Kierownicy, czy korektorzy?

5/5 - (1 vote)

Moim zdaniem, ani to, ani to. Ani tacy, ani tacy. Oczywiście, mowa o promotorach. Powinni być kierownikami projektu pod nazwą praca magisterska, czy jego korektorami? Powinni mówić, co magistrant ma robić i kierować jego poczynaniami, czy tylko poprawiać to, co napisze i mówić, gdzie zrobił błąd? Nie ma złotej reguły. Wszystko zależy od sytuacji i co najważniejsze – od magistrantów. Jak się trafi maminsynek, który kroku nie zrobi bez pytania, to trudno będzie poprawić coś, cokolwiek bez pokierowania jego krokami. Z kolei, gdy trafimy na pełnego pomysłów zapaleńca, który płodzi sto stron na tydzień, to pozwólmy mu się realizować – tylko troszkę korygując jego ruchy, ale tak, aby nawet nie zauważył, że je korygujemy, tak, aby myślał, że sam doszedł do właściwych wniosków.

Jakaś konkluzja? Tak. Promotor powinien być elastyczny i inteligentny, powinien umieć pokierować maminsynkiem i wskazać błędy A niestety, z mojego doświadczenia, jak już zresztą pisałem, mnóstwo promotorów to idioci. Z naszą nauką (szkolnictwem wyższym) nie jest najlepiej.

Nie każdy musi być magistrem

5/5 - (1 vote)

Wydaje się, że to prawda od dawien dawna znana, nie odkrywam tutaj Ameryki i w ogóle po co to piszę? Ano piszę to dlatego, że aby być magistrem, to trzeba w końcu tę pracę magisterską napisać, a nasz blog właśnie o tym jest. O pisaniu prac magisterskich.

Co zrobić, gdy ktoś jest doskonałym matematykiem, a poprawnie zdania po polsku nie umie sklecić? Jakoś udało mu się przebrnąć przez liceum, czy technikum, ale nie ma szans, żeby napisał pracę magisterską. Mamy mu powiedzieć „nie każdy musi być magistrem”? No, nie, nie możemy mu tak powiedzieć, bo jeśli nie będzie magistrem, to nie będzie i matematykiem. Nie będzie mógł na przykład nauczać matematyki w szkole, bo tam jest wymagany właśnie ten tytuł. I tam i owam – wszędzie jest wymagany – jeśli ktoś nie jest przynajmniej magistrem matematyki, to nie jest matematykiem w ogóle.

Po co ten przykład? Ano po to, że nasz system prawny ma wiele luk, jest w nim wiele błędów. Na nasze obywateli szczęście system prawny,  to nie system społeczny – a ten sam potrafi się obronić, sam naprawić. Serwisy oferujące pomoc w pisaniu prac nie działają w ramach systemu prawnego (przez ten próbują być zwalczane – znajomy, o którym już pisałem miał z tej okazji prokuratorskie zarzuty). Serwisy oferujące pomoc w pisaniu prac działają jednak w ramach systemu społecznego i dzięki temu taki genialny matematyk może uzyskać pomoc w napisaniu pracy magisterskiej i dalej rozwijać swoje umiejętności, zdolności.

Serwisy oferujące pomoc w pisaniu prac naprawiają pewien błąd systemu prawnego. Nie należy z nimi walczyć. Raczej powinno się naprawić system – a wtedy one znikną same. Przykład matematyka jest dość obrazowy (i dlatego go tu wykorzystałem), ale raczej rzadko spotykany. Ten błąd systemu prawnego ogólnie polega na tym, że ludzie współcześni coraz bardziej tracą umiejętność przelewania swoich słów, myśli na papier – techniki mulimedialne powoli wypierają tradycyjne słowo pisane – stąd i ludzie przestają potrzebować kształcić w sobie te umiejętności. Dlatego należałoby zmienić wymagania dotyczące uzyskiwania tytułu magisterskiego – dostosować do zmieniającego się świata.

Rola promotora

5/5 - (1 vote)

To temat dość wrażliwy, bo co innego teoria, ideały, a co innego rzeczywistość. Jak trafisz na ambitnych i chłonnych wiedzy studentów, to możesz realizować ideały. A jak trafisz na studentów, którym zależy tylko na papierku i w dodatku jeszcze to jełopy, to te swoje ideały możesz schować do kieszeni. Musisz wtedy przygotować listę tematów, z których jełopy sobie coś wybiorą… Drugim z moich wytłumaczeń dlaczego niektórzy promotorzy uparcie nazywają plan pracy spisem treści (pierwsze wytłumaczenie, to to, że są idiotami) jest takie, że łatwiej jest jełopom, którzy się im trafią wytłumaczyć, co ci mają przygotować. Książki mają spis treści, więc taki jełop może sobie wyobrazić o co chodzi, a planu pewnie w życiu na oczy nie widział, a jak widział, to nie pamięta. Jak nie możesz realizować ideałów, to lepiej się wtedy posługuj dość prostym językiem, tak, jakbyś rozmawiał z dzieckiem. A i tak może być problem. Bez zdolności pedagogicznych jełopom może być trudno wytłumaczyć nawet różnicę między ibidem, a op. cit. Spuśćmy kurtynę milczenia. Jaka powinna być rola promotora, gdy trafią mu się ambitni i chłonni wiedzy studenci? O tym w którymś z kolejnych wpisów.


