetencje absolwenta.

Znacznie ciekawszy byłby system dopuszczający różne formy pracy końcowej, uzależnione od charakteru kierunku. Jedna osoba przygotowałaby klasyczną pracę badawczą. Inna rozbudowany projekt z dokumentacją. Jeszcze inna analizę przypadku, prototyp, zestaw badań eksperymentalnych albo rozwiązanie problemu praktycznego.

W każdym przypadku musiałby pozostać jeden wspólny element: możliwość ustalenia, co zrobił sam student.

To jest istota dyplomu.

Nie liczba stron.

Nie krój czcionki.

Nie to, czy przypis jest harwardzki, czy dolny.

Nie liczba podrozdziałów.

Chodzi o to, żeby można było powiedzieć: ten człowiek wykonał określoną pracę i potrafi ją wyjaśnić.

Jeśli system tego nie sprawdza, zaczyna badać rzeczy drugorzędne.

Zresztą przekonanie, że wszyscy powinni być magistrami, samo w sobie jest dość osobliwe. Tytuł akademicki nie powinien być obowiązkowym dodatkiem do dorosłości. Są ludzie świetni w zawodach technicznych, usługowych, artystycznych i przedsiębiorczych, którzy nie potrzebują studiów magisterskich do tego, żeby wykonywać swoją pracę znakomicie.

Problem pojawia się wtedy, kiedy rynek pracy albo formalne wymagania zaczynają traktować tytuł jako uniwersalny filtr.

Nagle nie pytamy: „czy umiesz to zrobić?”.

Pytamy: „czy masz papier?”.

Wtedy studia przestają być drogą do zdobycia określonych kompetencji, a zaczynają pełnić funkcję przepustki. A jeśli przepustka jest wymagana niezależnie od tego, czy treść studiów rzeczywiście przydaje się w danym zawodzie, nic dziwnego, że część osób zaczyna traktować pracę dyplomową jak przeszkodę administracyjną.

To nie jest dobry sygnał.

Jeżeli student przez pięć lat zdobywa określone kompetencje, a na końcu uważa, że jedynym problemem stojącym między nim a zawodem jest „te kilkadziesiąt stron, które ktoś mógłby za niego napisać”, warto zapytać, dlaczego doszło do takiej sytuacji.

Może wymagania są źle skonstruowane.

Może student został wcześniej źle przygotowany.

Może promotor nie potrafił go poprowadzić.

Może sam student przez całe studia unikał rozwijania umiejętności, które teraz okazują się potrzebne.

Najczęściej nie istnieje jedna odpowiedź.

Dlatego nie przekonuje mnie ani skrajność „każdy student musi samodzielnie umieć napisać sześćdziesiąt stron doskonałej polszczyzny”, ani przeciwna: „skoro ktoś jest dobrym specjalistą, może zlecić napisanie pracy komuś innemu”.

Pomiędzy nimi znajduje się ogromna przestrzeń.

Można uczyć pisania.

Można pomagać w planowaniu.

Można konsultować metodologię.

Można poprawiać tekst.

Można korzystać z technologii wspomagających redakcję.

Można zmieniać formę pracy dyplomowej.

Można dostosować wymagania do charakteru dyscypliny.

Można także lepiej wspierać osoby, które mają świetne zdolności specjalistyczne, ale większe trudności językowe.

To wszystko da się zrobić bez udawania autorstwa czegoś, czego się nie napisało.

Technologia dodatkowo komplikuje cały problem. Dziś człowiek coraz rzadziej tworzy tekst w całkowitej izolacji. Korzysta ze sprawdzania pisowni, słowników, programów bibliograficznych, translatorów, narzędzi pomagających redagować zdania, a coraz częściej również systemów wykorzystujących sztuczną inteligencję.

Nie da się więc już sensownie sprowadzić samodzielności do zasady: „student i pusty dokument, bez żadnego wsparcia”.

Znacznie ważniejsze staje się pytanie, kto podejmuje decyzje intelektualne.

Kto wybrał problem?

Kto przeczytał źródła?

Kto rozumie argumentację?

Kto zaplanował badanie?

Kto interpretuje dane?

Kto potrafi obronić wnioski?

