Historia z życia wzięta

5/5 - (1 vote)

Mój znajomy firmę zajmującą się pomocą w pisaniu prac prowadzi już kilkanaście lat. W tym okresie miał mnóstwo ciekawych, interesujących, zabawnych, groźnych doświadczeń. Jedną z historii, którą mi opowiadał i która zapadła mi w pamięć jest historia o klientce, która się rozwodziła.

Przed rozwodem zleciła mojemu znajomemu napisanie pracy licencjackiej. Praca została sprawnie napisana, obroniona i na tym cała historia powinna się skończyć. Niestety, życie prywatne klientki ułożyło się tak, że rozstawała się z mężem i to rozstawała się z nim nie w sposób pokojowy, ale rozstawali się będąc ze sobą na wojennej ścieżce. Mąż tak chciał dopiec swojej małżonce, że poszedł na policję i zgłosił, że jego żona nie napisała sama pracy, ale skorzystała z pomocy mojego znajomego. Nie wiem, jak go policjanci potraktowali, czy chcieli zająć się sprawą, czy nie, na pewno chcieli jakichś dowodów i człowiek ten zaczął prowadzić swoje prywatne śledztwo. Udał się do siedziby firmy, przedstawił pracę żony, którą skopiował z jej (ich) komputera i chciał uzyskać potwierdzenie, że praca ta została napisana przez tę firmę. Uzbrojony w sprzęt szpiegowski chciał mieć dowód. No, cóż potwierdzenia nie uzyskał, dowodu nie zdobył, ale nie spoczął na tym, nie zrezygnował ze swojej wendety. Udał się na uczelnię żony i tam zaczął przedstawiać swoją sprawę. Nie wiem, czy mu uwierzyli, czy nie, nie wiemy, jak się dokładnie ta sprawa zakończyła, klientka nie poinformował o tym mojego znajomego, a on nie dopytywał.

Jaki z tego morał? No, cóż, mój znajomy nie pomaga klientom w oszukiwaniu promotorów, uczelni, jego firma przygotowuje dla nich projekty doradcze i nie wchodzi w żadne bliższe interakcje z klientami – chociażby nie wiadomo, jak byli zaufani i był przekonany o tym, że nie wpakują go w kłopoty. W końcu nie wiadomo jakiego mają małżonka, ani kto będzie kiedyś czytał ich maile.

Wojny serwisów

5/5 - (1 vote)

W zeszłym roku można było obserwować swoiste wojny serwisów oferujących pomoc w pisaniu prac. Jak już wcześniej pisałem, na rynku było źle. Przede wszystkim dlatego, że klientów było zdecydowanie mniej. Ale pojawiło się też trochę nowych „twarzy” w branży, które zaczęły podbierać klientów starym serwisom. Nie ma w tym nic złego, konkurencja jest dobrą sprawą, ale dobrą sprawą jest konkurencja uczciwa.

Te „nowe twarze” nie płaciły podatków. Część z nich nawet nie miała zarejestrowanej działalności gospodarczej. A te, które miały – w żadnym wypadku nie płaciły VAT – na dźwięk słowa faktura VAT nagle kontakt się z nimi urywał. Usługi pisania prac są obciążone 23-procentowym podatkiem VAT i jeśli ktoś ma jakiś ryczałt, kartę podatkową, czy cokolwiek innego bez VAT, to miga się od płacenia podatków – jest zwykłym przestępcą. I to jest nieuczciwa konkurencja. Osoba, która nie płaci podatków (VAT, dochodowy, składki za ZUS) może oferować swoje usługi dwa razy taniej. Uczciwy podatnik nie ma z taką konkurencją żadnych szans.

I taka sytuacja rozgniewała niektóre „stare twarze”. Może nawet nie tyle rozgniewała, to złe określenie, ale zmusiła do walki z taką sytuacją. Nie może być tak, że ktoś napisze pracę na 90 stron za 900 zł, bo nie płaci podatków. Taką sumą można się zadowolić, gdy zostaje już ona na rękę. Zauważmy, że nawet płaca minimalna wynosi 1600 zł.

Więc jedna „ze starych twarzy”, konkretnie „stara twarz” z Częstochowy zaczęła podając się za klienta pisać do wszystkich twarzy maile z prośbą o wystawienie faktury VAT. Gdy jakaś twarz nie chciała takiej wystawić, to twarz z Częstochowy zaczynała grozić. Grozić, że jeśli nie zaprzestaną swojej niecnej działalności, to zgłosi sprawę do urzędów skarbowych, które to zastosują podatek od dochodów z nieujawnionych źródeł w wysokości 75%. Niektóre „nowe twarze” się przestraszyły i zamknęły swoje strony. Niektóre, oczywiście, nie. Stara twarz z Częstochowy przesłała więc zebrane dane (m.in. kont bankowych) różnych osób nie wystawiających  rachunków do urzędów skarbowych.

