Historia z życia wzięta

5/5 - (1 vote)

Mój znajomy firmę zajmującą się pomocą w pisaniu prac prowadzi już kilkanaście lat. W tym okresie miał mnóstwo ciekawych, interesujących, zabawnych, groźnych doświadczeń. Jedną z historii, którą mi opowiadał i która zapadła mi w pamięć jest historia o klientce, która się rozwodziła.

Przed rozwodem zleciła mojemu znajomemu napisanie pracy licencjackiej. Praca została sprawnie napisana, obroniona i na tym cała historia powinna się skończyć. Niestety, życie prywatne klientki ułożyło się tak, że rozstawała się z mężem i to rozstawała się z nim nie w sposób pokojowy, ale rozstawali się będąc ze sobą na wojennej ścieżce. Mąż tak chciał dopiec swojej małżonce, że poszedł na policję i zgłosił, że jego żona nie napisała sama pracy, ale skorzystała z pomocy mojego znajomego. Nie wiem, jak go policjanci potraktowali, czy chcieli zająć się sprawą, czy nie, na pewno chcieli jakichś dowodów i człowiek ten zaczął prowadzić swoje prywatne śledztwo. Udał się do siedziby firmy, przedstawił pracę żony, którą skopiował z jej (ich) komputera i chciał uzyskać potwierdzenie, że praca ta została napisana przez tę firmę. Uzbrojony w sprzęt szpiegowski chciał mieć dowód. No, cóż potwierdzenia nie uzyskał, dowodu nie zdobył, ale nie spoczął na tym, nie zrezygnował ze swojej wendety. Udał się na uczelnię żony i tam zaczął przedstawiać swoją sprawę. Nie wiem, czy mu uwierzyli, czy nie, nie wiemy, jak się dokładnie ta sprawa zakończyła, klientka nie poinformował o tym mojego znajomego, a on nie dopytywał.

Jaki z tego morał? No, cóż, mój znajomy nie pomaga klientom w oszukiwaniu promotorów, uczelni, jego firma przygotowuje dla nich projekty doradcze i nie wchodzi w żadne bliższe interakcje z klientami – chociażby nie wiadomo, jak byli zaufani i był przekonany o tym, że nie wpakują go w kłopoty. W końcu nie wiadomo jakiego mają małżonka, ani kto będzie kiedyś czytał ich maile.

Nieuczciwi piszący

5/5 - (1 vote)

Mój znajomy, który prowadzi serwis pisania prac podesłał mi dzisiaj kilka maili, wszystkie podobne, od tej samej osoby – jakiegoś Adama, poniżej prezentuje dwa z nich:

„Posiadam 80 prac w tym magisterskich i licencjackich. Wszystkie prace są mojego autorstwa, jestem zainteresowany ich sprzedażą.”

„Mam do sprzedania 80 prac naukowych: magisterskich i licencjackich. Wszystkie są mojego autorstwa. Jeżeli jesteście Państwo zainteresowani to proszę o kontakt Tel. … W załączniku przesyłam spis tematów.”

No, cóż, pan Adam nie obronił tych wszystkich prac. Wierzymy mu, że je napisał. Jednak na pewno nie napisał ich dla siebie, napisał je dla jakichś klientów. Ci klienci zapłacili mu za te prace myśląc, że skoro płacą, to tylko oni będą mieli prawo dysponowania tymi pracami. Tylko tak myśleli, bo tu nieuczciwy pan Adam sprzedaje to, co dla nich napisał. Teraz każdy może się dowiedzieć, że dana praca została napisana przez pana Adama. Implikacje jakie to za sobą niesie pozostawiam Państwa domyślności. I przestrzegam przed panami Adamami.

 

Wojny serwisów

5/5 - (1 vote)

W zeszłym roku można było obserwować swoiste wojny serwisów oferujących pomoc w pisaniu prac. Jak już wcześniej pisałem, na rynku było źle. Przede wszystkim dlatego, że klientów było zdecydowanie mniej. Ale pojawiło się też trochę nowych „twarzy” w branży, które zaczęły podbierać klientów starym serwisom. Nie ma w tym nic złego, konkurencja jest dobrą sprawą, ale dobrą sprawą jest konkurencja uczciwa.