Jeżeli odpowiedź brzmi „student”, narzędzia pomagające mu lepiej zapisać własną myśl nie muszą odbierać pracy samodzielnego charakteru, o ile ich użycie mieści się w zasadach przyjętych przez uczelnię.

Jeśli natomiast student nie wie nawet, co właściwie znajduje się w jego pracy, sprawa wygląda zupełnie inaczej.

I chyba właśnie w tym kierunku powinno zmierzać myślenie o przyszłości prac dyplomowych. Mniej fetyszyzowania samego tekstu, więcej sprawdzania rzeczywistych kompetencji. Mniej rytuałów, więcej odpowiedzi na pytanie, czego absolwent rzeczywiście powinien umieć.

Być może za jakiś czas część tradycyjnych prac magisterskich rzeczywiście zniknie. Zastąpią je projekty, raporty, portfolio, badania, prototypy i obrony praktycznych rozwiązań.

Nie byłaby to żadna tragedia.

Jeśli nowa forma lepiej pokaże, czego student nauczył się podczas studiów, może być wręcz rozwiązaniem rozsądniejszym.

Bo nie każdy musi być pisarzem.

Nie każdy musi być również magistrem.

Ale jeśli już ktoś otrzymuje tytuł magistra, dobrze byłoby, żeby ten tytuł rzeczywiście potwierdzał jego własne kompetencje, a nie cudzą umiejętność napisania tekstu.

Rola promotora

5/5 - (1 vote)

To temat dość wrażliwy, bo co innego teoria, ideały, a co innego rzeczywistość. Jak trafisz na ambitnych i chłonnych wiedzy studentów, to możesz realizować ideały. A jak trafisz na studentów, którym zależy tylko na papierku i w dodatku jeszcze to jełopy, to te swoje ideały możesz schować do kieszeni. Musisz wtedy przygotować listę tematów, z których jełopy sobie coś wybiorą… Drugim z moich wytłumaczeń dlaczego niektórzy promotorzy uparcie nazywają plan pracy spisem treści (pierwsze wytłumaczenie, to to, że są idiotami) jest takie, że łatwiej jest jełopom, którzy się im trafią wytłumaczyć, co ci mają przygotować. Książki mają spis treści, więc taki jełop może sobie wyobrazić o co chodzi, a planu pewnie w życiu na oczy nie widział, a jak widział, to nie pamięta. Jak nie możesz realizować ideałów, to lepiej się wtedy posługuj dość prostym językiem, tak, jakbyś rozmawiał z dzieckiem. A i tak może być problem. Bez zdolności pedagogicznych jełopom może być trudno wytłumaczyć nawet różnicę między ibidem, a op. cit. Spuśćmy kurtynę milczenia. Jaka powinna być rola promotora, gdy trafią mu się ambitni i chłonni wiedzy studenci? O tym w którymś z kolejnych wpisów.


Aktualizacja 2025

Rola promotora to temat wyjątkowo wrażliwy, bo w tym przypadku rozdźwięk między teorią a praktyką jest szczególnie duży. W oficjalnych opisach, regulaminach studiów i akademickich deklaracjach promotor jawi się jako przewodnik intelektualny, mentor, partner w dyskusji naukowej i osoba wspierająca rozwój studenta. W rzeczywistości bardzo często wygląda to zupełnie inaczej, a zakres tej różnicy zależy nie tyle od samego promotora, ile od materiału, z jakim musi on pracować. Innymi słowy: wszystko rozbija się o studentów, którzy mu się trafią.

Jeżeli promotor ma szczęście i trafia na studentów ambitnych, samodzielnych i faktycznie zainteresowanych tematem, wówczas może próbować realizować swoje ideały. Może dyskutować, zadawać pytania, wymagać czytania literatury, poprawiać sposób myślenia, a nie tylko błędy formalne. W takim układzie praca dyplomowa ma szansę stać się rzeczywistym ćwiczeniem intelektualnym, a relacja promotor–student może przypominać to, co opisują podręczniki akademickiej dydaktyki. Problem w tym, że taki układ zdarza się rzadko i raczej incydentalnie.