Mój znajomy rozmawiał z tą „starą twarzą” z Częstochowy. Napisała mu coś takiego: „…działamy w jednej drużynie. Dziś akcja się kończy. Za niedogodości przepraszam [podszywanie się pod potencjalnych klientów]. Poza tym jak inaczej mógłbym poznać numery kont bankowych. Przyniesie to Panu tylko korzyści, jak z rynku zniknie banda oszustów. Już 6 zniknęło.”

Nie każdy musi być magistrem

5/5 - (1 vote)

Wydaje się, że to prawda od dawien dawna znana, nie odkrywam tutaj Ameryki i w ogóle po co to piszę? Ano piszę to dlatego, że aby być magistrem, to trzeba w końcu tę pracę magisterską napisać, a nasz blog właśnie o tym jest. O pisaniu prac magisterskich.

Co zrobić, gdy ktoś jest doskonałym matematykiem, a poprawnie zdania po polsku nie umie sklecić? Jakoś udało mu się przebrnąć przez liceum, czy technikum, ale nie ma szans, żeby napisał pracę magisterską. Mamy mu powiedzieć „nie każdy musi być magistrem”? No, nie, nie możemy mu tak powiedzieć, bo jeśli nie będzie magistrem, to nie będzie i matematykiem. Nie będzie mógł na przykład nauczać matematyki w szkole, bo tam jest wymagany właśnie ten tytuł. I tam i owam – wszędzie jest wymagany – jeśli ktoś nie jest przynajmniej magistrem matematyki, to nie jest matematykiem w ogóle.

Po co ten przykład? Ano po to, że nasz system prawny ma wiele luk, jest w nim wiele błędów. Na nasze obywateli szczęście system prawny,  to nie system społeczny – a ten sam potrafi się obronić, sam naprawić. Serwisy oferujące pomoc w pisaniu prac nie działają w ramach systemu prawnego (przez ten próbują być zwalczane – znajomy, o którym już pisałem miał z tej okazji prokuratorskie zarzuty). Serwisy oferujące pomoc w pisaniu prac działają jednak w ramach systemu społecznego i dzięki temu taki genialny matematyk może uzyskać pomoc w napisaniu pracy magisterskiej i dalej rozwijać swoje umiejętności, zdolności.

Serwisy oferujące pomoc w pisaniu prac naprawiają pewien błąd systemu prawnego. Nie należy z nimi walczyć. Raczej powinno się naprawić system – a wtedy one znikną same. Przykład matematyka jest dość obrazowy (i dlatego go tu wykorzystałem), ale raczej rzadko spotykany. Ten błąd systemu prawnego ogólnie polega na tym, że ludzie współcześni coraz bardziej tracą umiejętność przelewania swoich słów, myśli na papier – techniki mulimedialne powoli wypierają tradycyjne słowo pisane – stąd i ludzie przestają potrzebować kształcić w sobie te umiejętności. Dlatego należałoby zmienić wymagania dotyczące uzyskiwania tytułu magisterskiego – dostosować do zmieniającego się świata.

Aktualizacja 2026

W tym miejscu warto jednak uważać, żeby nie pójść o jeden krok za daleko. Z faktu, że ktoś ma ogromną wiedzę matematyczną, techniczną czy informatyczną i jednocześnie słabo pisze, nie wynika jeszcze, że rozwiązaniem powinno być napisanie za niego pracy. To byłoby zastąpienie jednego problemu drugim. Jeśli dyplom ma potwierdzać określony zestaw kompetencji, to oddanie pracy przygotowanej przez inną osobę nie pokazuje, że student te kompetencje posiada.

Prawdziwe pytanie brzmi raczej: czy wszyscy absolwenci różnych kierunków powinni być oceniani za pomocą niemal identycznej formy?

Tu zaczyna się znacznie ciekawsza dyskusja.

Od przyszłego matematyka oczekujemy przecież czegoś innego niż od historyka literatury. Od informatyka czegoś innego niż od socjologa. Od inżyniera czegoś innego niż od filologa. Tymczasem końcowy etap studiów bardzo często sprowadza się w każdym przypadku do wyprodukowania kilkudziesięciostronicowego dokumentu o dość podobnej konstrukcji: wstęp, część teoretyczna, metodologia, badania lub projekt, zakończenie, bibliografia.

Można zapytać, czy zawsze jest to najlepsza forma sprawdzenia kompetencji.

Jeżeli student informatyki stworzył działający system, zaprojektował bazę danych, rozwiązał trudny problem algorytmiczny i potrafi obronić swoje decyzje techniczne, być może największą wartość ma właśnie ten projekt. Dokumentacja nadal jest potrzebna, bo rozwiązanie trzeba opisać, uzasadnić i umożliwić jego ocenę. Nie musi jednak koniecznie przyjmować formy rozbudowanego wypracowania, w którym połowę objętości zajmuje przepisywanie teorii znanej z podręczników.