Te „nowe twarze” nie płaciły podatków. Część z nich nawet nie miała zarejestrowanej działalności gospodarczej. A te, które miały – w żadnym wypadku nie płaciły VAT – na dźwięk słowa faktura VAT nagle kontakt się z nimi urywał. Usługi pisania prac są obciążone 23-procentowym podatkiem VAT i jeśli ktoś ma jakiś ryczałt, kartę podatkową, czy cokolwiek innego bez VAT, to miga się od płacenia podatków – jest zwykłym przestępcą. I to jest nieuczciwa konkurencja. Osoba, która nie płaci podatków (VAT, dochodowy, składki za ZUS) może oferować swoje usługi dwa razy taniej. Uczciwy podatnik nie ma z taką konkurencją żadnych szans.

I taka sytuacja rozgniewała niektóre „stare twarze”. Może nawet nie tyle rozgniewała, to złe określenie, ale zmusiła do walki z taką sytuacją. Nie może być tak, że ktoś napisze pracę na 90 stron za 900 zł, bo nie płaci podatków. Taką sumą można się zadowolić, gdy zostaje już ona na rękę. Zauważmy, że nawet płaca minimalna wynosi 1600 zł.

Więc jedna „ze starych twarzy”, konkretnie „stara twarz” z Częstochowy zaczęła podając się za klienta pisać do wszystkich twarzy maile z prośbą o wystawienie faktury VAT. Gdy jakaś twarz nie chciała takiej wystawić, to twarz z Częstochowy zaczynała grozić. Grozić, że jeśli nie zaprzestaną swojej niecnej działalności, to zgłosi sprawę do urzędów skarbowych, które to zastosują podatek od dochodów z nieujawnionych źródeł w wysokości 75%. Niektóre „nowe twarze” się przestraszyły i zamknęły swoje strony. Niektóre, oczywiście, nie. Stara twarz z Częstochowy przesłała więc zebrane dane (m.in. kont bankowych) różnych osób nie wystawiających  rachunków do urzędów skarbowych.

Mój znajomy rozmawiał z tą „starą twarzą” z Częstochowy. Napisała mu coś takiego: „…działamy w jednej drużynie. Dziś akcja się kończy. Za niedogodości przepraszam [podszywanie się pod potencjalnych klientów]. Poza tym jak inaczej mógłbym poznać numery kont bankowych. Przyniesie to Panu tylko korzyści, jak z rynku zniknie banda oszustów. Już 6 zniknęło.”

Nie jest dobrze w branży pisania prac

5/5 - (1 vote)

Tak, jak już pisałem, mam znajomego, który prowadzi serwis pisania prac.

Próbowały mu go zamknąć różne stowarzyszenia (składając doniesienia o popełnieniu przestępstwa), prokuratura, policja… I nic. Nikomu się udało. Miał zarzuty, był podejrzany, nie mógł na dłużej niż 7 dni opuszczać kraju itd. itp., ale wszystkie próby te były nieudane. Serwis bez przerwy działał – bez przestojów, bez przerywania pracy.

Ale dzisiaj wychodzi na to, że tego, czego nie mogła zrobić policja, prokuratura prawdopodobnie dokona kryzys. A w zasadzie dwa kryzysy – jeden ekonomiczny, drugi demograficzny. Ekonomicznego nie trzeba tłumaczyć. O demograficznym to w zasadzie trzeba by pisać w cudzysłowie. Chodzi generalnie o mniejszą ilość studentów – co jest nie tylko kwestią niżu demograficznego, ale i innych czynników powodujących, że mniej osób podejmuje studia (na przykład coraz powszechniejsze jest zdanie, że ukończenie studiów nie pomaga, albo niewiele pomaga w znalezieniu pracy) – w efekcie niektóre uczelnie zamykają kierunki, filie, niektóre będą upadać.

Cała branża pisania prac przeżywa kryzys. Mój znajomy niemal codziennie dostaje maile od osób, które chciałby z nim współpracować – niektóre z nich nie rozumieją, że to problem w skali całego kraju, a nie tylko jednego serwisu:

„Jestem zainteresowany współpracą związaną z pisaniem opracowań naukowych na zlecenie. Zajmuję się tym od około dwóch lat, jednak zaniedbania poprzednich zleceniodawców spowodowały obniżenie wyników wyszukiwania ich stron www, a tym samym znaczący spadek liczby klientów…”

Szanowna osobo próbująca kandydować na współpracownika, u mojego znajomego też nie dostaniesz pracy, bo to nie wina zaniedbań Twoich poprzednich zleceniodawców jest powodem tego, że nie masz pracy.