Znacznie częściej promotor trafia na studentów, którym zależy wyłącznie na „papierku”. Dyplom jest dla nich celem samym w sobie, a praca dyplomowa jedynie przeszkodą do usunięcia z drogi. Co gorsza, bardzo często idzie to w parze z brakami intelektualnymi, niską kulturą akademicką i kompletnym brakiem ciekawości poznawczej. W takiej sytuacji wszelkie ideały można spokojnie schować do kieszeni. Nie ma sensu mówić o rozwoju naukowym, skoro podstawowym problemem jest zrozumienie polecenia.

Wtedy rola promotora ulega brutalnemu uproszczeniu. Z mentora staje się on zarządcą procesu, którego jedynym celem jest doprowadzenie studenta do obrony przy minimalnych stratach czasu i energii. Trzeba przygotować listę tematów, z których student sobie coś wybierze, najlepiej bez większego zastanawiania się. Tematy muszą być na tyle ogólne, żeby dało się pod nie podciągnąć dowolną treść, i na tyle proste, żeby student nie musiał podejmować samodzielnych decyzji. Wybór tematu nie jest wtedy aktem zainteresowania, tylko formalnością.

W tym kontekście pojawia się kwestia planu pracy, a właściwie jego specyficznej interpretacji przez niektórych promotorów. Jednym z powodów, dla których uparcie nazywają oni plan pracy spisem treści, jest chęć maksymalnego uproszczenia komunikacji. Pierwszym powodem, jak już wspomniałem wcześniej, może być zwyczajna ignorancja. Drugim jednak jest czysta pragmatyka. Książki mają spis treści, więc nawet student o ograniczonych możliwościach intelektualnych jest w stanie wyobrazić sobie, o co chodzi. Plan pracy jest pojęciem abstrakcyjnym, którego taki student mógł nigdy nie widzieć, a jeśli nawet widział, to nie pamięta.

Promotor, który nie może liczyć na minimalną samodzielność studenta, musi posługiwać się językiem maksymalnie uproszczonym. Często przypomina to rozmowę z dzieckiem, a nie relację akademicką. Zamiast mówić o strukturze argumentacji, mówi się o „rozdziale pierwszym, drugim i trzecim”. Zamiast dyskusji o metodologii, pojawia się hasło „opiszesz to, co zrobiłeś”. Zamiast wymagań, są instrukcje krok po kroku. I nawet to bywa niewystarczające.

Brak zdolności pedagogicznych w takiej sytuacji bywa zabójczy. Wytłumaczenie studentowi różnicy między „ibidem” a „op. cit.” potrafi przerastać jego możliwości poznawcze, mimo że są to elementarne kwestie warsztatu naukowego. Próby wyjaśnienia kończą się frustracją po obu stronach. Student nie rozumie, o co chodzi, promotor nie rozumie, jak można tego nie rozumieć. W pewnym momencie wszyscy dochodzą do wniosku, że najlepiej spuścić na to zasłonę milczenia i skupić się na tym, żeby praca „jakoś wyglądała”.

W takich warunkach promotor przestaje być strażnikiem jakości, a zaczyna pełnić rolę filtra formalnego. Sprawdza, czy są przypisy, czy jest odpowiednia liczba stron, czy zgadza się układ rozdziałów. Merytoryczna zawartość schodzi na dalszy plan, bo jej egzekwowanie wymagałoby energii, której nikt nie chce już inwestować. Promotor wie, że student i tak niczego istotnego się nie nauczy, student wie, że promotor i tak go przepchnie, byle tylko mieć sprawę z głowy.

Nie oznacza to oczywiście, że wszyscy promotorzy działają w złej wierze. Wielu z nich po prostu dostosowuje się do realiów. Mają po kilkanaście, kilkadziesiąt prac pod opieką, obowiązki dydaktyczne, badawcze i administracyjne. W takich warunkach idealizm szybko ustępuje miejsca rutynie. System nie premiuje jakości opieki promotorskiej, lecz liczbę „wypromowanych” studentów. Trudno więc oczekiwać heroizmu tam, gdzie strukturalnie nie ma na niego miejsca.

Rola promotora w praktyce bardzo często polega więc na minimalizowaniu ryzyka. Ryzyka konfliktu ze studentem, ryzyka opóźnień, ryzyka problemów formalnych. Plan pracy w tej logice nie jest narzędziem intelektualnym, lecz checklistą. Spis treści ma być prosty, przewidywalny i możliwy do zrealizowania nawet przez kogoś, kto nie do końca rozumie, co pisze. Im mniej miejsca na interpretację, tym mniejsze prawdopodobieństwo problemów.

