Handel klientami

5/5 - (1 vote)

Dzisiaj chciałbym rozwiać pewną iluzję, której często ulegają klienci serwisów zajmujących się pisaniem prac.

Osoba poszukująca serwisu, który zająłby się pisaniem dla niej pracy najczęściej wpisuje odpowiednią frazę (na przykład „pisanie prac”) w wyszukiwarce internetowej i przegląda wyniki. Jej oczom ukazują się profesjonalnie przygotowane serwisy internetowe, w większości budzące zaufanie, posiadające regulaminy, dane kontaktowe, zapewnienia o braku plagiatu. Taka wielość barw i haseł, że trudno się zdecydować. Jednak zdecydować się trzeba i wybór klienta trafia na jakiś konkretny serwis, który podoba mu się bardziej niż inny. Pełen wiary w swój wybór pisze maila lub dzwoni.

Zacznijmy od maila. Co dalej dzieje się z takim mailem? Otóż z takim mailem dzieje się rzecz taka, której „klient” nie spodziewałby się w najgorszych wizjach. Ten jego mail krąży sobie po Internecie. Jest sprzedawany. Nie serwisowi, o którym na stronie przeczytał tyle wspaniałych rzeczy, nie osobie, która tak pięknie i przekonująco o swoich usługach pisze, ale komuś, kto najczęściej nawet nie wie o istnieniu strony, którą właśnie klient oglądał. Bo ta strona reklamuje coś co nie istnieje. Ten serwis został przygotowany przez pozycjonera, przez firmę zajmującą się pozycjonowaniem stron internetowych. Przygotowuje ona strony internetowe (w tym wypadku z branży pisania prac) i zarabia na przesyłaniu wypełnionych przez klientów formularzy 20-30 zł (od sztuki) osobom, które faktycznie zajmują się pisaniem prac, ale z daną wybraną przez klienta stroną internetową nie mają nic wspólnego. Ten mail jest więc sprzedawany – niejednokrotnie kilkukrotnie (A go kupił za 30 zł, ale ma teraz dużo zleceń, albo tematyka mu nie odpowiada, więc sprzedaje go B za 20 zł).

Jest jeszcze telefon, na który można zadzwonić. Klient, który woli zadzwonić zamiast napisać maila, dzwoni. I co? Odbiera pani lub pan, przed którymi leży kilka lub kilkanaście telefonów z oznaczeniami serwisów – żeby się nie pogubić w tym, jaką akurat stronę internetową się reprezentuje.

Pani lub pan odpowiadają, że oczywiście, możemy przyjąć takie zlecenie, ale żeby dokonać szczegółowej wyceny, to prosimy wysłać maila z opisem zlecenia, teraz mogę tylko podać szacunkową cenę. I klient maila wysyła. Wiemy już co dalej się z nim dzieje.

Świat się zmienia. O ile jeszcze kilka lat temu serwisy pisania prac faktycznie były prowadzone przez osoby zajmujące się pisaniem prac, to teraz należą do rzadkości. Te autentyczne zostały zepchnięte na dalekie strony w wynikach wyszukiwania, a pierwsze dziesiątki należą do serwisów „prawdziwie wirtualnych”.

Tym autentycznym w takiej sytuacji pozostaje jedynie skorzystać z oferty opisywanych pozycjonerów:

„Posiadam kilka stron związanych z pisaniem prac licencjackich, magisterskich, referatów, itp. Strony generują ok. 20 formularzy dziennie. Nie jestem zadowolony z obecnej współpracy, więc szukam kogoś innego.
Oferuję dostosowanie swoich stron do Państwa potrzeb (warunki, ceny, kontakt, itp.) oraz długoterminową współpracę. Mam firmę, więc najbardziej interesowałaby mnie umowa oraz FV.
Jeśli są Państwo zainteresowani proszę napisać czy rozliczalibyśmy się za pojedynczy formularz czy procentowo od wartości zlecenia. Proszę napisać konkretne wartości, gdyż tę wiadomość wysłałem do kilku osób/firm, więc czekam na konkurencyjną ofertę.”

 

 

Historia z życia wzięta

5/5 - (1 vote)

Mój znajomy firmę zajmującą się pomocą w pisaniu prac prowadzi już kilkanaście lat. W tym okresie miał mnóstwo ciekawych, interesujących, zabawnych, groźnych doświadczeń. Jedną z historii, którą mi opowiadał i która zapadła mi w pamięć jest historia o klientce, która się rozwodziła.

Przed rozwodem zleciła mojemu znajomemu napisanie pracy licencjackiej. Praca została sprawnie napisana, obroniona i na tym cała historia powinna się skończyć. Niestety, życie prywatne klientki ułożyło się tak, że rozstawała się z mężem i to rozstawała się z nim nie w sposób pokojowy, ale rozstawali się będąc ze sobą na wojennej ścieżce. Mąż tak chciał dopiec swojej małżonce, że poszedł na policję i zgłosił, że jego żona nie napisała sama pracy, ale skorzystała z pomocy mojego znajomego. Nie wiem, jak go policjanci potraktowali, czy chcieli zająć się sprawą, czy nie, na pewno chcieli jakichś dowodów i człowiek ten zaczął prowadzić swoje prywatne śledztwo. Udał się do siedziby firmy, przedstawił pracę żony, którą skopiował z jej (ich) komputera i chciał uzyskać potwierdzenie, że praca ta została napisana przez tę firmę. Uzbrojony w sprzęt szpiegowski chciał mieć dowód. No, cóż potwierdzenia nie uzyskał, dowodu nie zdobył, ale nie spoczął na tym, nie zrezygnował ze swojej wendety. Udał się na uczelnię żony i tam zaczął przedstawiać swoją sprawę. Nie wiem, czy mu uwierzyli, czy nie, nie wiemy, jak się dokładnie ta sprawa zakończyła, klientka nie poinformował o tym mojego znajomego, a on nie dopytywał.