Aktualizacja 2025

Rola promotora to temat wyjątkowo wrażliwy, bo w tym przypadku rozdźwięk między teorią a praktyką jest szczególnie duży. W oficjalnych opisach, regulaminach studiów i akademickich deklaracjach promotor jawi się jako przewodnik intelektualny, mentor, partner w dyskusji naukowej i osoba wspierająca rozwój studenta. W rzeczywistości bardzo często wygląda to zupełnie inaczej, a zakres tej różnicy zależy nie tyle od samego promotora, ile od materiału, z jakim musi on pracować. Innymi słowy: wszystko rozbija się o studentów, którzy mu się trafią.

Jeżeli promotor ma szczęście i trafia na studentów ambitnych, samodzielnych i faktycznie zainteresowanych tematem, wówczas może próbować realizować swoje ideały. Może dyskutować, zadawać pytania, wymagać czytania literatury, poprawiać sposób myślenia, a nie tylko błędy formalne. W takim układzie praca dyplomowa ma szansę stać się rzeczywistym ćwiczeniem intelektualnym, a relacja promotor–student może przypominać to, co opisują podręczniki akademickiej dydaktyki. Problem w tym, że taki układ zdarza się rzadko i raczej incydentalnie.

Znacznie częściej promotor trafia na studentów, którym zależy wyłącznie na „papierku”. Dyplom jest dla nich celem samym w sobie, a praca dyplomowa jedynie przeszkodą do usunięcia z drogi. Co gorsza, bardzo często idzie to w parze z brakami intelektualnymi, niską kulturą akademicką i kompletnym brakiem ciekawości poznawczej. W takiej sytuacji wszelkie ideały można spokojnie schować do kieszeni. Nie ma sensu mówić o rozwoju naukowym, skoro podstawowym problemem jest zrozumienie polecenia.

Wtedy rola promotora ulega brutalnemu uproszczeniu. Z mentora staje się on zarządcą procesu, którego jedynym celem jest doprowadzenie studenta do obrony przy minimalnych stratach czasu i energii. Trzeba przygotować listę tematów, z których student sobie coś wybierze, najlepiej bez większego zastanawiania się. Tematy muszą być na tyle ogólne, żeby dało się pod nie podciągnąć dowolną treść, i na tyle proste, żeby student nie musiał podejmować samodzielnych decyzji. Wybór tematu nie jest wtedy aktem zainteresowania, tylko formalnością.

W tym kontekście pojawia się kwestia planu pracy, a właściwie jego specyficznej interpretacji przez niektórych promotorów. Jednym z powodów, dla których uparcie nazywają oni plan pracy spisem treści, jest chęć maksymalnego uproszczenia komunikacji. Pierwszym powodem, jak już wspomniałem wcześniej, może być zwyczajna ignorancja. Drugim jednak jest czysta pragmatyka. Książki mają spis treści, więc nawet student o ograniczonych możliwościach intelektualnych jest w stanie wyobrazić sobie, o co chodzi. Plan pracy jest pojęciem abstrakcyjnym, którego taki student mógł nigdy nie widzieć, a jeśli nawet widział, to nie pamięta.

Promotor, który nie może liczyć na minimalną samodzielność studenta, musi posługiwać się językiem maksymalnie uproszczonym. Często przypomina to rozmowę z dzieckiem, a nie relację akademicką. Zamiast mówić o strukturze argumentacji, mówi się o „rozdziale pierwszym, drugim i trzecim”. Zamiast dyskusji o metodologii, pojawia się hasło „opiszesz to, co zrobiłeś”. Zamiast wymagań, są instrukcje krok po kroku. I nawet to bywa niewystarczające.

Brak zdolności pedagogicznych w takiej sytuacji bywa zabójczy. Wytłumaczenie studentowi różnicy między „ibidem” a „op. cit.” potrafi przerastać jego możliwości poznawcze, mimo że są to elementarne kwestie warsztatu naukowego. Próby wyjaśnienia kończą się frustracją po obu stronach. Student nie rozumie, o co chodzi, promotor nie rozumie, jak można tego nie rozumieć. W pewnym momencie wszyscy dochodzą do wniosku, że najlepiej spuścić na to zasłonę milczenia i skupić się na tym, żeby praca „jakoś wyglądała”.