Warto też zauważyć, że ta sytuacja ma charakter samonapędzający się. Studenci przyzwyczajają się do niskich wymagań i traktują je jako normę. Promotorzy, widząc poziom studentów, jeszcze bardziej obniżają poprzeczkę. W efekcie całe środowisko akademickie funkcjonuje na poziomie znacznie niższym niż deklarowany. Oficjalnie mówi się o misji uniwersytetu, krytycznym myśleniu i rozwoju nauki, a nieoficjalnie chodzi o to, żeby „to się jakoś domknęło”.

Dlatego rozmowa o roli promotora bez uwzględnienia jakości studentów jest rozmową abstrakcyjną. Nie da się realizować ideałów w warunkach, które im nie sprzyjają. Nie da się wymagać od promotora cudów, jeśli systemowo nie ma na to przestrzeni. W praktyce promotor balansuje między tym, co chciałby robić, a tym, co musi robić, żeby przetrwać w ramach istniejących ograniczeń.

Na tym etapie warto jednak spuścić kurtynę milczenia. Opis roli promotora w sytuacji, gdy trafiają mu się ambitni i chłonni wiedzy studenci, wymaga zupełnie innego tonu i innej perspektywy. To temat, który zasługuje na osobny tekst, bo dotyczy tego, jak ta relacja mogłaby wyglądać, gdyby warunki były sprzyjające. O tym jednak w jednym z kolejnych wpisów.

Programy antyplagiatowe

5/5 - (1 vote)

Dobrodziejstwo techniki, które wyręcza promotorów w czytaniu prac. Generalnie i tak ich nie czytali, ale teraz dodatkowo mają alibi. Przepuszczają pracę przez program antyplagiatowy (albo raczej ktoś za nich to zrobi, najczęściej w sekretariacie) i nikt już im nie zarzuci, że nie dopilnowali studenta. Alibi doskonałe.

Wspominałem już o swoim znajomym piszącym prace. No, więc, znał on (choć nie osobiście) tych promotorów od podszewki. Byli promotorzy rekordziści, wykładający na kilku uczelniach i mający rocznie kilkuset magistrantów – szczególnie właśnie taki jeden rekordzista zapadł mu w pamięć – którego nazwiska wolałby, żeby nie wymieniać. Sprawiał wrażenie bardzo skrupulatnego, zaznaczał mnóstwo rzeczy do poprawienia w pracy (później nawet już miał asystentów od zaznaczania uwag) i magistranci bali się u niego pisać prace, ale cóż, często nie mieli wyjścia, musieli. Więc ci studenci zapisywali się na jego seminarium i gremialnie zgłaszali się do mojego znajomego – poddawali się już na wstępie, zlecając pisanie komuś innemu. Mój znajomy obsłużył w ciągu kilku lat z pół setki magistrantów tego promotora. Okazało się, że poprawki tego promotora nie dotyczą treści pracy, one wszystkie dotyczyły formy. Dla tego promotora ważna była wielkość czcionki, odstępów między wierszami, ale nie treść pracy. A w tamtych czasach dla większości ludzi to był poważny problem, nie za bardzo znali się na komputerze, a co dopiero na skomplikowanym edytorze tekstu. A promotor ten lubił takie efekty graficzne, które w tamtym Wordzie (Word 97) były trudne do wykonania nawet dla eksperta. Życzył sobie na przykład, żeby „Rozdział pierwszy.” (właśnie tak pisany – i drugi i trzeci rozdział, oczywiście, również) był wyśrodkowany, a w drugiej linii pod spodem był tytuł tego rozdziału wyrównany do lewej. Wszystko byłoby ok, gdyby nie to, że miał być to w dodatku jeden nagłówek. Rzecz w ówczesnym Wordzie nie do zrobienia, bo żeby przenieść coś w nagłówku do drugiej linii trzeba było wstawić twardą spację, a gdy się ją wstawiło, to i pierwsza i druga linia musiały być wyrównane w ten sam sposób. Męczył w ten sposób mnóstwo ludzi. Ale tak, jak pisałem wszystkie jego uwagi dotyczyły formy pracy, a nie treści. Znajomy w ramach eksperymentu w jednej z prac umieścił tyle bzdur, że specjalista w danej dziedzinie nie mógłby chyba wyjść z szoku. Tutaj wszystko przeszło.