Jaki z tego morał? No, cóż, mój znajomy nie pomaga klientom w oszukiwaniu promotorów, uczelni, jego firma przygotowuje dla nich projekty doradcze i nie wchodzi w żadne bliższe interakcje z klientami – chociażby nie wiadomo, jak byli zaufani i był przekonany o tym, że nie wpakują go w kłopoty. W końcu nie wiadomo jakiego mają małżonka, ani kto będzie kiedyś czytał ich maile.

Nieuczciwi piszący

5/5 - (1 vote)

Mój znajomy, który prowadzi serwis pisania prac podesłał mi dzisiaj kilka maili, wszystkie podobne, od tej samej osoby – jakiegoś Adama, poniżej prezentuje dwa z nich:

„Posiadam 80 prac w tym magisterskich i licencjackich. Wszystkie prace są mojego autorstwa, jestem zainteresowany ich sprzedażą.”

„Mam do sprzedania 80 prac naukowych: magisterskich i licencjackich. Wszystkie są mojego autorstwa. Jeżeli jesteście Państwo zainteresowani to proszę o kontakt Tel. … W załączniku przesyłam spis tematów.”

No, cóż, pan Adam nie obronił tych wszystkich prac. Wierzymy mu, że je napisał. Jednak na pewno nie napisał ich dla siebie, napisał je dla jakichś klientów. Ci klienci zapłacili mu za te prace myśląc, że skoro płacą, to tylko oni będą mieli prawo dysponowania tymi pracami. Tylko tak myśleli, bo tu nieuczciwy pan Adam sprzedaje to, co dla nich napisał. Teraz każdy może się dowiedzieć, że dana praca została napisana przez pana Adama. Implikacje jakie to za sobą niesie pozostawiam Państwa domyślności. I przestrzegam przed panami Adamami.

Aktualizacja 2026

I tu właśnie zaczyna się problem, którego wiele osób w ogóle nie bierze pod uwagę. Kiedy ktoś zleca przygotowanie pracy osobie trzeciej, bardzo często myśli wyłącznie o jednym: żeby otrzymać plik, oddać go i mieć sprawę z głowy. Tymczasem od momentu przekazania tematu, danych, materiałów, wytycznych promotora czy nawet własnych ankiet traci sporą część kontroli nad tym, co stanie się z tym wszystkim później.

Może się oczywiście okazać, że osoba wykonująca zlecenie zachowa się uczciwie. Problem polega jednak na tym, że klient nie ma żadnej pewności, iż tak będzie.

Jeżeli ktoś raz napisał pracę i dostał za nią wynagrodzenie, może później uznać, że szkoda, aby tekst „leżał na dysku”. Może sprzedać go drugi raz. Potem trzeci. Może zmienić nazwę przedsiębiorstwa, kilka tabel, trochę przestawić rozdziały i zaoferować kolejnemu klientowi jako „indywidualnie przygotowane opracowanie”.

Dla sprzedającego to czysty zysk.

Dla wcześniejszego klienta – potencjalny problem.

Wyobraźmy sobie, że ktoś zapłacił za pracę, obronił ją, a po dwóch latach ta sama treść zaczyna krążyć po Internecie. Pojawia się na stronie z gotowymi pracami, w katalogu „wzorów” albo w ofercie przesyłanej kolejnym studentom. Trudno wtedy mówić o jakiejkolwiek poufności.

Jeszcze gorzej, jeśli sprzedający zachował korespondencję.

Temat pracy.

Nazwisko klienta.

Nazwę uczelni.

Nazwisko promotora.

Uwagi przesyłane przez prowadzącego.

Numery kolejnych wersji pliku.

Czasem nawet dane dotyczące terminu obrony.

Nagle osoba, która chciała po prostu „zamówić tekst”, odkrywa, że ktoś obcy posiada bardzo dokładną dokumentację całej współpracy.

I co właściwie może z tym zrobić?

Bardzo dużo.

Może nic.

Może sprzedać pracę dalej.

Może pochwalić się nią w portfolio.

Może pokazać fragmenty korespondencji.

Może wykorzystać tekst do przygotowania kolejnych opracowań.

A w najbardziej nieprzyjemnym wariancie może próbować wykorzystać posiadane informacje jako narzędzie nacisku.

To oczywiście scenariusz skrajny, ale sam fakt, że klient nie ma kontroli nad kopią pracy, powinien dać do myślenia.

Nieuczciwość może zresztą wyglądać znacznie bardziej banalnie.

Ktoś obiecuje tekst „pisany od zera”, a w rzeczywistości składa go z fragmentów kilku wcześniejszych prac.

Ktoś deklaruje, że korzysta wyłącznie z literatury naukowej, a większość materiału pochodzi z przypadkowych stron internetowych.

Ktoś zapewnia, że wszystkie przypisy są sprawdzone, ale połowa publikacji nie istnieje albo ma błędne dane.

Ktoś mówi, że wykona analizę statystyczną, a po prostu tworzy kilka wykresów i dopisuje do nich ogólne komentarze.

Na pierwszy rzut oka tekst może wyglądać bardzo profesjonalnie.

Ma pięćdziesiąt stron.

Są nagłówki.

Są przypisy.

Jest bibliografia.

Jest kilka tabel.

Czyli „musi być dobrze”.

Niekoniecznie.

Długi tekst może być równie dobrze długim zbiorem błędów.