W takich warunkach promotor przestaje być strażnikiem jakości, a zaczyna pełnić rolę filtra formalnego. Sprawdza, czy są przypisy, czy jest odpowiednia liczba stron, czy zgadza się układ rozdziałów. Merytoryczna zawartość schodzi na dalszy plan, bo jej egzekwowanie wymagałoby energii, której nikt nie chce już inwestować. Promotor wie, że student i tak niczego istotnego się nie nauczy, student wie, że promotor i tak go przepchnie, byle tylko mieć sprawę z głowy.

Nie oznacza to oczywiście, że wszyscy promotorzy działają w złej wierze. Wielu z nich po prostu dostosowuje się do realiów. Mają po kilkanaście, kilkadziesiąt prac pod opieką, obowiązki dydaktyczne, badawcze i administracyjne. W takich warunkach idealizm szybko ustępuje miejsca rutynie. System nie premiuje jakości opieki promotorskiej, lecz liczbę „wypromowanych” studentów. Trudno więc oczekiwać heroizmu tam, gdzie strukturalnie nie ma na niego miejsca.

Rola promotora w praktyce bardzo często polega więc na minimalizowaniu ryzyka. Ryzyka konfliktu ze studentem, ryzyka opóźnień, ryzyka problemów formalnych. Plan pracy w tej logice nie jest narzędziem intelektualnym, lecz checklistą. Spis treści ma być prosty, przewidywalny i możliwy do zrealizowania nawet przez kogoś, kto nie do końca rozumie, co pisze. Im mniej miejsca na interpretację, tym mniejsze prawdopodobieństwo problemów.

Warto też zauważyć, że ta sytuacja ma charakter samonapędzający się. Studenci przyzwyczajają się do niskich wymagań i traktują je jako normę. Promotorzy, widząc poziom studentów, jeszcze bardziej obniżają poprzeczkę. W efekcie całe środowisko akademickie funkcjonuje na poziomie znacznie niższym niż deklarowany. Oficjalnie mówi się o misji uniwersytetu, krytycznym myśleniu i rozwoju nauki, a nieoficjalnie chodzi o to, żeby „to się jakoś domknęło”.

Dlatego rozmowa o roli promotora bez uwzględnienia jakości studentów jest rozmową abstrakcyjną. Nie da się realizować ideałów w warunkach, które im nie sprzyjają. Nie da się wymagać od promotora cudów, jeśli systemowo nie ma na to przestrzeni. W praktyce promotor balansuje między tym, co chciałby robić, a tym, co musi robić, żeby przetrwać w ramach istniejących ograniczeń.

Na tym etapie warto jednak spuścić kurtynę milczenia. Opis roli promotora w sytuacji, gdy trafiają mu się ambitni i chłonni wiedzy studenci, wymaga zupełnie innego tonu i innej perspektywy. To temat, który zasługuje na osobny tekst, bo dotyczy tego, jak ta relacja mogłaby wyglądać, gdyby warunki były sprzyjające. O tym jednak w jednym z kolejnych wpisów.

Programy antyplagiatowe

5/5 - (1 vote)

Dobrodziejstwo techniki, które wyręcza promotorów w czytaniu prac. Generalnie i tak ich nie czytali, ale teraz dodatkowo mają alibi. Przepuszczają pracę przez program antyplagiatowy (albo raczej ktoś za nich to zrobi, najczęściej w sekretariacie) i nikt już im nie zarzuci, że nie dopilnowali studenta. Alibi doskonałe.