Podobnie inżynier może znacznie lepiej pokazać swoje kompetencje przez projekt, obliczenia, dokumentację techniczną i analizę działania rozwiązania niż przez bardzo rozbudowaną część opisową. Student kierunku artystycznego może przedstawić dzieło wraz z komentarzem analitycznym. Na innych kierunkach podstawowym rezultatem mogłoby być studium przypadku, raport badawczy, projekt wdrożeniowy albo analiza danych.

To jednak nie oznacza, że umiejętność pisania jest zbędna.

Wręcz przeciwnie.

Matematyk też musi umieć wyjaśnić rozwiązanie. Informatyk musi sporządzić dokumentację. Nauczyciel powinien umieć formułować instrukcje, opinie i materiały dla uczniów. Inżynier przygotowuje raporty, uzasadnienia i specyfikacje. W wielu zawodach nie trzeba pisać sześćdziesięciostronicowej pracy, ale trzeba umieć precyzyjnie przekazywać myśli.

Dlatego nie przekonywałbym genialnego matematyka, że pisanie w ogóle nie jest mu potrzebne. Powiedziałbym mu raczej: nie musisz zostać pisarzem, ale musisz nauczyć się na tyle sprawnie posługiwać tekstem, aby ktoś inny był w stanie zrozumieć, co zrobiłeś i dlaczego.

To nie jest dokładnie to samo.

Są ludzie, którzy znakomicie myślą abstrakcyjnie, ale mają problem z budowaniem dłuższego tekstu. Taki student może potrzebować pomocy redakcyjnej, konsultacji językowej, wyjaśnienia zasad tworzenia akapitu czy uporządkowania argumentacji. To wszystko jest całkowicie normalnym elementem uczenia się.

Nikt przecież nie twierdzi, że student powinien sam dojść do wszystkiego bez żadnej pomocy.

Ma promotora.

Może korzystać z konsultacji.

Może poprosić kogoś o wskazanie błędów językowych.

Może skorzystać z korekty.

Może otrzymać pomoc w opanowaniu edytora tekstu, sporządzaniu bibliografii czy przygotowaniu wykresów.

Może pokazać fragment tekstu i zapytać: „dlaczego ten akapit jest niezrozumiały?”.

Granica zaczyna się dopiero tam, gdzie pomoc przestaje rozwijać umiejętności studenta, a zaczyna go zastępować.

To rozróżnienie jest ważniejsze niż sama nazwa usługi.

Jeżeli ktoś tłumaczy studentowi, jak sformułować problem badawczy, mamy do czynienia z pomocą.

Jeżeli ktoś wskazuje, że pytania ankiety nie odpowiadają problemom badawczym, nadal jest to pomoc.

Jeżeli ktoś poprawia interpunkcję i niezręczne konstrukcje językowe, mamy korektę.

Jeżeli natomiast ktoś sam projektuje badanie, pisze rozdziały, interpretuje wyniki i oddaje studentowi gotową całość do podpisania, student nie otrzymuje już pomocy w wykonaniu zadania. Otrzymuje wykonane zadanie.

A to zasadnicza różnica.

Można ją porównać do korepetycji z matematyki. Nauczyciel może przez godzinę tłumaczyć uczniowi sposób rozwiązania równania. Może pokazać podobny przykład. Może znaleźć błąd w obliczeniach. Nie byłoby jednak większego sensu w sytuacji, w której uczeń oddaje na sprawdzianie rozwiązania wykonane wcześniej przez korepetytora i przedstawia je jako własne.

Problem nie polega więc na samej pomocy.

Problem polega na zastępowaniu osoby, której kompetencje mają być ocenione.

Jeżeli system edukacji wymaga od studenta określonej umiejętności, a okazuje się, że student jej nie posiada, można zadać dwa pytania. Pierwsze: jak pomóc mu ją zdobyć? Drugie: czy rzeczywiście ta umiejętność powinna być wymagana w takim zakresie?

Oba są sensowne.

Żadne nie prowadzi jednak automatycznie do wniosku, że ktoś inny powinien wykonać zadanie za studenta.

Wracając do naszego matematyka: jeśli naprawdę jest znakomity z matematyki, ale fatalnie pisze po polsku, być może rozsądniej byłoby tak zaprojektować proces dyplomowania, aby większą wagę miało rozwiązanie problemu matematycznego, a mniejszą literacka sprawność jego opisu. Nadal powinien jednak potrafić przedstawić własne rozumowanie.

I właśnie tutaj można mieć uzasadnione pretensje do części systemu akademickiego.

Nie każda praca potrzebuje pięćdziesięciu stron.

Nie każda potrzebuje trzech rozdziałów teoretycznych.

Nie każdy kierunek wymaga identycznego typu opracowania.