Szczególnie niebezpieczne są prace z dziedzin, których klient sam słabo zna. Jeśli student nie potrafi ocenić jakości merytorycznej zamówionego materiału, może nie zauważyć, że autor myli podstawowe pojęcia albo wyciąga wnioski, które w ogóle nie wynikają z danych.

A potem przychodzi obrona.

Promotor pyta:

„Dlaczego zastosował pan właśnie tę metodę?”

I zapada cisza.

„Na jakiej podstawie przyjął pan taki podział?”

Cisza.

„Co oznacza ten współczynnik w tabeli 12?”

Jeszcze dłuższa cisza.

Wtedy okazuje się, że największym problemem nie jest nawet to, kto napisał tekst, tylko to, że student nie rozumie własnej pracy.

Nieuczciwy wykonawca rzadko będzie się tym przejmował.

Dostał pieniądze.

Wysłał plik.

Zadanie zakończone.

Obrona jest już problemem klienta.

Dlatego bardzo zabawne są wszystkie zapewnienia w rodzaju „gwarancja obrony”.

Nikt rozsądny nie może zagwarantować, jakie pytanie zada komisja, jak zachowa się promotor ani czy student będzie potrafił odpowiedzieć na pytania dotyczące tekstu, którego sam nie przygotował.

Można zagwarantować dostarczenie pliku.

Można obiecać liczbę stron.

Można zadeklarować termin.

Ale „gwarancja obrony” brzmi raczej jak hasło reklamowe niż realna gwarancja czegokolwiek.

Podobnie z „gwarancją antyplagiatu”.

Co ona właściwie znaczy?

Że tekst nie został skopiowany?

Że nie został wcześniej sprzedany?

Że nie zostanie sprzedany jutro?

Że nie zawiera cudzych fragmentów?

Że jakieś narzędzie nie wykaże wysokiego podobieństwa?

Każde z tych pytań dotyczy czegoś innego.

Sprzedający może dziś przesłać nowy, niepublikowany wcześniej tekst i rzeczywiście uzyskać niski poziom podobieństwa. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, żeby miesiąc później sprzedał ten sam plik komuś innemu.

Pierwszy klient dowie się o tym ostatni.

Albo nigdy.

Jeszcze inny problem to dane badawcze. Jeśli student przekazuje wykonawcy wyniki ankiet, wywiady, materiały przedsiębiorstwa albo dokumenty otrzymane w miejscu pracy, powinien zastanowić się, co właściwie udostępnia obcej osobie.

Czy te dane są publiczne?

Czy zawierają informacje wewnętrzne?

Czy można je swobodnie przekazywać dalej?

Czy respondenci zgodzili się na taki sposób przetwarzania ich wypowiedzi?

To nie są drobiazgi.

Szczególnie jeśli praca powstaje na podstawie materiałów firmowych.

Student może otrzymać dostęp do dokumentów właśnie dlatego, że pracuje w danej organizacji albo uzyskał zgodę na wykorzystanie ich w pracy. Nie oznacza to automatycznie, że może przesłać je komuś nieznanemu, kto siedzi po drugiej stronie Internetu.

A jednak właśnie tak się dzieje.

„Proszę przesłać wszystko, co pan ma”.

I student wysyła.

Raporty.

Dane finansowe.

Ankiety.

Materiały wewnętrzne.

Czasem nawet listę pracowników.

A potem zastanawia się, czy wykonawca jest uczciwy.

Trochę późno.

Warto też pamiętać, że nieuczciwy wykonawca może wykorzystać nie tylko samą pracę, ale także pomysły.

Załóżmy, że student ma dostęp do interesujących danych, przygotował oryginalny temat i przekazał komplet materiałów osobie, która miała jedynie „pomóc w napisaniu”.

Po kilku miesiącach może się okazać, że podobne opracowanie pojawiło się gdzie indziej.

Albo że ktoś wykorzystał te same dane do stworzenia artykułu.

Czy tak się stanie?

Nie wiadomo.

Ale znowu wracamy do tego samego problemu: utraty kontroli.

Zaufanie do obcej osoby staje się podstawą całej transakcji.

A przecież klient często nie zna nawet prawdziwego nazwiska wykonawcy.

Ma adres e-mail.

Numer telefonu.

Czasem profil w komunikatorze.

I właściwie tyle.

W dodatku nieuczciwość nie zawsze musi oznaczać świadome oszustwo. Czasem osoba przyjmująca zlecenie po prostu przecenia własne możliwości.

Podejmuje się napisania pracy z finansów, choć zna się głównie na zarządzaniu.

Bierze temat prawniczy, choć nie potrafi właściwie analizować przepisów.

Podejmuje się statystyki, choć jej wiedza kończy się na obliczeniu średniej.

Klient dowiaduje się o tym dopiero po otrzymaniu uwag promotora.

Wtedy zaczyna się klasyczna historia:

„Promotor się czepia”.

„Promotor ma dziwne wymagania”.

„To kwestia jego gustu”.

Czasami rzeczywiście promotor może mieć specyficzne oczekiwania.

Ale czasami po prostu zauważa błędy.

I wtedy wykonawca, zamiast je naprawić, zaczyna przerzucać odpowiedzialność na prowadzącego.

To bardzo wygodne.

Każdą krytyczną uwagę można przecież skwitować stwierdzeniem, że „na innych uczelniach przechodzi”.

Tylko że student nie broni pracy na „innych uczelniach”.

Broni ją na swojej.

U swojego promotora.

Według konkretnych wymagań.

Nieuczciwi piszący potrafią również celowo przyjmować więcej zleceń, niż są w stanie wykonać. Wszystko wygląda świetnie do momentu, gdy zbliża się termin.