Wspominałem już o swoim znajomym piszącym prace. No, więc, znał on (choć nie osobiście) tych promotorów od podszewki. Byli promotorzy rekordziści, wykładający na kilku uczelniach i mający rocznie kilkuset magistrantów – szczególnie właśnie taki jeden rekordzista zapadł mu w pamięć – którego nazwiska wolałby, żeby nie wymieniać. Sprawiał wrażenie bardzo skrupulatnego, zaznaczał mnóstwo rzeczy do poprawienia w pracy (później nawet już miał asystentów od zaznaczania uwag) i magistranci bali się u niego pisać prace, ale cóż, często nie mieli wyjścia, musieli. Więc ci studenci zapisywali się na jego seminarium i gremialnie zgłaszali się do mojego znajomego – poddawali się już na wstępie, zlecając pisanie komuś innemu. Mój znajomy obsłużył w ciągu kilku lat z pół setki magistrantów tego promotora. Okazało się, że poprawki tego promotora nie dotyczą treści pracy, one wszystkie dotyczyły formy. Dla tego promotora ważna była wielkość czcionki, odstępów między wierszami, ale nie treść pracy. A w tamtych czasach dla większości ludzi to był poważny problem, nie za bardzo znali się na komputerze, a co dopiero na skomplikowanym edytorze tekstu. A promotor ten lubił takie efekty graficzne, które w tamtym Wordzie (Word 97) były trudne do wykonania nawet dla eksperta. Życzył sobie na przykład, żeby „Rozdział pierwszy.” (właśnie tak pisany – i drugi i trzeci rozdział, oczywiście, również) był wyśrodkowany, a w drugiej linii pod spodem był tytuł tego rozdziału wyrównany do lewej. Wszystko byłoby ok, gdyby nie to, że miał być to w dodatku jeden nagłówek. Rzecz w ówczesnym Wordzie nie do zrobienia, bo żeby przenieść coś w nagłówku do drugiej linii trzeba było wstawić twardą spację, a gdy się ją wstawiło, to i pierwsza i druga linia musiały być wyrównane w ten sam sposób. Męczył w ten sposób mnóstwo ludzi. Ale tak, jak pisałem wszystkie jego uwagi dotyczyły formy pracy, a nie treści. Znajomy w ramach eksperymentu w jednej z prac umieścił tyle bzdur, że specjalista w danej dziedzinie nie mógłby chyba wyjść z szoku. Tutaj wszystko przeszło.

Był też inny promotor, też uważany za piłę. Zawsze miał trzy sesje poważnych poprawek, z którymi magistranci zwyczajnie sobie nie radzili. Zawsze pierwsza poprawa polegała na całkowitym przemodelowaniu pracy, generalnie według uwag pół pracy trzeba było napisać od nowa. Zrobione. Dobrze, ok, ale po tym napisaniu połowy pracy od nowa przychodziła druga sesja poprawek. I co? I nadal było źle – chociaż było zrobione dokładnie według uwag promotora. Ok, klient płaci, poprawki się wprowadza. Na koniec przychodziła trzecia sesja poprawek – tak samo drastycznie zmieniająca pracę, jak dwie pierwsze, ale, jak zauważył mój znajomy – w kierunku pierwotnej wersji pracy. Po dwukrotnym napisaniu pracy od nowa wraca się do pierwotnej wersji. I co stwierdził mój znajomy ekspert? Co z kolejnym biednym magistrantem tego promotora zrobił? Kazał mu oddać pracę bez wprowadzania poprawek. Promotor się nie zorientował, nakazał drugą sesję poprawek, znowu wrócił do niego wersja niepoprawiona, nakazał trzecią sesję poprawek, sytuacja się powtórzyła i zaliczył pracę na piątkę. Taką ten promotor miał metodę, a na każdą metodę są sposoby.

Promotorzy nie czytają prac. Oczywiście, zdarzy się taki co przeczyta, ale to wyjątek. Promotorzy co najwyżej prace przeglądają.

Program jednak jest genialny i bardzo pożyteczny (nie będę tu wymieniać nazwy, żeby nie robić reklamy). Na początku miał bardzo wiele wad – śledzę jego ewolucję od powstania – przez krótki okres dało się go na przykład w bardzo prosty sposób oszukać dając dwa odstępy (dwie spacje) między wyrazami zamiast jednego (wystarczyło z automatu zamienić jedną spację na dwie w całym tekście). Tę wadę jednak szybko usunięto. Były też inne, na przykład program zaznaczał jako plagiat sformułowania dość potocznie używane, gdy napisało się przykładowo „jak to drzewiej w Polsce bywało”, to już według programu robiło się plagiat. Dzisiaj większość tych wad usunięto, są cztery współczynniki podobieństwa, każde dotyczące czego innego. Z takiego raportu dzisiaj naprawdę dużo o pracy można się dowiedzieć. Oczywiście, przeglądając, czytając ten raport, a nie patrząc tylko na wykazane na pierwszej stronie procenty. Niestety, promotor, to istota leniwa (stąd też wybrał taką, a nie inną pracę, pewnie uważa, że jest od myślenia, a nie roboty), jak dawniej nie czytał prac, tak teraz nie czyta raportów, procenty muszą mu się tylko zgadzać.

Jednak o planie pracy

5/5 - (1 vote)

Kilkanaście dni temu pisałem, że plan pracy to rzecz tak prosta i sztampowa, że nie chce mi się o niej pisać. Nadal tak uważam, ale może wyjaśnię, dlaczego tak uważam.