(Tak trochę komentując podejście tej osoby, to można wnosić, że nie jest zbyt bystra. Jeśli pisząc takiego maila ma się nadzieję, że odniesie on zamierzony skutek – czyli uzyskanie pracy – to trzeba być mocno bezmyślnym. Zajmuje się pisaniem od około dwóch lat – strasznie mało, dobrzy fachowcy zajmują się tym kilkanaście lat – nie powinna więc tego podkreślać, należałoby znaleźć swoje inne atuty. Obniżenie wyników wyszukiwania, mniej zleceń – wtedy zleceń nie dostają osoby najmniej kompetentne – czyli sam sobie kandydat wystawił laurkę. Poza tym, to niesmaczne – obmawiać swoich poprzednich chlebodawców; można przypuszczać, że w przyszłości może obmawiać aktualnych adresatów.)

Czyli co? Niech żyje wolny rynek?


Aktualizacja 2025

Tak jak już wcześniej wspominałem, mam znajomego, który od wielu lat prowadzi serwis zajmujący się pisaniem prac na zlecenie. Jest to działalność, która funkcjonuje na pograniczu prawa, etyki i akademickiej hipokryzji, a jednocześnie – przez długi czas – była zaskakująco odporna na wszelkie próby jej ograniczenia. Przez lata obserwowałem z bliska, jak ten rynek działa, jakie mechanizmy nim rządzą i jak bardzo potrafi być odporny na naciski instytucjonalne. Dlatego tym ciekawsze jest to, że dziś wyraźnie widać, iż branża ta znalazła się w poważnych tarapatach, choć przyczyny tego stanu rzeczy są zupełnie inne, niż wielu mogłoby się spodziewać.

Próby zamknięcia serwisu mojego znajomego podejmowały różne podmioty. Były stowarzyszenia walczące o „czystość akademicką”, które składały doniesienia o rzekomym popełnieniu przestępstw. Była prokuratura, była policja, były postępowania, zarzuty, status podejrzanego, ograniczenia w opuszczaniu kraju. Cały ten aparat państwowy, teoretycznie dysponujący ogromnymi środkami, przez lata próbował coś zrobić, ale realny efekt był żaden. Serwis działał nieprzerwanie, bez przestojów, bez zawieszania działalności, bez większego wpływu na liczbę zleceń. Klienci byli, pieniądze krążyły, a system funkcjonował dalej, jakby nic się nie działo.

Z perspektywy czasu można wręcz powiedzieć, że działania organów ścigania miały charakter bardziej symboliczny niż realny. Owszem, dla osoby prowadzącej taki biznes było to uciążliwe, stresujące i czasochłonne, ale nie stanowiło zagrożenia egzystencjalnego dla działalności. Prawo okazało się dziurawe, nieprecyzyjne albo po prostu nieskuteczne. Uczelnie z jednej strony potępiały proceder, z drugiej strony korzystały z niego pośrednio, bo systemowo były niezdolne do rzetelnej weryfikacji samodzielności prac. W efekcie wszystko trwało w pewnej równowadze, opartej na wzajemnym udawaniu.

I nagle okazuje się, że to, czego nie była w stanie zrobić policja ani prokuratura, może zrobić coś znacznie bardziej prozaicznego i bezosobowego, czyli kryzys. Właściwie nawet nie jeden kryzys, lecz dwa, które nałożyły się na siebie i zaczęły wzajemnie wzmacniać swoje skutki. Pierwszy z nich to kryzys ekonomiczny, który dotyka praktycznie wszystkich branż i nie wymaga szczególnego tłumaczenia. Ludzie mają mniej pieniędzy, ostrożniej je wydają, a wydatki na usługi tego typu przestają być oczywiste i automatyczne.