Wtedy zaczynają się opóźnienia.

„Jutro wysyłam”.

„Jeszcze tylko poprawiam przypisy”.

„Miałem awarię komputera”.

„Plik jest prawie gotowy”.

„Wieczorem na pewno”.

I nagle student, który miał trzy tygodnie zapasu, zostaje z niczym na dwa dni przed konsultacją.

Jeżeli próbuje się dodzwonić, telefon przestaje odpowiadać.

Trudno wtedy cokolwiek zrobić.

Dlatego paradoksalnie najlepszą ochroną przed „panami Adamami” nie jest znalezienie bardziej uczciwego pana Adama.

Jest nią niewchodzenie w sytuację, w której ktoś obcy posiada nad nami tak dużą przewagę.

Pomoc przy pracy może być potrzebna.

Konsultacja może być potrzebna.

Korekta językowa może być potrzebna.

Pomoc ze statystyką może być potrzebna.

Wyjaśnienie metodologii może być potrzebne.

Ale im bardziej pomoc przypomina całkowite przejęcie zadania, tym większa zależność od osoby, która je wykonuje.

I tym większe ryzyko.

Jeśli ktoś poprawia nasz tekst, nadal mamy własny tekst.

Jeśli ktoś tłumaczy nam statystykę, nadal sami wykonujemy analizę.

Jeśli ktoś konsultuje plan, nadal sami podejmujemy decyzje.

Jeśli ktoś natomiast przygotowuje całość, posiada również całość.

I kopię.

I historię współpracy.

I często dowody na to, kto naprawdę wykonał pracę.

To bardzo dużo jak na relację z osobą poznaną przez Internet.

Dlatego największym problemem przy korzystaniu z nieuczciwych „piszących” nie jest nawet sama jakość tekstu.

Jest nim asymetria.

Klient przekazuje pieniądze, dane, temat, informacje o uczelni i często własne materiały.

Druga strona przekazuje plik.

A następnie nadal posiada wszystko, co dostała.

Jeśli jest uczciwa, na tym historia się kończy.

Jeśli nie jest – dopiero się zaczyna.

I właśnie dlatego przed nieuczciwymi wykonawcami naprawdę warto przestrzegać.

Nie dlatego, że każdy, kto pomaga studentom, jest oszustem.

Nie dlatego, że każda płatna konsultacja jest czymś złym.

Ale dlatego, że oddawanie komuś całej odpowiedzialności za własną pracę oznacza jednocześnie oddanie mu bardzo dużej kontroli nad własną sytuacją.

A pan Adam z osiemdziesięcioma pracami pokazuje bardzo dobrze, jak taka kontrola może zostać wykorzystana.

Klient myśli, że kupił tekst.

Tymczasem czasami kupił jedynie jedną z jego kopii.

Wojny serwisów

5/5 - (1 vote)

W zeszłym roku można było obserwować swoiste wojny serwisów oferujących pomoc w pisaniu prac. Jak już wcześniej pisałem, na rynku było źle. Przede wszystkim dlatego, że klientów było zdecydowanie mniej. Ale pojawiło się też trochę nowych „twarzy” w branży, które zaczęły podbierać klientów starym serwisom. Nie ma w tym nic złego, konkurencja jest dobrą sprawą, ale dobrą sprawą jest konkurencja uczciwa.

Te „nowe twarze” nie płaciły podatków. Część z nich nawet nie miała zarejestrowanej działalności gospodarczej. A te, które miały – w żadnym wypadku nie płaciły VAT – na dźwięk słowa faktura VAT nagle kontakt się z nimi urywał. Usługi pisania prac są obciążone 23-procentowym podatkiem VAT i jeśli ktoś ma jakiś ryczałt, kartę podatkową, czy cokolwiek innego bez VAT, to miga się od płacenia podatków – jest zwykłym przestępcą. I to jest nieuczciwa konkurencja. Osoba, która nie płaci podatków (VAT, dochodowy, składki za ZUS) może oferować swoje usługi dwa razy taniej. Uczciwy podatnik nie ma z taką konkurencją żadnych szans.

I taka sytuacja rozgniewała niektóre „stare twarze”. Może nawet nie tyle rozgniewała, to złe określenie, ale zmusiła do walki z taką sytuacją. Nie może być tak, że ktoś napisze pracę na 90 stron za 900 zł, bo nie płaci podatków. Taką sumą można się zadowolić, gdy zostaje już ona na rękę. Zauważmy, że nawet płaca minimalna wynosi 1600 zł.

Więc jedna „ze starych twarzy”, konkretnie „stara twarz” z Częstochowy zaczęła podając się za klienta pisać do wszystkich twarzy maile z prośbą o wystawienie faktury VAT. Gdy jakaś twarz nie chciała takiej wystawić, to twarz z Częstochowy zaczynała grozić. Grozić, że jeśli nie zaprzestaną swojej niecnej działalności, to zgłosi sprawę do urzędów skarbowych, które to zastosują podatek od dochodów z nieujawnionych źródeł w wysokości 75%. Niektóre „nowe twarze” się przestraszyły i zamknęły swoje strony. Niektóre, oczywiście, nie. Stara twarz z Częstochowy przesłała więc zebrane dane (m.in. kont bankowych) różnych osób nie wystawiających  rachunków do urzędów skarbowych.

Mój znajomy rozmawiał z tą „starą twarzą” z Częstochowy. Napisała mu coś takiego: „…działamy w jednej drużynie. Dziś akcja się kończy. Za niedogodości przepraszam [podszywanie się pod potencjalnych klientów]. Poza tym jak inaczej mógłbym poznać numery kont bankowych. Przyniesie to Panu tylko korzyści, jak z rynku zniknie banda oszustów. Już 6 zniknęło.”