Znam człowieka, który od 2000 roku zajmuje się pisaniem prac dyplomowych na zlecenie. Tak pi razy drzwi napisał już razem ze swoimi pracownikami około pięciu tysięcy prac (muszę go kiedyś zachęcić do tego, aby spróbował policzyć dokładnie). Na początku, oczywiście, zaczynał sam. Swego czasu, kiedy nie były jeszcze tak rozpowszechnione programy antyplagiatowe (o programach antyplagiatowych napiszę może następnym razem), albo nawet jeszcze nie istniały, potrafił napisać w ciągu jednej doby trzy prace, pamiętam ten rekord, pracował cały dzień i całą noc – dwa licencjaty i jedna magisterka, w sumie ponad 200 stron. Te prace, dzisiaj, oczywiście, nie przeszłyby pozytywnie testu antyplagiatowego, ale wtedy nikt się tym nie przejmował. Ważne, żeby praca była dobra, na temat i napisana według zatwierdzonego planu klienta. A to, że jakieś akapity były generalnie bardzo do siebie podobne nie miało znaczenia. Nie to, że to były prace całkiem na zasadzie kopiuj wklej – o ile części teoretyczne wykazywały znamiona plagiatu, bo były tylko lekko przeredagowane (generalnie tylko te fragmenty, początki akapitów, gdzie wzrok ludzki „zawiesza” swoją uwagę – było to tak sprytnie zrobione, że promotorzy, którzy zazwyczaj nie czytają prac, a tylko przerzucają je wzrokiem nie zauważyliby podobieństw i nie wyłapaliby plagiatu; co innego program komputerowy), o tyle części praktyczne dotyczyły innych przedsiębiorstw i były pisane na podstawie ich rzeczywistych danych finansowych (oczywiście, też z zastosowanie jakieś sprytnej sztuczki, szablonu, aby ze zleceniami zdążyć na czas).

Wracając do planu pracy, bo o tym przecież zamierzałem pisać, najlepszą metodą w tych dawnych czasach było wziąć do ręki jakąkolwiek książkę dotyczącą danego tematu i na podstawie jej spisu treści ułożyć swój plan. Praca na 5 minut. Zostawia się trzy, cztery rozdziały, maksymalnie pięć, wyrzuca się to, co niepotrzebne i gotowe. Można też z takiej książki wziąć tylko część teoretyczną, a praktyczną ułożyć według sztampowego schematu z metodologią badań własnych i analizą wyników badań własnych.


Aktualizacja 2025

Pisałem już wcześniej, że plan pracy to rzecz tak prosta i jednocześnie tak schematyczna, że w gruncie rzeczy nie bardzo widziałem sens, aby poświęcać jej osobny tekst. Nadal podtrzymuję to zdanie, choć z biegiem czasu doszedłem do wniosku, że warto jednak doprecyzować, skąd bierze się to przekonanie. Być może dla kogoś, kto dopiero zaczyna swoją przygodę z pisaniem pracy dyplomowej, plan jawi się jako element kluczowy, niemal intelektualny fundament całego przedsięwzięcia. W praktyce jednak plan pracy jest raczej technicznym rusztowaniem niż dziełem twórczym, a jego przygotowanie rzadko wymaga szczególnych zdolności analitycznych czy oryginalności.

Znam człowieka, który od około 2000 roku zajmuje się zawodowo pisaniem prac dyplomowych na zlecenie. Przez te wszystkie lata, razem ze swoimi współpracownikami, stworzył – szacunkowo – około pięciu tysięcy prac. To oczywiście liczba przybliżona, bo nigdy nie prowadził dokładnych statystyk, choć czasem żartobliwie wspomina, że powinien kiedyś spróbować to policzyć. Na samym początku działał w pojedynkę, stopniowo budując zaplecze ludzi, którzy przejmowali część zleceń. Były to czasy zupełnie inne niż dziś, jeśli chodzi o kontrolę jakości, dostęp do narzędzi informatycznych oraz podejście uczelni do kwestii samodzielności prac.

W okresie, gdy programy antyplagiatowe nie były jeszcze powszechnie stosowane, a często wręcz nie istniały, tempo pracy potrafiło być wręcz niewiarygodne. Pamiętam do dziś jego rekordowy wyczyn, kiedy w ciągu jednej doby napisał trzy prace dyplomowe: dwa licencjaty i jedną magisterkę. Łącznie ponad dwieście stron tekstu, powstałych w trybie ciągłym, bez snu, dzień i noc spędzone przy komputerze. Z dzisiejszej perspektywy brzmi to jak coś nierealnego, ale wtedy było możliwe właśnie dlatego, że nikt nie analizował tych prac pod kątem podobieństw tekstowych w sposób systemowy. Liczyło się to, aby praca była na temat, miała odpowiednią objętość, logiczną strukturę i – co kluczowe – była napisana zgodnie z wcześniej zatwierdzonym planem.