Był też inny promotor, też uważany za piłę. Zawsze miał trzy sesje poważnych poprawek, z którymi magistranci zwyczajnie sobie nie radzili. Zawsze pierwsza poprawa polegała na całkowitym przemodelowaniu pracy, generalnie według uwag pół pracy trzeba było napisać od nowa. Zrobione. Dobrze, ok, ale po tym napisaniu połowy pracy od nowa przychodziła druga sesja poprawek. I co? I nadal było źle – chociaż było zrobione dokładnie według uwag promotora. Ok, klient płaci, poprawki się wprowadza. Na koniec przychodziła trzecia sesja poprawek – tak samo drastycznie zmieniająca pracę, jak dwie pierwsze, ale, jak zauważył mój znajomy – w kierunku pierwotnej wersji pracy. Po dwukrotnym napisaniu pracy od nowa wraca się do pierwotnej wersji. I co stwierdził mój znajomy ekspert? Co z kolejnym biednym magistrantem tego promotora zrobił? Kazał mu oddać pracę bez wprowadzania poprawek. Promotor się nie zorientował, nakazał drugą sesję poprawek, znowu wrócił do niego wersja niepoprawiona, nakazał trzecią sesję poprawek, sytuacja się powtórzyła i zaliczył pracę na piątkę. Taką ten promotor miał metodę, a na każdą metodę są sposoby.

Promotorzy nie czytają prac. Oczywiście, zdarzy się taki co przeczyta, ale to wyjątek. Promotorzy co najwyżej prace przeglądają.

Program jednak jest genialny i bardzo pożyteczny (nie będę tu wymieniać nazwy, żeby nie robić reklamy). Na początku miał bardzo wiele wad – śledzę jego ewolucję od powstania – przez krótki okres dało się go na przykład w bardzo prosty sposób oszukać dając dwa odstępy (dwie spacje) między wyrazami zamiast jednego (wystarczyło z automatu zamienić jedną spację na dwie w całym tekście). Tę wadę jednak szybko usunięto. Były też inne, na przykład program zaznaczał jako plagiat sformułowania dość potocznie używane, gdy napisało się przykładowo „jak to drzewiej w Polsce bywało”, to już według programu robiło się plagiat. Dzisiaj większość tych wad usunięto, są cztery współczynniki podobieństwa, każde dotyczące czego innego. Z takiego raportu dzisiaj naprawdę dużo o pracy można się dowiedzieć. Oczywiście, przeglądając, czytając ten raport, a nie patrząc tylko na wykazane na pierwszej stronie procenty. Niestety, promotor, to istota leniwa (stąd też wybrał taką, a nie inną pracę, pewnie uważa, że jest od myślenia, a nie roboty), jak dawniej nie czytał prac, tak teraz nie czyta raportów, procenty muszą mu się tylko zgadzać.

Jednak o planie pracy

5/5 - (1 vote)

Kilkanaście dni temu pisałem, że plan pracy to rzecz tak prosta i sztampowa, że nie chce mi się o niej pisać. Nadal tak uważam, ale może wyjaśnię, dlaczego tak uważam.

Znam człowieka, który od 2000 roku zajmuje się pisaniem prac dyplomowych na zlecenie. Tak pi razy drzwi napisał już razem ze swoimi pracownikami około pięciu tysięcy prac (muszę go kiedyś zachęcić do tego, aby spróbował policzyć dokładnie). Na początku, oczywiście, zaczynał sam. Swego czasu, kiedy nie były jeszcze tak rozpowszechnione programy antyplagiatowe (o programach antyplagiatowych napiszę może następnym razem), albo nawet jeszcze nie istniały, potrafił napisać w ciągu jednej doby trzy prace, pamiętam ten rekord, pracował cały dzień i całą noc – dwa licencjaty i jedna magisterka, w sumie ponad 200 stron. Te prace, dzisiaj, oczywiście, nie przeszłyby pozytywnie testu antyplagiatowego, ale wtedy nikt się tym nie przejmował. Ważne, żeby praca była dobra, na temat i napisana według zatwierdzonego planu klienta. A to, że jakieś akapity były generalnie bardzo do siebie podobne nie miało znaczenia. Nie to, że to były prace całkiem na zasadzie kopiuj wklej – o ile części teoretyczne wykazywały znamiona plagiatu, bo były tylko lekko przeredagowane (generalnie tylko te fragmenty, początki akapitów, gdzie wzrok ludzki „zawiesza” swoją uwagę – było to tak sprytnie zrobione, że promotorzy, którzy zazwyczaj nie czytają prac, a tylko przerzucają je wzrokiem nie zauważyliby podobieństw i nie wyłapaliby plagiatu; co innego program komputerowy), o tyle części praktyczne dotyczyły innych przedsiębiorstw i były pisane na podstawie ich rzeczywistych danych finansowych (oczywiście, też z zastosowanie jakieś sprytnej sztuczki, szablonu, aby ze zleceniami zdążyć na czas).