Nie jest dobrze w branży pisania prac

5/5 - (1 vote)

Tak, jak już pisałem, mam znajomego, który prowadzi serwis pisania prac.

Próbowały mu go zamknąć różne stowarzyszenia (składając doniesienia o popełnieniu przestępstwa), prokuratura, policja… I nic. Nikomu się udało. Miał zarzuty, był podejrzany, nie mógł na dłużej niż 7 dni opuszczać kraju itd. itp., ale wszystkie próby te były nieudane. Serwis bez przerwy działał – bez przestojów, bez przerywania pracy.

Ale dzisiaj wychodzi na to, że tego, czego nie mogła zrobić policja, prokuratura prawdopodobnie dokona kryzys. A w zasadzie dwa kryzysy – jeden ekonomiczny, drugi demograficzny. Ekonomicznego nie trzeba tłumaczyć. O demograficznym to w zasadzie trzeba by pisać w cudzysłowie. Chodzi generalnie o mniejszą ilość studentów – co jest nie tylko kwestią niżu demograficznego, ale i innych czynników powodujących, że mniej osób podejmuje studia (na przykład coraz powszechniejsze jest zdanie, że ukończenie studiów nie pomaga, albo niewiele pomaga w znalezieniu pracy) – w efekcie niektóre uczelnie zamykają kierunki, filie, niektóre będą upadać.

Cała branża pisania prac przeżywa kryzys. Mój znajomy niemal codziennie dostaje maile od osób, które chciałby z nim współpracować – niektóre z nich nie rozumieją, że to problem w skali całego kraju, a nie tylko jednego serwisu:

„Jestem zainteresowany współpracą związaną z pisaniem opracowań naukowych na zlecenie. Zajmuję się tym od około dwóch lat, jednak zaniedbania poprzednich zleceniodawców spowodowały obniżenie wyników wyszukiwania ich stron www, a tym samym znaczący spadek liczby klientów…”

Szanowna osobo próbująca kandydować na współpracownika, u mojego znajomego też nie dostaniesz pracy, bo to nie wina zaniedbań Twoich poprzednich zleceniodawców jest powodem tego, że nie masz pracy.

(Tak trochę komentując podejście tej osoby, to można wnosić, że nie jest zbyt bystra. Jeśli pisząc takiego maila ma się nadzieję, że odniesie on zamierzony skutek – czyli uzyskanie pracy – to trzeba być mocno bezmyślnym. Zajmuje się pisaniem od około dwóch lat – strasznie mało, dobrzy fachowcy zajmują się tym kilkanaście lat – nie powinna więc tego podkreślać, należałoby znaleźć swoje inne atuty. Obniżenie wyników wyszukiwania, mniej zleceń – wtedy zleceń nie dostają osoby najmniej kompetentne – czyli sam sobie kandydat wystawił laurkę. Poza tym, to niesmaczne – obmawiać swoich poprzednich chlebodawców; można przypuszczać, że w przyszłości może obmawiać aktualnych adresatów.)

Czyli co? Niech żyje wolny rynek?


Aktualizacja 2025

Tak jak już wcześniej wspominałem, mam znajomego, który od wielu lat prowadzi serwis zajmujący się pisaniem prac na zlecenie. Jest to działalność, która funkcjonuje na pograniczu prawa, etyki i akademickiej hipokryzji, a jednocześnie – przez długi czas – była zaskakująco odporna na wszelkie próby jej ograniczenia. Przez lata obserwowałem z bliska, jak ten rynek działa, jakie mechanizmy nim rządzą i jak bardzo potrafi być odporny na naciski instytucjonalne. Dlatego tym ciekawsze jest to, że dziś wyraźnie widać, iż branża ta znalazła się w poważnych tarapatach, choć przyczyny tego stanu rzeczy są zupełnie inne, niż wielu mogłoby się spodziewać.

Próby zamknięcia serwisu mojego znajomego podejmowały różne podmioty. Były stowarzyszenia walczące o „czystość akademicką”, które składały doniesienia o rzekomym popełnieniu przestępstw. Była prokuratura, była policja, były postępowania, zarzuty, status podejrzanego, ograniczenia w opuszczaniu kraju. Cały ten aparat państwowy, teoretycznie dysponujący ogromnymi środkami, przez lata próbował coś zrobić, ale realny efekt był żaden. Serwis działał nieprzerwanie, bez przestojów, bez zawieszania działalności, bez większego wpływu na liczbę zleceń. Klienci byli, pieniądze krążyły, a system funkcjonował dalej, jakby nic się nie działo.

Z perspektywy czasu można wręcz powiedzieć, że działania organów ścigania miały charakter bardziej symboliczny niż realny. Owszem, dla osoby prowadzącej taki biznes było to uciążliwe, stresujące i czasochłonne, ale nie stanowiło zagrożenia egzystencjalnego dla działalności. Prawo okazało się dziurawe, nieprecyzyjne albo po prostu nieskuteczne. Uczelnie z jednej strony potępiały proceder, z drugiej strony korzystały z niego pośrednio, bo systemowo były niezdolne do rzetelnej weryfikacji samodzielności prac. W efekcie wszystko trwało w pewnej równowadze, opartej na wzajemnym udawaniu.