Czasami wymagania istnieją dlatego, że „zawsze tak było”, a nie dlatego, że najlepiej sprawdzają kompetencje absolwenta.

Znacznie ciekawszy byłby system dopuszczający różne formy pracy końcowej, uzależnione od charakteru kierunku. Jedna osoba przygotowałaby klasyczną pracę badawczą. Inna rozbudowany projekt z dokumentacją. Jeszcze inna analizę przypadku, prototyp, zestaw badań eksperymentalnych albo rozwiązanie problemu praktycznego.

W każdym przypadku musiałby pozostać jeden wspólny element: możliwość ustalenia, co zrobił sam student.

To jest istota dyplomu.

Nie liczba stron.

Nie krój czcionki.

Nie to, czy przypis jest harwardzki, czy dolny.

Nie liczba podrozdziałów.

Chodzi o to, żeby można było powiedzieć: ten człowiek wykonał określoną pracę i potrafi ją wyjaśnić.

Jeśli system tego nie sprawdza, zaczyna badać rzeczy drugorzędne.

Zresztą przekonanie, że wszyscy powinni być magistrami, samo w sobie jest dość osobliwe. Tytuł akademicki nie powinien być obowiązkowym dodatkiem do dorosłości. Są ludzie świetni w zawodach technicznych, usługowych, artystycznych i przedsiębiorczych, którzy nie potrzebują studiów magisterskich do tego, żeby wykonywać swoją pracę znakomicie.

Problem pojawia się wtedy, kiedy rynek pracy albo formalne wymagania zaczynają traktować tytuł jako uniwersalny filtr.

Nagle nie pytamy: „czy umiesz to zrobić?”.

Pytamy: „czy masz papier?”.

Wtedy studia przestają być drogą do zdobycia określonych kompetencji, a zaczynają pełnić funkcję przepustki. A jeśli przepustka jest wymagana niezależnie od tego, czy treść studiów rzeczywiście przydaje się w danym zawodzie, nic dziwnego, że część osób zaczyna traktować pracę dyplomową jak przeszkodę administracyjną.

To nie jest dobry sygnał.

Jeżeli student przez pięć lat zdobywa określone kompetencje, a na końcu uważa, że jedynym problemem stojącym między nim a zawodem jest „te kilkadziesiąt stron, które ktoś mógłby za niego napisać”, warto zapytać, dlaczego doszło do takiej sytuacji.

Może wymagania są źle skonstruowane.

Może student został wcześniej źle przygotowany.

Może promotor nie potrafił go poprowadzić.

Może sam student przez całe studia unikał rozwijania umiejętności, które teraz okazują się potrzebne.

Najczęściej nie istnieje jedna odpowiedź.

Dlatego nie przekonuje mnie ani skrajność „każdy student musi samodzielnie umieć napisać sześćdziesiąt stron doskonałej polszczyzny”, ani przeciwna: „skoro ktoś jest dobrym specjalistą, może zlecić napisanie pracy komuś innemu”.

Pomiędzy nimi znajduje się ogromna przestrzeń.

Można uczyć pisania.

Można pomagać w planowaniu.

Można konsultować metodologię.

Można poprawiać tekst.

Można korzystać z technologii wspomagających redakcję.

Można zmieniać formę pracy dyplomowej.

Można dostosować wymagania do charakteru dyscypliny.

Można także lepiej wspierać osoby, które mają świetne zdolności specjalistyczne, ale większe trudności językowe.

To wszystko da się zrobić bez udawania autorstwa czegoś, czego się nie napisało.

Technologia dodatkowo komplikuje cały problem. Dziś człowiek coraz rzadziej tworzy tekst w całkowitej izolacji. Korzysta ze sprawdzania pisowni, słowników, programów bibliograficznych, translatorów, narzędzi pomagających redagować zdania, a coraz częściej również systemów wykorzystujących sztuczną inteligencję.

Nie da się więc już sensownie sprowadzić samodzielności do zasady: „student i pusty dokument, bez żadnego wsparcia”.

Znacznie ważniejsze staje się pytanie, kto podejmuje decyzje intelektualne.

Kto wybrał problem?

Kto przeczytał źródła?

Kto rozumie argumentację?

Kto zaplanował badanie?

Kto interpretuje dane?

Kto potrafi obronić wnioski?

Jeżeli odpowiedź brzmi „student”, narzędzia pomagające mu lepiej zapisać własną myśl nie muszą odbierać pracy samodzielnego charakteru, o ile ich użycie mieści się w zasadach przyjętych przez uczelnię.

Jeśli natomiast student nie wie nawet, co właściwie znajduje się w jego pracy, sprawa wygląda zupełnie inaczej.

I chyba właśnie w tym kierunku powinno zmierzać myślenie o przyszłości prac dyplomowych. Mniej fetyszyzowania samego tekstu, więcej sprawdzania rzeczywistych kompetencji. Mniej rytuałów, więcej odpowiedzi na pytanie, czego absolwent rzeczywiście powinien umieć.