Drugi kryzys jest demograficzny, choć słowo to należałoby ująć w pewien cudzysłów. Nie chodzi wyłącznie o sam niż demograficzny, czyli mniejszą liczbę młodych ludzi wchodzących w wiek studencki. Chodzi również o szereg innych czynników, które sprawiają, że coraz mniej osób decyduje się w ogóle na podjęcie studiów. Coraz powszechniejsze jest przekonanie, że dyplom nie gwarantuje pracy, że studia niewiele pomagają w rozwoju zawodowym, a czas i pieniądze lepiej zainwestować w inne formy edukacji lub bezpośrednio w rynek pracy.

Efektem tego jest spadek liczby studentów, a co za tym idzie – spadek liczby potencjalnych klientów dla branży pisania prac. Niektóre uczelnie zamykają kierunki, inne likwidują filie, jeszcze inne balansują na granicy opłacalności. Mniej studentów to mniej prac licencjackich, magisterskich i podyplomowych, a więc mniej zleceń. To prosta zależność, której nie da się oszukać żadnym marketingiem ani optymalizacją stron internetowych.

Cała branża pisania prac przeżywa dziś wyraźny kryzys. Mój znajomy niemal codziennie dostaje wiadomości od osób, które chciałyby z nim współpracować. Są to zarówno pojedynczy autorzy, jak i osoby próbujące „podpiąć się” ze swoimi małymi serwisami pod większy, stabilniejszy podmiot. Wiele z tych maili zdradza jednak kompletny brak zrozumienia sytuacji rynkowej. Ich autorzy zdają się wierzyć, że problem leży w złym zarządzaniu, zaniedbaniach SEO albo błędach poprzednich zleceniodawców, a nie w fundamentalnej zmianie warunków funkcjonowania całej branży.

Przykładowy mail, który zacytowałem, jest pod tym względem wręcz modelowy. Autor deklaruje, że zajmuje się pisaniem opracowań naukowych od około dwóch lat i że spadek liczby klientów wynika z zaniedbań poprzednich zleceniodawców, które doprowadziły do obniżenia pozycji stron w wynikach wyszukiwania. Już samo to pokazuje, jak bardzo oderwane od rzeczywistości bywa myślenie takich osób. Zakładają one, że rynek jest wciąż taki sam, a jedynym problemem jest techniczna widoczność w Google.

Tymczasem prawda jest brutalnie prosta. U mojego znajomego taka osoba również nie dostanie pracy, bo nie ma pracy dla nikogo. To nie jest kwestia złego zarządzania jednym serwisem, tylko problem systemowy, obejmujący cały kraj. Gdy liczba zleceń spada, pierwsze odpadają osoby najsłabsze, najmniej doświadczone i najmniej kompetentne. Rynek w naturalny sposób się kurczy i selekcjonuje tych, którzy na nim pozostają.

Na marginesie warto skomentować sposób, w jaki autor tego maila próbuje się zaprezentować. Pisanie prac od około dwóch lat to w tej branży bardzo krótki staż. Najlepsi autorzy zajmują się tym kilkanaście lat, znają procedury, wymagania promotorów, style uczelni i potrafią przewidywać problemy, zanim się pojawią. Podkreślanie tak krótkiego doświadczenia nie jest atutem, lecz słabością. Zamiast tego należałoby wskazać inne kompetencje, specjalizacje czy umiejętności, które mogłyby mieć jakąkolwiek wartość.

Równie niefortunne jest zrzucanie winy na poprzednich zleceniodawców. Obmawianie ludzi, z którymi wcześniej się współpracowało, jest nie tylko niesmaczne, ale też krótkowzroczne. Jeśli ktoś w ten sposób opisuje swoich byłych partnerów biznesowych, łatwo sobie wyobrazić, że w przyszłości podobnie będzie wypowiadał się o obecnych. To sygnał ostrzegawczy dla każdego, kto miałby rozważać taką współpracę.

W gruncie rzeczy cała ta sytuacja prowadzi do jednego pytania: czy to po prostu naturalne działanie wolnego rynku? Branża, która przez lata funkcjonowała w specyficznej niszy, korzystając z luk systemowych i społecznego przyzwolenia, dziś zderza się z realiami ekonomicznymi i demograficznymi. Nie pomaga prawo, nie pomaga etyka, ale pomaga brak popytu. I być może właśnie w ten sposób ten rynek zostanie ostatecznie uregulowany, bez wielkich procesów, zakazów i medialnych kampanii. Po prostu przez to, że przestanie się opłacać. Czyli co? Niech żyje wolny rynek?