Wracając do planu pracy, bo o tym przecież zamierzałem pisać, najlepszą metodą w tych dawnych czasach było wziąć do ręki jakąkolwiek książkę dotyczącą danego tematu i na podstawie jej spisu treści ułożyć swój plan. Praca na 5 minut. Zostawia się trzy, cztery rozdziały, maksymalnie pięć, wyrzuca się to, co niepotrzebne i gotowe. Można też z takiej książki wziąć tylko część teoretyczną, a praktyczną ułożyć według sztampowego schematu z metodologią badań własnych i analizą wyników badań własnych.


Aktualizacja 2025

Pisałem już wcześniej, że plan pracy to rzecz tak prosta i jednocześnie tak schematyczna, że w gruncie rzeczy nie bardzo widziałem sens, aby poświęcać jej osobny tekst. Nadal podtrzymuję to zdanie, choć z biegiem czasu doszedłem do wniosku, że warto jednak doprecyzować, skąd bierze się to przekonanie. Być może dla kogoś, kto dopiero zaczyna swoją przygodę z pisaniem pracy dyplomowej, plan jawi się jako element kluczowy, niemal intelektualny fundament całego przedsięwzięcia. W praktyce jednak plan pracy jest raczej technicznym rusztowaniem niż dziełem twórczym, a jego przygotowanie rzadko wymaga szczególnych zdolności analitycznych czy oryginalności.

Znam człowieka, który od około 2000 roku zajmuje się zawodowo pisaniem prac dyplomowych na zlecenie. Przez te wszystkie lata, razem ze swoimi współpracownikami, stworzył – szacunkowo – około pięciu tysięcy prac. To oczywiście liczba przybliżona, bo nigdy nie prowadził dokładnych statystyk, choć czasem żartobliwie wspomina, że powinien kiedyś spróbować to policzyć. Na samym początku działał w pojedynkę, stopniowo budując zaplecze ludzi, którzy przejmowali część zleceń. Były to czasy zupełnie inne niż dziś, jeśli chodzi o kontrolę jakości, dostęp do narzędzi informatycznych oraz podejście uczelni do kwestii samodzielności prac.

W okresie, gdy programy antyplagiatowe nie były jeszcze powszechnie stosowane, a często wręcz nie istniały, tempo pracy potrafiło być wręcz niewiarygodne. Pamiętam do dziś jego rekordowy wyczyn, kiedy w ciągu jednej doby napisał trzy prace dyplomowe: dwa licencjaty i jedną magisterkę. Łącznie ponad dwieście stron tekstu, powstałych w trybie ciągłym, bez snu, dzień i noc spędzone przy komputerze. Z dzisiejszej perspektywy brzmi to jak coś nierealnego, ale wtedy było możliwe właśnie dlatego, że nikt nie analizował tych prac pod kątem podobieństw tekstowych w sposób systemowy. Liczyło się to, aby praca była na temat, miała odpowiednią objętość, logiczną strukturę i – co kluczowe – była napisana zgodnie z wcześniej zatwierdzonym planem.