Oczywiście, gdyby te same prace zostały dziś przepuszczone przez współczesne systemy antyplagiatowe, większość z nich nie przeszłaby pozytywnie weryfikacji. Nie było to jednak postrzegane jako problem. Ówczesna praktyka opierała się na założeniu, że pewne fragmenty, zwłaszcza teoretyczne, mogą być do siebie bardzo podobne, bo przecież odwołują się do tych samych definicji, modeli czy klasycznych ujęć danego zagadnienia. Nie chodziło o bezrefleksyjne kopiowanie całych rozdziałów metodą „kopiuj–wklej”, lecz o sprytne przeredagowywanie istniejących tekstów. Najczęściej modyfikowane były początki akapitów, czyli te miejsca, na których oko czytelnika zatrzymuje się na dłużej. Dalej tekst mógł już płynąć niemal identycznie jak w innych pracach, bo promotorzy zazwyczaj nie czytali całości wnikliwie, a jedynie przeglądali ją pobieżnie.

Części praktyczne stanowiły osobną kategorię. One z reguły dotyczyły różnych przedsiębiorstw lub instytucji i były oparte na rzeczywistych, choć niekiedy lekko zmodyfikowanych danych finansowych czy organizacyjnych. Tutaj również stosowano określone szablony, które pozwalały zachować spójność i jednocześnie znacząco skracały czas pisania. W praktyce oznaczało to, że struktura rozdziału praktycznego była niemal zawsze taka sama, zmieniała się jedynie nazwa firmy, zakres danych i wnioski końcowe. Dzięki temu możliwe było obsłużenie dużej liczby zleceń w krótkim czasie.

I właśnie w tym miejscu wracamy do planu pracy, bo to on był punktem wyjścia dla całego procesu. W tamtych czasach najlepszą i najszybszą metodą przygotowania planu było po prostu sięgnięcie po dowolną książkę związaną z danym tematem. Spis treści takiej publikacji stanowił gotowy wzorzec, który wystarczyło odpowiednio dostosować. Zostawiało się trzy lub cztery rozdziały, rzadko kiedy więcej niż pięć, usuwało się fragmenty zbędne z punktu widzenia tematu pracy i w zasadzie plan był gotowy w kilka minut. Nie było w tym nic odkrywczego ani oryginalnego, ale spełniało wszystkie formalne wymagania.

Często wyglądało to tak, że z książki brano niemal w całości część teoretyczną, bo ta była uniwersalna i łatwa do adaptacji. Rozdziały praktyczne natomiast konstruowano według utartego schematu: metodologia badań własnych, opis obiektu badań, analiza wyników oraz wnioski. Ten schemat sprawdzał się niemal w każdej dziedzinie, od ekonomii, przez zarządzanie, aż po pedagogikę czy socjologię. Plan pracy w takim ujęciu nie był więc żadnym indywidualnym projektem intelektualnym, lecz narzędziem organizacyjnym.

Z perspektywy czasu widać wyraźnie, że plan pracy pełnił głównie funkcję uspokajającą. Dla studenta był dowodem, że „coś już jest zrobione” i że promotor zaakceptował kierunek działań. Dla promotora był sygnałem, że temat został wstępnie przemyślany i że praca będzie miała logiczną strukturę. Dla osoby piszącej pracę – czy to studenta, czy ghostwritera – plan był po prostu instrukcją obsługi, według której należało produkować kolejne rozdziały.

Dlatego właśnie uważam, że plan pracy jest rzeczą prostą i sztampową. Nie oznacza to, że jest niepotrzebny, bo bez niego trudno byłoby zachować spójność tekstu. Oznacza to jednak, że nie warto przypisywać mu nadmiernej wagi ani traktować go jako miary wartości intelektualnej pracy. W zdecydowanej większości przypadków plan jest wariacją na temat setek, jeśli nie tysięcy, podobnych planów, które już wcześniej funkcjonowały w obiegu akademickim.

Dzisiaj sytuacja jest oczywiście inna. Programy antyplagiatowe, większa świadomość promotorów oraz zmieniające się standardy sprawiają, że pewne praktyki z początku lat dwutysięcznych nie miałyby racji bytu. Sam mechanizm tworzenia planu pracy jednak pozostał w dużej mierze niezmieniony. Nadal opiera się on na schematach, podręcznikach i sprawdzonych strukturach. I właśnie dlatego, mimo upływu lat, nadal twierdzę, że plan pracy to element techniczny, a nie twórczy, i że jego przygotowanie nie powinno być źródłem ani stresu, ani szczególnej dumy.