Pisanie pracy magisterskiej samemu

5/5 - (1 vote)

Ostatnio przeglądałem wpisy na forum traktującym o pisaniu prac i jeden z wpisów zwrócił moją uwagę – https://pisanie.prac.com.pl/viewtopic.php?f=5&t=27&p=234#p234

Interesujące w tym jest to, że praca magisterska, czy licencjacka z założenia nie powinna być pisana samodzielnie. Powinna być pisana razem z promotorem. Pomocą powinni również służyć inni pracownicy naukowi uczelni. Niesamodzielność pisania pracy dyplomowej jest wpisana w genezę powstania tego tworu, w jej cele i funkcje.

Wychodząc z tego założenia, gdy promotor nie spełnia swoich funkcji, gdy nie pomagają pracownicy naukowi uczelni i zastępują ich inni – serwisy zajmujące się zawodowo pomocą w pisaniu prac – to dochodzimy do wniosku, że świat nie jest taki czarno-biały i serwisy te są be. Nie są be. Patrząc na to z tej strony, to w pożyteczny sposób wypełniają one powstałą lukę.

Czy prace magisterskie to przeżytek?

5/5 - (1 vote)

Jak powinien wyglądać egzamin magisterski? Może pobawmy się trochę w futurologów, jak wyglądać będzie społeczeństwo za 50 lat… W następnych wpisach.


Rozwinięcie 2025

Pytanie o to, czy prace magisterskie nie są już przeżytkiem, pojawia się coraz częściej i wcale nie jest ono pozbawione sensu. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu napisanie pracy magisterskiej było naturalnym i właściwie jedynym sposobem podsumowania kilkuletnich studiów. Był to dowód na to, że absolwent potrafi samodzielnie pracować z literaturą, logicznie myśleć, formułować wnioski i poprawnie posługiwać się językiem naukowym. Dziś jednak wiele z tych założeń budzi wątpliwości.

Zacznijmy od samej idei pracy magisterskiej. W teorii ma ona być samodzielnym opracowaniem naukowym, które pokazuje, że student opanował warsztat badawczy właściwy dla swojej dyscypliny. W praktyce bardzo często jest to tekst odtwórczy, oparty na kilku podręcznikach, paru artykułach i ankiecie przeprowadzonej na niewielkiej grupie respondentów. Trudno mówić tu o realnym wkładzie w rozwój nauki, a jeszcze trudniej o rzeczywistej innowacyjności.

Nie jest to zarzut wobec studentów, lecz raczej wobec samego systemu. Od autora pracy magisterskiej oczekuje się jednocześnie samodzielności i podporządkowania określonym schematom. Ma być oryginalnie, ale nie za bardzo. Ma być krytycznie, ale bez podważania autorytetów. Ma być nowatorsko, ale zgodnie z tym, co już zostało wielokrotnie opisane. W efekcie powstają prace poprawne formalnie, lecz pozbawione większego znaczenia.

Warto również zadać pytanie, na ile umiejętności sprawdzane poprzez pisanie pracy magisterskiej są dziś rzeczywiście potrzebne absolwentom. W wielu zawodach umiejętność tworzenia kilkudziesięciostronicowego tekstu naukowego nie ma żadnego praktycznego zastosowania. Pracodawcy rzadko interesują się tematem pracy magisterskiej, a jeszcze rzadziej ją czytają. Dla większości liczy się sam fakt posiadania dyplomu, a nie to, co dokładnie się w nim znajduje.

Dodatkowym problemem jest zmiana sposobu dostępu do wiedzy. Kiedyś student, pisząc pracę magisterską, musiał spędzać długie godziny w bibliotece, samodzielnie wyszukiwać książki i artykuły, robić notatki i zestawiać różne źródła. Dziś ogromna część literatury jest dostępna w formie elektronicznej, a wyszukiwanie informacji sprowadza się często do kilku kliknięć. To, co kiedyś było istotną umiejętnością, dziś stało się czynnością techniczną.