Oczywiście, gdyby te same prace zostały dziś przepuszczone przez współczesne systemy antyplagiatowe, większość z nich nie przeszłaby pozytywnie weryfikacji. Nie było to jednak postrzegane jako problem. Ówczesna praktyka opierała się na założeniu, że pewne fragmenty, zwłaszcza teoretyczne, mogą być do siebie bardzo podobne, bo przecież odwołują się do tych samych definicji, modeli czy klasycznych ujęć danego zagadnienia. Nie chodziło o bezrefleksyjne kopiowanie całych rozdziałów metodą „kopiuj–wklej”, lecz o sprytne przeredagowywanie istniejących tekstów. Najczęściej modyfikowane były początki akapitów, czyli te miejsca, na których oko czytelnika zatrzymuje się na dłużej. Dalej tekst mógł już płynąć niemal identycznie jak w innych pracach, bo promotorzy zazwyczaj nie czytali całości wnikliwie, a jedynie przeglądali ją pobieżnie.

Części praktyczne stanowiły osobną kategorię. One z reguły dotyczyły różnych przedsiębiorstw lub instytucji i były oparte na rzeczywistych, choć niekiedy lekko zmodyfikowanych danych finansowych czy organizacyjnych. Tutaj również stosowano określone szablony, które pozwalały zachować spójność i jednocześnie znacząco skracały czas pisania. W praktyce oznaczało to, że struktura rozdziału praktycznego była niemal zawsze taka sama, zmieniała się jedynie nazwa firmy, zakres danych i wnioski końcowe. Dzięki temu możliwe było obsłużenie dużej liczby zleceń w krótkim czasie.

I właśnie w tym miejscu wracamy do planu pracy, bo to on był punktem wyjścia dla całego procesu. W tamtych czasach najlepszą i najszybszą metodą przygotowania planu było po prostu sięgnięcie po dowolną książkę związaną z danym tematem. Spis treści takiej publikacji stanowił gotowy wzorzec, który wystarczyło odpowiednio dostosować. Zostawiało się trzy lub cztery rozdziały, rzadko kiedy więcej niż pięć, usuwało się fragmenty zbędne z punktu widzenia tematu pracy i w zasadzie plan był gotowy w kilka minut. Nie było w tym nic odkrywczego ani oryginalnego, ale spełniało wszystkie formalne wymagania.

Często wyglądało to tak, że z książki brano niemal w całości część teoretyczną, bo ta była uniwersalna i łatwa do adaptacji. Rozdziały praktyczne natomiast konstruowano według utartego schematu: metodologia badań własnych, opis obiektu badań, analiza wyników oraz wnioski. Ten schemat sprawdzał się niemal w każdej dziedzinie, od ekonomii, przez zarządzanie, aż po pedagogikę czy socjologię. Plan pracy w takim ujęciu nie był więc żadnym indywidualnym projektem intelektualnym, lecz narzędziem organizacyjnym.

Z perspektywy czasu widać wyraźnie, że plan pracy pełnił głównie funkcję uspokajającą. Dla studenta był dowodem, że „coś już jest zrobione” i że promotor zaakceptował kierunek działań. Dla promotora był sygnałem, że temat został wstępnie przemyślany i że praca będzie miała logiczną strukturę. Dla osoby piszącej pracę – czy to studenta, czy ghostwritera – plan był po prostu instrukcją obsługi, według której należało produkować kolejne rozdziały.

Dlatego właśnie uważam, że plan pracy jest rzeczą prostą i sztampową. Nie oznacza to, że jest niepotrzebny, bo bez niego trudno byłoby zachować spójność tekstu. Oznacza to jednak, że nie warto przypisywać mu nadmiernej wagi ani traktować go jako miary wartości intelektualnej pracy. W zdecydowanej większości przypadków plan jest wariacją na temat setek, jeśli nie tysięcy, podobnych planów, które już wcześniej funkcjonowały w obiegu akademickim.

Dzisiaj sytuacja jest oczywiście inna. Programy antyplagiatowe, większa świadomość promotorów oraz zmieniające się standardy sprawiają, że pewne praktyki z początku lat dwutysięcznych nie miałyby racji bytu. Sam mechanizm tworzenia planu pracy jednak pozostał w dużej mierze niezmieniony. Nadal opiera się on na schematach, podręcznikach i sprawdzonych strukturach. I właśnie dlatego, mimo upływu lat, nadal twierdzę, że plan pracy to element techniczny, a nie twórczy, i że jego przygotowanie nie powinno być źródłem ani stresu, ani szczególnej dumy.