Być może za jakiś czas część tradycyjnych prac magisterskich rzeczywiście zniknie. Zastąpią je projekty, raporty, portfolio, badania, prototypy i obrony praktycznych rozwiązań.

Nie byłaby to żadna tragedia.

Jeśli nowa forma lepiej pokaże, czego student nauczył się podczas studiów, może być wręcz rozwiązaniem rozsądniejszym.

Bo nie każdy musi być pisarzem.

Nie każdy musi być również magistrem.

Ale jeśli już ktoś otrzymuje tytuł magistra, dobrze byłoby, żeby ten tytuł rzeczywiście potwierdzał jego własne kompetencje, a nie cudzą umiejętność napisania tekstu.

Jednak o planie pracy

5/5 - (1 vote)

Kilkanaście dni temu pisałem, że plan pracy to rzecz tak prosta i sztampowa, że nie chce mi się o niej pisać. Nadal tak uważam, ale może wyjaśnię, dlaczego tak uważam.

Znam człowieka, który od 2000 roku zajmuje się pisaniem prac dyplomowych na zlecenie. Tak pi razy drzwi napisał już razem ze swoimi pracownikami około pięciu tysięcy prac (muszę go kiedyś zachęcić do tego, aby spróbował policzyć dokładnie). Na początku, oczywiście, zaczynał sam. Swego czasu, kiedy nie były jeszcze tak rozpowszechnione programy antyplagiatowe (o programach antyplagiatowych napiszę może następnym razem), albo nawet jeszcze nie istniały, potrafił napisać w ciągu jednej doby trzy prace, pamiętam ten rekord, pracował cały dzień i całą noc – dwa licencjaty i jedna magisterka, w sumie ponad 200 stron. Te prace, dzisiaj, oczywiście, nie przeszłyby pozytywnie testu antyplagiatowego, ale wtedy nikt się tym nie przejmował. Ważne, żeby praca była dobra, na temat i napisana według zatwierdzonego planu klienta. A to, że jakieś akapity były generalnie bardzo do siebie podobne nie miało znaczenia. Nie to, że to były prace całkiem na zasadzie kopiuj wklej – o ile części teoretyczne wykazywały znamiona plagiatu, bo były tylko lekko przeredagowane (generalnie tylko te fragmenty, początki akapitów, gdzie wzrok ludzki „zawiesza” swoją uwagę – było to tak sprytnie zrobione, że promotorzy, którzy zazwyczaj nie czytają prac, a tylko przerzucają je wzrokiem nie zauważyliby podobieństw i nie wyłapaliby plagiatu; co innego program komputerowy), o tyle części praktyczne dotyczyły innych przedsiębiorstw i były pisane na podstawie ich rzeczywistych danych finansowych (oczywiście, też z zastosowanie jakieś sprytnej sztuczki, szablonu, aby ze zleceniami zdążyć na czas).

Wracając do planu pracy, bo o tym przecież zamierzałem pisać, najlepszą metodą w tych dawnych czasach było wziąć do ręki jakąkolwiek książkę dotyczącą danego tematu i na podstawie jej spisu treści ułożyć swój plan. Praca na 5 minut. Zostawia się trzy, cztery rozdziały, maksymalnie pięć, wyrzuca się to, co niepotrzebne i gotowe. Można też z takiej książki wziąć tylko część teoretyczną, a praktyczną ułożyć według sztampowego schematu z metodologią badań własnych i analizą wyników badań własnych.


Aktualizacja 2025

Pisałem już wcześniej, że plan pracy to rzecz tak prosta i jednocześnie tak schematyczna, że w gruncie rzeczy nie bardzo widziałem sens, aby poświęcać jej osobny tekst. Nadal podtrzymuję to zdanie, choć z biegiem czasu doszedłem do wniosku, że warto jednak doprecyzować, skąd bierze się to przekonanie. Być może dla kogoś, kto dopiero zaczyna swoją przygodę z pisaniem pracy dyplomowej, plan jawi się jako element kluczowy, niemal intelektualny fundament całego przedsięwzięcia. W praktyce jednak plan pracy jest raczej technicznym rusztowaniem niż dziełem twórczym, a jego przygotowanie rzadko wymaga szczególnych zdolności analitycznych czy oryginalności.

Znam człowieka, który od około 2000 roku zajmuje się zawodowo pisaniem prac dyplomowych na zlecenie. Przez te wszystkie lata, razem ze swoimi współpracownikami, stworzył – szacunkowo – około pięciu tysięcy prac. To oczywiście liczba przybliżona, bo nigdy nie prowadził dokładnych statystyk, choć czasem żartobliwie wspomina, że powinien kiedyś spróbować to policzyć. Na samym początku działał w pojedynkę, stopniowo budując zaplecze ludzi, którzy przejmowali część zleceń. Były to czasy zupełnie inne niż dziś, jeśli chodzi o kontrolę jakości, dostęp do narzędzi informatycznych oraz podejście uczelni do kwestii samodzielności prac.