Nie można też pominąć wpływu nowych technologii, w tym narzędzi opartych na sztucznej inteligencji. Coraz łatwiej wygenerować tekst, streścić artykuł, uporządkować bibliografię czy nawet zaproponować strukturę całej pracy. Oczywiście nie oznacza to, że student nie musi już nic robić, ale granica między samodzielną pracą a wspomaganiem się narzędziami staje się coraz bardziej płynna. W takiej sytuacji sens tradycyjnej pracy magisterskiej jako dowodu indywidualnych kompetencji staje pod znakiem zapytania.

Skoro więc prace magisterskie tracą swoje pierwotne znaczenie, naturalnie pojawia się pytanie o egzamin magisterski. Jak powinien on wyglądać? Obecnie najczęściej jest to formalna rozmowa, podczas której student odpowiada na kilka pytań związanych z treścią pracy i ogólną wiedzą kierunkową. W praktyce egzamin ten rzadko bywa wyzwaniem intelektualnym. Często sprowadza się do potwierdzenia, że autor pracy wie, co w niej napisał.

Być może warto zastanowić się nad innymi formami sprawdzania kompetencji absolwentów. Zamiast pracy magisterskiej można by wprowadzić projekty zespołowe, studia przypadków, egzaminy praktyczne lub długoterminowe zadania realizowane we współpracy z firmami czy instytucjami. Takie rozwiązania lepiej odpowiadałyby realiom współczesnego rynku pracy i pozwalałyby ocenić umiejętności, które rzeczywiście są przydatne.

Można też pójść jeszcze dalej i spróbować spojrzeć na ten problem z perspektywy przyszłości. Pobawmy się przez chwilę w futurologów i spróbujmy wyobrazić sobie, jak może wyglądać społeczeństwo za 50 lat. Jaką rolę będą w nim odgrywały uczelnie wyższe? Czy dyplom nadal będzie miał znaczenie? Czy wiedza będzie przekazywana w taki sam sposób jak dziś?

Jeżeli tempo rozwoju technologii się utrzyma, dostęp do wiedzy będzie niemal nieograniczony. Granica między edukacją formalną a samokształceniem może się całkowicie zatrzeć. W takim świecie tradycyjna praca magisterska, pisana według sztywnych zasad i oceniana przez niewielką komisję, może wydawać się reliktem przeszłości. Zamiast niej liczyć się będą konkretne umiejętności, doświadczenie i zdolność rozwiązywania realnych problemów.

Z drugiej strony nie można wykluczyć, że prace magisterskie przetrwają, ale w zmienionej formie. Być może będą krótsze, bardziej projektowe, mniej teoretyczne. Być może ich celem nie będzie już tworzenie tekstu, lecz zaprezentowanie procesu myślenia, sposobu dochodzenia do wniosków i umiejętności krytycznej analizy informacji. W takim ujęciu forma pisemna byłaby tylko jednym z możliwych narzędzi, a nie celem samym w sobie.

Warto też pamiętać, że system edukacji zmienia się znacznie wolniej niż technologia czy społeczeństwo. To, co dziś wydaje się oczywistym przeżytkiem, może jeszcze przez długie lata funkcjonować z przyczyn czysto instytucjonalnych. Prace magisterskie są łatwe do standaryzacji, oceny i archiwizacji. Dla uczelni są wygodnym rozwiązaniem, nawet jeśli ich realna wartość edukacyjna jest coraz częściej kwestionowana.

Podsumowując, pytanie o to, czy prace magisterskie są przeżytkiem, nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Z pewnością ich rola i znaczenie ulegają zmianie, a tradycyjna forma coraz słabiej odpowiada współczesnym realiom. Jednocześnie brak jest jednego, powszechnie akceptowanego rozwiązania, które mogłoby je skutecznie zastąpić. Być może przyszłość przyniesie zupełnie nowe modele kształcenia i oceniania, w których praca magisterska stanie się jedynie ciekawostką z dawnych czasów.

Na razie jednak funkcjonuje nadal, choć coraz częściej zadajemy sobie pytanie, po co właściwie. O tym, jak mógłby wyglądać egzamin magisterski w przyszłości i jak zmieni się rola uczelni w społeczeństwie za kilkadziesiąt lat, można by pisać dalej. Ale to już temat na kolejne rozważania.