I nagle okazuje się, że to, czego nie była w stanie zrobić policja ani prokuratura, może zrobić coś znacznie bardziej prozaicznego i bezosobowego, czyli kryzys. Właściwie nawet nie jeden kryzys, lecz dwa, które nałożyły się na siebie i zaczęły wzajemnie wzmacniać swoje skutki. Pierwszy z nich to kryzys ekonomiczny, który dotyka praktycznie wszystkich branż i nie wymaga szczególnego tłumaczenia. Ludzie mają mniej pieniędzy, ostrożniej je wydają, a wydatki na usługi tego typu przestają być oczywiste i automatyczne.

Drugi kryzys jest demograficzny, choć słowo to należałoby ująć w pewien cudzysłów. Nie chodzi wyłącznie o sam niż demograficzny, czyli mniejszą liczbę młodych ludzi wchodzących w wiek studencki. Chodzi również o szereg innych czynników, które sprawiają, że coraz mniej osób decyduje się w ogóle na podjęcie studiów. Coraz powszechniejsze jest przekonanie, że dyplom nie gwarantuje pracy, że studia niewiele pomagają w rozwoju zawodowym, a czas i pieniądze lepiej zainwestować w inne formy edukacji lub bezpośrednio w rynek pracy.

Efektem tego jest spadek liczby studentów, a co za tym idzie – spadek liczby potencjalnych klientów dla branży pisania prac. Niektóre uczelnie zamykają kierunki, inne likwidują filie, jeszcze inne balansują na granicy opłacalności. Mniej studentów to mniej prac licencjackich, magisterskich i podyplomowych, a więc mniej zleceń. To prosta zależność, której nie da się oszukać żadnym marketingiem ani optymalizacją stron internetowych.

Cała branża pisania prac przeżywa dziś wyraźny kryzys. Mój znajomy niemal codziennie dostaje wiadomości od osób, które chciałyby z nim współpracować. Są to zarówno pojedynczy autorzy, jak i osoby próbujące „podpiąć się” ze swoimi małymi serwisami pod większy, stabilniejszy podmiot. Wiele z tych maili zdradza jednak kompletny brak zrozumienia sytuacji rynkowej. Ich autorzy zdają się wierzyć, że problem leży w złym zarządzaniu, zaniedbaniach SEO albo błędach poprzednich zleceniodawców, a nie w fundamentalnej zmianie warunków funkcjonowania całej branży.

Przykładowy mail, który zacytowałem, jest pod tym względem wręcz modelowy. Autor deklaruje, że zajmuje się pisaniem opracowań naukowych od około dwóch lat i że spadek liczby klientów wynika z zaniedbań poprzednich zleceniodawców, które doprowadziły do obniżenia pozycji stron w wynikach wyszukiwania. Już samo to pokazuje, jak bardzo oderwane od rzeczywistości bywa myślenie takich osób. Zakładają one, że rynek jest wciąż taki sam, a jedynym problemem jest techniczna widoczność w Google.

Tymczasem prawda jest brutalnie prosta. U mojego znajomego taka osoba również nie dostanie pracy, bo nie ma pracy dla nikogo. To nie jest kwestia złego zarządzania jednym serwisem, tylko problem systemowy, obejmujący cały kraj. Gdy liczba zleceń spada, pierwsze odpadają osoby najsłabsze, najmniej doświadczone i najmniej kompetentne. Rynek w naturalny sposób się kurczy i selekcjonuje tych, którzy na nim pozostają.

Na marginesie warto skomentować sposób, w jaki autor tego maila próbuje się zaprezentować. Pisanie prac od około dwóch lat to w tej branży bardzo krótki staż. Najlepsi autorzy zajmują się tym kilkanaście lat, znają procedury, wymagania promotorów, style uczelni i potrafią przewidywać problemy, zanim się pojawią. Podkreślanie tak krótkiego doświadczenia nie jest atutem, lecz słabością. Zamiast tego należałoby wskazać inne kompetencje, specjalizacje czy umiejętności, które mogłyby mieć jakąkolwiek wartość.

Równie niefortunne jest zrzucanie winy na poprzednich zleceniodawców. Obmawianie ludzi, z którymi wcześniej się współpracowało, jest nie tylko niesmaczne, ale też krótkowzroczne. Jeśli ktoś w ten sposób opisuje swoich byłych partnerów biznesowych, łatwo sobie wyobrazić, że w przyszłości podobnie będzie wypowiadał się o obecnych. To sygnał ostrzegawczy dla każdego, kto miałby rozważać taką współpracę.

W gruncie rzeczy cała ta sytuacja prowadzi do jednego pytania: czy to po prostu naturalne działanie wolnego rynku? Branża, która przez lata funkcjonowała w specyficznej niszy, korzystając z luk systemowych i społecznego przyzwolenia, dziś zderza się z realiami ekonomicznymi i demograficznymi. Nie pomaga prawo, nie pomaga etyka, ale pomaga brak popytu. I być może właśnie w ten sposób ten rynek zostanie ostatecznie uregulowany, bez wielkich procesów, zakazów i medialnych kampanii. Po prostu przez to, że przestanie się opłacać. Czyli co? Niech żyje wolny rynek?

Pisanie pracy magisterskiej samemu

5/5 - (1 vote)

Ostatnio przeglądałem wpisy na forum traktującym o pisaniu prac i jeden z wpisów zwrócił moją uwagę – https://srv36142.seohost1.pl/viewtopic.php?f=5&t=27&p=234#p234

Interesujące w tym jest to, że praca magisterska, czy licencjacka z założenia nie powinna być pisana samodzielnie. Powinna być pisana razem z promotorem. Pomocą powinni również służyć inni pracownicy naukowi uczelni. Niesamodzielność pisania pracy dyplomowej jest wpisana w genezę powstania tego tworu, w jej cele i funkcje.