Funkcje przypisów

5/5 - (1 vote)

Podstawową funkcją przypisów jest podanie źródła, z którego cytujemy jakiś fragment, przytaczamy jakąś myśl. Przypisy mogą mieć, oczywiście, również inne zastosowania. Możemy na przykład skierować czytelnika do jakiejś publikacji. Publikacji, w której (czy w których – bo możemy w jednym przypisie umieścić kilka tytułów) poruszany przez nas temat, wątek jest opisany na przykład bardziej szczegółowo, gdzie znajdziemy więcej informacji na interesujący nas temat. W taki przypadku przypis zazwyczaj zaczynamy od wyrażenia „porównaj”( w skrócie piszemy „por.”). Przypisy możemy również wykorzystać do podania od razu tych dodatkowych informacji, bez oglądania się na inne publikacje. Zazwyczaj te dodatkowe informacje nie są na tyle istotne, aby umieszczać je we właściwym tekście pracy, ale mogą być na tyle interesujące dla czytelnika, mogą wzbogacić jego wiedzę w danym zakresie, żeby podać je właśnie w przypisie. W przypisach możemy również polemizować z tym, co napisaliśmy.

Zdarza się, że w pracy przyjmujemy jakieś założenia, opieramy się na jakiejś teorii, ale mamy świadomość, że te założenia mogą nie być prawdziwe, że teoria to jednak tylko teoria – w przypisach możemy właśnie dać wyraz temu, że mamy tego świadomość i możemy sobie na przykład pogdybać, co by było gdyby, co by było gdyby te założenia były fałszywe. Możemy również polemizować z innymi autorami. Przytaczamy na przykład guru w danej dziedzinie i trochę głupio byłoby zaraz pod jego cytatem pisać, że może sobie swoją teorię wsadzić w d. – ale w przypisie czemu nie. Przypisy mogą również służyć do spraw strasznie banalnych, na przykład do rozwijania użytych skrótów, objaśniania nieznanych pojęć. Jakbym miał zrobić listę możliwych zastosowań, to musiałaby być ona dość długa. Poza tym otwarta. Nie jest tak, że przypisy można wykorzystać tylko w określonych rzeczach i innych nie. Jeśli uważasz, że coś lepiej będzie umieścić w przypisie, a nie w głównym tekście, to tak zrób. Na pewno będzie dobrze.


Aktualizacja 2025

Podstawową i najbardziej oczywistą funkcją przypisów jest podanie źródła, z którego pochodzi cytowany fragment lub przytaczana myśl. Jeżeli w pracy magisterskiej korzystamy z cudzych sformułowań, definicji, koncepcji czy wyników badań, musimy jasno wskazać, skąd one pochodzą. Jest to element elementarnej uczciwości akademickiej, ale również wymóg formalny, bez którego praca nie ma prawa zostać uznana za samodzielną. Przypis w tym sensie pełni funkcję informacyjną i zabezpieczającą autora przed zarzutem plagiatu.

W praktyce jednak przypisy nie ograniczają się wyłącznie do wskazywania źródeł cytatów. Ich funkcji jest znacznie więcej i warto mieć tego świadomość, ponieważ umiejętne korzystanie z przypisów może wyraźnie poprawić jakość pracy. Przypis daje autorowi pewną swobodę, której nie daje główny tekst. Można w nim dopowiedzieć coś na marginesie, rozwinąć myśl, a nawet pozwolić sobie na drobną dygresję, nie burząc przy tym toku wywodu.

Jednym z częstych zastosowań przypisów jest odsyłanie czytelnika do innych publikacji. Zdarza się bowiem, że poruszany w pracy wątek jest bardzo szeroki albo został już dokładnie opisany w literaturze. W takim przypadku nie ma sensu powtarzać całych fragmentów cudzych analiz. Wystarczy zasygnalizować problem w tekście głównym, a w przypisie wskazać publikacje, w których temat został omówiony bardziej szczegółowo. W takich sytuacjach przypis często zaczyna się od słowa „porównaj”, zapisywanego skrótowo jako „por.”.

Tego typu przypis pełni rolę drogowskazu dla czytelnika. Autor pokazuje, że zna literaturę przedmiotu i wie, gdzie szukać pogłębionych informacji, ale jednocześnie nie przeciąża głównego tekstu nadmiarem szczegółów. Co istotne, w jednym przypisie można wskazać kilka publikacji jednocześnie, co pozwala w prosty sposób zaznaczyć istnienie całego nurtu badań, a nie tylko jednego, wybranego stanowiska.

Innym zastosowaniem przypisów jest umieszczanie w nich dodatkowych informacji, bez odsyłania do innych źródeł. Czasem autor chce coś dopowiedzieć, wyjaśnić lub uzupełnić, ale zdaje sobie sprawę, że informacja ta nie jest na tyle istotna, aby znajdowała się w głównym tekście pracy. Może jednak być na tyle ciekawa lub użyteczna, że szkoda ją całkowicie pominąć. W takiej sytuacji przypis sprawdza się idealnie.