W okresie, gdy programy antyplagiatowe nie były jeszcze powszechnie stosowane, a często wręcz nie istniały, tempo pracy potrafiło być wręcz niewiarygodne. Pamiętam do dziś jego rekordowy wyczyn, kiedy w ciągu jednej doby napisał trzy prace dyplomowe: dwa licencjaty i jedną magisterkę. Łącznie ponad dwieście stron tekstu, powstałych w trybie ciągłym, bez snu, dzień i noc spędzone przy komputerze. Z dzisiejszej perspektywy brzmi to jak coś nierealnego, ale wtedy było możliwe właśnie dlatego, że nikt nie analizował tych prac pod kątem podobieństw tekstowych w sposób systemowy. Liczyło się to, aby praca była na temat, miała odpowiednią objętość, logiczną strukturę i – co kluczowe – była napisana zgodnie z wcześniej zatwierdzonym planem.

Oczywiście, gdyby te same prace zostały dziś przepuszczone przez współczesne systemy antyplagiatowe, większość z nich nie przeszłaby pozytywnie weryfikacji. Nie było to jednak postrzegane jako problem. Ówczesna praktyka opierała się na założeniu, że pewne fragmenty, zwłaszcza teoretyczne, mogą być do siebie bardzo podobne, bo przecież odwołują się do tych samych definicji, modeli czy klasycznych ujęć danego zagadnienia. Nie chodziło o bezrefleksyjne kopiowanie całych rozdziałów metodą „kopiuj–wklej”, lecz o sprytne przeredagowywanie istniejących tekstów. Najczęściej modyfikowane były początki akapitów, czyli te miejsca, na których oko czytelnika zatrzymuje się na dłużej. Dalej tekst mógł już płynąć niemal identycznie jak w innych pracach, bo promotorzy zazwyczaj nie czytali całości wnikliwie, a jedynie przeglądali ją pobieżnie.

Części praktyczne stanowiły osobną kategorię. One z reguły dotyczyły różnych przedsiębiorstw lub instytucji i były oparte na rzeczywistych, choć niekiedy lekko zmodyfikowanych danych finansowych czy organizacyjnych. Tutaj również stosowano określone szablony, które pozwalały zachować spójność i jednocześnie znacząco skracały czas pisania. W praktyce oznaczało to, że struktura rozdziału praktycznego była niemal zawsze taka sama, zmieniała się jedynie nazwa firmy, zakres danych i wnioski końcowe. Dzięki temu możliwe było obsłużenie dużej liczby zleceń w krótkim czasie.

I właśnie w tym miejscu wracamy do planu pracy, bo to on był punktem wyjścia dla całego procesu. W tamtych czasach najlepszą i najszybszą metodą przygotowania planu było po prostu sięgnięcie po dowolną książkę związaną z danym tematem. Spis treści takiej publikacji stanowił gotowy wzorzec, który wystarczyło odpowiednio dostosować. Zostawiało się trzy lub cztery rozdziały, rzadko kiedy więcej niż pięć, usuwało się fragmenty zbędne z punktu widzenia tematu pracy i w zasadzie plan był gotowy w kilka minut. Nie było w tym nic odkrywczego ani oryginalnego, ale spełniało wszystkie formalne wymagania.

Często wyglądało to tak, że z książki brano niemal w całości część teoretyczną, bo ta była uniwersalna i łatwa do adaptacji. Rozdziały praktyczne natomiast konstruowano według utartego schematu: metodologia badań własnych, opis obiektu badań, analiza wyników oraz wnioski. Ten schemat sprawdzał się niemal w każdej dziedzinie, od ekonomii, przez zarządzanie, aż po pedagogikę czy socjologię. Plan pracy w takim ujęciu nie był więc żadnym indywidualnym projektem intelektualnym, lecz narzędziem organizacyjnym.

Z perspektywy czasu widać wyraźnie, że plan pracy pełnił głównie funkcję uspokajającą. Dla studenta był dowodem, że „coś już jest zrobione” i że promotor zaakceptował kierunek działań. Dla promotora był sygnałem, że temat został wstępnie przemyślany i że praca będzie miała logiczną strukturę. Dla osoby piszącej pracę – czy to studenta, czy ghostwritera – plan był po prostu instrukcją obsługi, według której należało produkować kolejne rozdziały.

Dlatego właśnie uważam, że plan pracy jest rzeczą prostą i sztampową. Nie oznacza to, że jest niepotrzebny, bo bez niego trudno byłoby zachować spójność tekstu. Oznacza to jednak, że nie warto przypisywać mu nadmiernej wagi ani traktować go jako miary wartości intelektualnej pracy. W zdecydowanej większości przypadków plan jest wariacją na temat setek, jeśli nie tysięcy, podobnych planów, które już wcześniej funkcjonowały w obiegu akademickim.