Wychodząc z tego założenia, gdy promotor nie spełnia swoich funkcji, gdy nie pomagają pracownicy naukowi uczelni i zastępują ich inni – serwisy zajmujące się zawodowo pomocą w pisaniu prac – to dochodzimy do wniosku, że świat nie jest taki czarno-biały i serwisy te są be. Nie są be. Patrząc na to z tej strony, to w pożyteczny sposób wypełniają one powstałą lukę.

Aktualizacja 2026

Warto jednak doprecyzować, co właściwie znaczy „samodzielnie”. To słowo bywa używane bardzo nieprecyzyjnie. Samodzielne napisanie pracy nie oznacza przecież, że student ma zamknąć się na kilka miesięcy w pokoju, nie rozmawiać z nikim o swoim temacie, nie konsultować planu, nie pytać o metodologię i nie pokazywać nikomu tekstu aż do dnia złożenia. Taki model byłby wręcz zaprzeczeniem sensu seminarium dyplomowego.

Samodzielność dotyczy przede wszystkim autorstwa i odpowiedzialności za pracę. To student powinien rozumieć problem, który opisuje, podejmować zasadnicze decyzje, znać wykorzystane źródła, potrafić wyjaśnić zastosowaną metodę i obronić własne wnioski. Nie oznacza to natomiast, że wszystkie decyzje musi podejmować bez konsultacji.

Promotor właśnie po to istnieje, aby student nie musiał wymyślać całego warsztatu naukowego od zera.

Jeżeli ktoś nigdy wcześniej nie prowadził badań, trudno oczekiwać, że intuicyjnie będzie wiedział, jak poprawnie sformułować problem badawczy, jak zbudować kwestionariusz, jak dobrać próbę albo jak oddzielić wynik od jego interpretacji. Tych rzeczy trzeba się nauczyć. Seminarium powinno być jednym z miejsc, w których taka nauka się odbywa.

Idealna sytuacja wygląda więc mniej więcej tak: student przychodzi z pomysłem, promotor pomaga go zawęzić. Student przygotowuje plan, promotor wskazuje słabe miejsca. Student proponuje metodę badawczą, promotor sprawdza, czy pasuje ona do celu. Student pisze rozdział, promotor zwraca uwagę na problemy, których początkujący autor sam jeszcze nie widzi.

Cały czas pracę wykonuje student.

Ale nie wykonuje jej w próżni.

To trochę tak, jak z nauką zawodu. Młody lekarz nie staje się lekarzem dlatego, że od pierwszego dnia pracuje bez żadnego nadzoru. Młody inżynier też nie musi samodzielnie wymyślać wszystkich procedur. Uczy się, konsultuje, obserwuje bardziej doświadczonych ludzi, otrzymuje uwagi. Samodzielność jest efektem procesu, a nie jego warunkiem początkowym.

Z pracą dyplomową powinno być podobnie.

Problem zaczyna się wtedy, gdy system zakłada istnienie pomocy, ale tej pomocy w praktyce nie ma.

Student ma promotora formalnie, lecz realnie widzi go kilka razy w semestrze.

Wysyła rozdział i przez miesiąc nie otrzymuje odpowiedzi.

Przynosi kwestionariusz, słyszy „może być”, a po przeprowadzeniu badań dowiaduje się, że pytania były źle skonstruowane.

Próbuje zapytać o literaturę, dostaje odpowiedź: „proszę poszukać”.

W takiej sytuacji bardzo łatwo zrozumieć, dlaczego zaczyna szukać wsparcia gdzie indziej.

I samo szukanie pomocy nie jest przecież czymś nagannym.

Jeżeli ktoś idzie do konsultanta metodologicznego i pyta, czy dobrze dobrał narzędzie badawcze, trudno uznać to za problem.

Jeżeli prosi polonistę o korektę językową, również nie przestaje być autorem swojej pracy.

Jeżeli statystyk tłumaczy mu, jak dobrać test i jak interpretować wynik, student nadal może samodzielnie wykonać analizę.

Jeżeli ktoś pokazuje, jak uporządkować rozdział i wskazuje, które fragmenty są zbędne, mamy do czynienia z redakcją albo konsultacją.

Granica nie przebiega więc między „pomocą uczelni” a „pomocą spoza uczelni”.

Przebiega między wsparciem autora a zastąpieniem autora.

To zasadnicza różnica.

Można wyobrazić sobie bardzo intensywną pomoc, która nadal nie odbiera pracy samodzielnego charakteru. Student może odbyć kilkanaście konsultacji, dostać setki uwag, poprawić tekst wielokrotnie, korzystać z korekty językowej i specjalistycznych porad, a mimo to pozostawać autorem całości, jeśli sam wykonuje zasadniczą pracę intelektualną.

Można też wyobrazić sobie sytuację odwrotną: ktoś „tylko pomaga”, ale w praktyce sam wymyśla strukturę, pisze rozdziały, tworzy ankietę, opracowuje wyniki i formułuje wnioski. Wtedy nazwanie tego pomocą nie zmienia istoty rzeczy.

Nie wystarczy więc powiedzieć: „przecież promotor też pomaga”.

Tak, pomaga.

Ale promotor nie powinien pisać pracy za studenta.

I dokładnie ta sama zasada powinna dotyczyć każdej innej osoby.

Warto również spojrzeć na całą sprawę z bardziej praktycznego punktu widzenia. Student, który otrzymuje dobrą pomoc, powinien po jej zakończeniu wiedzieć więcej i umieć więcej niż wcześniej. Jeżeli po konsultacji lepiej rozumie metodologię, nauczył się poprawnie cytować albo potrafi sam naprawić podobne błędy w kolejnych fragmentach, pomoc spełniła swoją funkcję.