Tego rodzaju przypisy często zawierają ciekawostki, drobne uzupełnienia lub dodatkowe wyjaśnienia. Czytelnik, który chce skupić się wyłącznie na głównym wątku pracy, może je pominąć, natomiast ten bardziej dociekliwy ma możliwość poszerzenia swojej wiedzy. Dzięki temu główny tekst pozostaje klarowny i uporządkowany, a jednocześnie nie traci się wartościowych informacji.

Przypisy mogą być również miejscem na zaznaczenie wątpliwości autora wobec przyjmowanych założeń. W pracy naukowej często opieramy się na określonych teoriach, modelach lub koncepcjach, mając jednocześnie świadomość ich ograniczeń. Nie zawsze wypada wprost podważać je w tekście głównym, zwłaszcza jeśli stanowią one fundament dalszych rozważań. Przypis pozwala w takiej sytuacji pokazać, że autor zdaje sobie sprawę z problemu i nie traktuje przyjętych założeń jako absolutnych prawd.

W przypisie można więc zaznaczyć, że dana teoria budzi kontrowersje, że istnieją wobec niej zastrzeżenia albo że w określonych warunkach może się nie sprawdzać. Można też pozwolić sobie na krótkie „gdybanie”, czyli zastanowienie się, co by było, gdyby przyjęte założenia okazały się fałszywe. Tego typu refleksje pokazują dojrzałość autora i jego krytyczne podejście do omawianych zagadnień.

Szczególnym przypadkiem wykorzystania przypisów jest polemika z innymi autorami. W głównym tekście pracy zazwyczaj przytaczamy poglądy uznanych badaczy z odpowiednim szacunkiem, nawet jeśli się z nimi nie zgadzamy. Otwarta krytyka bywa ryzykowna, zwłaszcza gdy dotyczy osób uznawanych za autorytety w danej dziedzinie. Przypis daje w takich sytuacjach pewien margines swobody.

Oczywiście nie chodzi o to, aby w przypisach pisać rzeczy wulgarne czy obraźliwe. Jednak można w nich pozwolić sobie na bardziej bezpośrednie sformułowanie wątpliwości lub krytyki. Jeżeli w tekście głównym przytaczamy stanowisko „guru” danej dyscypliny, to w przypisie możemy zaznaczyć, że jego teoria ma słabe punkty, jest przestarzała albo nie przystaje do współczesnych realiów. Taki zabieg pozwala zachować poprawność formalną, a jednocześnie nie rezygnować z własnego zdania.

Przypisy pełnią także funkcje bardzo przyziemne i techniczne. Można w nich rozwijać użyte skróty, objaśniać pojęcia specjalistyczne lub wyjaśniać terminy obcojęzyczne. Jest to szczególnie przydatne wtedy, gdy dana praca może być czytana przez osoby spoza wąskiej specjalizacji autora. Zamiast przerywać tok wywodu definicjami, można umieścić je w przypisie i pozwolić czytelnikowi samodzielnie zdecydować, czy chce się z nimi zapoznać.

Warto podkreślić, że lista możliwych zastosowań przypisów jest bardzo długa i w gruncie rzeczy nie da się jej zamknąć. Przypisy nie są narzędziem o sztywno określonych funkcjach. Ich wykorzystanie zależy od potrzeb autora, charakteru pracy oraz własnego wyczucia proporcji. Nie ma jednej, uniwersalnej reguły mówiącej, co wolno umieszczać w przypisie, a czego nie.

Oczywiście przypisy nie powinny być nadużywane. Praca, w której co drugie zdanie kończy się rozbudowanym przypisem, staje się męcząca w odbiorze. Z drugiej strony całkowity brak przypisów również wygląda podejrzanie i sugeruje ubóstwo źródeł lub brak orientacji w literaturze. Kluczowe jest znalezienie rozsądnego środka.

W praktyce można przyjąć prostą zasadę: jeżeli dana informacja jest istotna dla zrozumienia wywodu, powinna znaleźć się w głównym tekście. Jeżeli natomiast stanowi jedynie uzupełnienie, komentarz lub dygresję, lepszym miejscem będzie przypis. Jeżeli autor ma wątpliwości, gdzie coś umieścić, przypis jest zazwyczaj bezpiecznym rozwiązaniem.

Przypisy pełnią więc w pracy magisterskiej wiele funkcji, znacznie wykraczających poza samo podawanie źródeł. Mogą informować, uzupełniać, komentować, polemizować i wyjaśniać. Dają autorowi możliwość zachowania przejrzystości głównego tekstu, a jednocześnie pozwalają na przekazanie dodatkowych treści. Jeżeli autor uzna, że coś lepiej będzie umieścić w przypisie niż w tekście głównym, najczęściej będzie to decyzja trafna. Przypisy są narzędziem elastycznym i warto z nich korzystać świadomie, a nie traktować je wyłącznie jako uciążliwy obowiązek formalny.