Dzisiaj sytuacja jest oczywiście inna. Programy antyplagiatowe, większa świadomość promotorów oraz zmieniające się standardy sprawiają, że pewne praktyki z początku lat dwutysięcznych nie miałyby racji bytu. Sam mechanizm tworzenia planu pracy jednak pozostał w dużej mierze niezmieniony. Nadal opiera się on na schematach, podręcznikach i sprawdzonych strukturach. I właśnie dlatego, mimo upływu lat, nadal twierdzę, że plan pracy to element techniczny, a nie twórczy, i że jego przygotowanie nie powinno być źródłem ani stresu, ani szczególnej dumy.

Tematyka pracy magisterskiej

5/5 - (1 vote)

Przykładowo studiujemy logistykę. Czym się zajmiemy przy pisaniu pracy magisterskiej. Może wykorzystaniem powierzchni magazynowej w firmie spedycyjnej, a może przepisami Unii Europejskiej dotyczącymi transportu? I to i to będzie odpowiedni zakres dla naszego kierunku studiów. Na razie myślimy nad tematyką, nie należy jeszcze wybierać tematu. Wybór tematu będzie kolejnym etapem tworzenia naszej pracy magisterskiej. Na razie zastanawiamy się nad tematyką pracy. I tutaj podstawowym kryterium wyboru powinno być to, co nas bardziej interesuje. Z podanych przykładów – czy bliższe naszemu sercu będą przepisy Unii Europejskiej, czy powierzchnia magazynowa, a może jeszcze coś innego? To bardzo ważny etap, od niego zależy, czy pisanie pracy magisterskiej będzie dla nas męczarnią, czy pisać ją będziemy z przyjemnością. Warto się dobrze zastanowić.


Aktualizacja 2025

Jednym z pierwszych i jednocześnie najważniejszych etapów przygotowania pracy magisterskiej jest wybór jej tematyki. Na tym etapie nie mówimy jeszcze o konkretnym, precyzyjnie sformułowanym temacie, lecz o ogólnym obszarze zainteresowań, w którym dana praca będzie się mieściła. Jest to moment wstępnych rozważań, które mają pomóc autorowi określić, czym rzeczywiście chce się zajmować przez najbliższe miesiące, a często nawet przez rok lub dłużej.

Dla lepszego zobrazowania tej sytuacji można posłużyć się przykładem studiów na kierunku logistyka. Zakres zagadnień, które mieszczą się w tej dyscyplinie, jest bardzo szeroki. Logistyka obejmuje zarówno kwestie związane z magazynowaniem, transportem, zarządzaniem zapasami, jak i regulacje prawne, normy międzynarodowe czy politykę transportową Unii Europejskiej. Już na tym etapie widać, że możliwości wyboru tematyki są bardzo duże, a jednocześnie wszystkie te obszary pozostają zgodne z kierunkiem studiów.

Student logistyki może więc rozważać napisanie pracy dotyczącej wykorzystania powierzchni magazynowej w konkretnej firmie spedycyjnej, analizy procesów składowania towarów lub optymalizacji rozmieszczenia zapasów. Z drugiej strony może skupić się na zagadnieniach bardziej teoretycznych lub prawnych, takich jak przepisy Unii Europejskiej regulujące transport drogowy, kolejowy czy międzynarodowy obrót towarowy. Zarówno jeden, jak i drugi obszar będzie właściwy dla pracy magisterskiej na tym kierunku.

Na tym etapie nie należy jednak podejmować decyzji o ostatecznym temacie pracy. Zbyt wczesne zawężenie wyboru może prowadzić do pochopnych decyzji, których konsekwencje ujawnią się dopiero w trakcie pisania. Tematyka pracy powinna być potraktowana jako pewien obszar zainteresowań, a nie jako gotowy tytuł. Wybór konkretnego tematu będzie kolejnym krokiem, poprzedzonym rozmowami z promotorem, analizą literatury oraz oceną dostępności materiałów badawczych.

Kluczowym kryterium wyboru tematyki pracy magisterskiej powinno być zainteresowanie autora. Jest to aspekt często bagatelizowany, a jednocześnie mający ogromny wpływ na przebieg całego procesu pisania. Praca magisterska nie jest zadaniem krótkoterminowym. Wymaga systematycznej pracy, wielokrotnego powracania do tekstu, poprawiania go i uzupełniania. Jeżeli autor nie czuje żadnego związku z wybraną tematyką, pisanie szybko staje się uciążliwym obowiązkiem, który odkłada się na później i wykonuje bez zaangażowania.