Jeżeli natomiast po „pomocy” ma jedynie nowy plik, którego nie potrafi wyjaśnić, nie nastąpiło żadne uczenie się.

To dobry test.

Czy wsparcie rozwija kompetencje, czy tylko produkuje rezultat?

W pierwszym przypadku możemy mówić o rzeczywistym pomaganiu.

W drugim o wykonaniu zadania za kogoś.

Z tego punktu widzenia interesująca jest również rola promotora. Dobry promotor nie powinien być producentem gotowych rozwiązań. Jeśli student pyta: „jaki mam zrobić temat?”, prowadzący nie musi od razu podawać mu tytułu. Lepiej zapytać, co go interesuje, jakie ma możliwości badawcze i z jakim materiałem może pracować.

Podobnie przy planie.

Nie chodzi o to, aby promotor podyktował trzy rozdziały i dziewięć podrozdziałów.

Znacznie więcej student nauczy się wtedy, gdy przygotuje pierwszą wersję sam, a następnie wspólnie z prowadzącym zobaczy, co w niej nie działa.

To subtelna, ale bardzo ważna różnica.

Pomoc może być intensywna, a mimo to zostawiać przestrzeń na samodzielność.

Zresztą im bliżej końca pracy, tym tej przestrzeni powinno być więcej. Na początku promotor może bardzo szczegółowo wskazywać kierunek. Później student powinien już sam rozpoznawać pewne problemy. Jeśli po roku współpracy nadal nie potrafi napisać podrozdziału bez instrukcji punkt po punkcie, trudno mówić o dużym postępie.

Praca dyplomowa powinna więc być swego rodzaju treningiem samodzielności pod kontrolą bardziej doświadczonej osoby.

Nie pełną samodzielnością od pierwszego dnia.

Nie pełnym prowadzeniem do ostatniej strony.

Czymś pomiędzy.

W tym sensie hasło „napisałem pracę całkowicie sam” może być trochę mylące. Prawie nikt nie powinien pisać jej całkowicie sam, jeśli rozumiemy przez to brak jakiejkolwiek pomocy. Nawet bardzo dobry student korzysta przecież z literatury, konsultacji promotora, wskazówek metodologicznych czy uwag innych osób.

Nauka sama w sobie jest procesem opartym na dialogu.

Autor artykułu naukowego też nie działa całkowicie samotnie. Jego tekst może przejść recenzję, redakcję, korektę i dyskusję z innymi badaczami. To nie sprawia, że przestaje być jego autorem.

Podobnie powinno być z pracą magisterską.

Najbardziej rozsądny model to taki, w którym student odpowiada za treść, decyzje i rozumienie pracy, natomiast może korzystać z pomocy przy jej doskonaleniu.

I tutaj rzeczywiście pojawia się miejsce dla różnych form dodatkowego wsparcia.

Nie każdy promotor ma czas na poprawianie języka.

Nie każdy jest specjalistą od statystyki.

Nie każdy zna wszystkie narzędzia informatyczne.

Nie ma nic dziwnego w tym, że student szuka konsultacji u osób posiadających konkretne kompetencje.

Ważne tylko, aby wiedział, czego dokładnie od nich oczekuje.

„Proszę mi wyjaśnić, jak poprawić ten fragment” – to jedno.

„Proszę mi napisać ten fragment” – to drugie.

„Proszę sprawdzić, czy analiza jest poprawna” – jedno.

„Proszę zrobić analizę i napisać wnioski, żebym mógł wkleić” – drugie.

„Proszę wskazać błędy w ankiecie” – jedno.

„Proszę stworzyć mi całe badanie” – drugie.

Granica staje się wtedy dość czytelna.

Można też powiedzieć, że im większa pomoc zewnętrzna, tym ważniejsze jest, aby student rozumiał każdą zmianę. Jeśli korektor przepisuje zdanie, autor powinien wiedzieć dlaczego. Jeśli konsultant sugeruje inną metodę, powinien umieć wyjaśnić jej zalety. Jeśli statystyk proponuje zastosowanie określonego testu, student powinien przynajmniej rozumieć, co ten test sprawdza.

Nie po to, żeby udawać eksperta.

Po to, żeby nadal być autorem własnej pracy.

W praktyce właśnie brak dobrego wsparcia ze strony uczelni jest jednym z powodów, dla których studenci zaczynają szukać pomocy na zewnątrz. Zamiast więc wyłącznie potępiać sam fakt istnienia takich usług, warto zapytać, dlaczego jest na nie popyt.

Czasami odpowiedź będzie mało pochlebna dla studentów: chcą iść na skróty.

Ale nie zawsze.

Czasem mają promotora, który praktycznie nie prowadzi seminarium.

Czasem nie rozumieją metodologii, a zajęcia poświęcono jej dwie godziny.

Czasem nikt wcześniej nie nauczył ich poprawnie pracować z literaturą.

Czasem otrzymują uwagę „to jest źle”, ale bez żadnego wyjaśnienia.

Wtedy rynek po prostu odpowiada na potrzebę, której uczelnia nie zaspokoiła.

Najlepszym rozwiązaniem nie jest jednak zastąpienie jednej zależności drugą. Student, który był pozostawiony sam sobie przez promotora, nie powinien dla odmiany całkowicie oddawać pracy osobie z zewnątrz. Potrzebuje raczej kompetentnego wsparcia, które pozwoli mu dokończyć własny projekt.

I chyba właśnie tak należy rozumieć zdrową pomoc w pisaniu pracy.

Nie jako produkowanie prac.

Jako pomaganie ludziom w napisaniu ich własnych prac.

Różnica jednego słowa.

Ale bardzo duża różnica w praktyce.