Wróćmy do wcześniejszego przykładu. Jeden student może z dużym zainteresowaniem śledzić zmiany w przepisach Unii Europejskiej, analizować dyrektywy, rozporządzenia i ich wpływ na funkcjonowanie firm transportowych. Dla innego taka tematyka będzie nużąca i niezrozumiała, a znacznie bliższe okażą się zagadnienia związane z praktycznym funkcjonowaniem magazynu, rozmieszczeniem regałów czy organizacją pracy. Oba podejścia są równoważne pod względem formalnym, jednak z punktu widzenia autora pracy różnica będzie zasadnicza.

Wybór tematyki zgodnej z własnymi zainteresowaniami ma bezpośredni wpływ na jakość pracy. Osoba, która interesuje się danym zagadnieniem, chętniej sięga po literaturę, łatwiej przyswaja nowe informacje i częściej dostrzega powiązania między różnymi zagadnieniami. Pisanie przestaje być wyłącznie obowiązkiem, a zaczyna przypominać proces pogłębiania wiedzy w obszarze, który rzeczywiście ciekawi autora.

Nie oznacza to oczywiście, że tematyka pracy magisterskiej powinna być wybierana wyłącznie na podstawie zainteresowań. Równie istotne są kwestie praktyczne, takie jak dostępność literatury, możliwość przeprowadzenia badań czy zgodność z profilem promotora. Jednak zainteresowanie powinno stanowić punkt wyjścia do dalszych rozważań, a nie element drugorzędny.

Na etapie wyboru tematyki warto zastanowić się także nad tym, czy dana problematyka ma charakter bardziej praktyczny czy teoretyczny. Niektórzy studenci lepiej odnajdują się w analizie przepisów, definicji i ujęć teoretycznych, inni preferują badania empiryczne, analizy przypadków czy pracę z danymi pochodzącymi z przedsiębiorstw. Świadomość własnych predyspozycji może znacznie ułatwić podjęcie decyzji i zapobiec późniejszym trudnościom.

Bardzo ważne jest również uświadomienie sobie, że tematyka pracy magisterskiej wpływa na dalsze etapy jej tworzenia. Od niej zależy dobór literatury, metod badawczych, a nawet struktura całej pracy. Tematy związane z regulacjami prawnymi będą wymagały analizy aktów prawnych i dokumentów, natomiast zagadnienia dotyczące funkcjonowania przedsiębiorstwa będą wiązały się z badaniami empirycznymi, analizą danych lub obserwacją procesów zachodzących w firmie.

Etap wyboru tematyki jest więc momentem, w którym warto poświęcić czas na refleksję i spokojne rozważenie różnych możliwości. Nie należy traktować go jako formalności ani podejmować decyzji pod presją czasu. Zbyt pochopny wybór może sprawić, że dalsza praca stanie się źródłem frustracji, a nie satysfakcji.

Ostatecznie to właśnie ten etap w dużej mierze decyduje o tym, czy pisanie pracy magisterskiej będzie postrzegane jako męczący obowiązek, czy jako zadanie wymagające, ale dające poczucie sensu i osiągnięcia celu. Dobrze dobrana tematyka pozwala zachować motywację nawet w momentach zmęczenia i zniechęcenia, które w trakcie pisania pracy są nieuniknione.

Tematyka pracy magisterskiej powinna być wybierana z rozwagą i świadomością jej konsekwencji. Na tym etapie nie chodzi jeszcze o precyzyjny temat, lecz o ogólny obszar zainteresowań, który będzie podstawą dalszej pracy. Najważniejszym kryterium wyboru powinna być osobista ciekawość i zainteresowanie danym zagadnieniem, ponieważ to one w największym stopniu wpływają na komfort i efektywność pisania. Warto poświęcić temu etapowi odpowiednio dużo czasu, ponieważ od niego zależy przebieg całego procesu tworzenia pracy magisterskiej.

Witamy!

5/5 - (1 vote)

Witamy na naszej stronie. Będziemy eksperymentować.

Zastanawiacie się po co pisać prace magisterskie? Powodów jest wiele. Na tym blogu będziemy o nich pisać.


Aktualizacja 2025

Witamy na naszej stronie. To miejsce powstało z myślą o eksperymentowaniu, ale nie w sensie chaotycznym czy przypadkowym. Chodzi raczej o spokojne sprawdzanie różnych tez, obserwowanie zjawisk i opisywanie ich takimi, jakie są naprawdę, bez zbędnego moralizowania i bez udawania, że rzeczywistość akademicka wygląda inaczej, niż wygląda w praktyce. Ten blog nie ma ambicji bycia poradnikiem ani manifestem. Ma być przestrzenią do zapisywania obserwacji, które zebraliśmy przez lata funkcjonowania w pewnym specyficznym obszarze życia akademickiego.

Już na samym początku warto zaznaczyć, że będziemy tu pisać rzeczy, które dla części czytelników mogą być niewygodne albo nie do końca zgodne z oficjalną narracją. Nie dlatego, że chcemy prowokować, lecz dlatego, że rzeczywistość studiów, prac dyplomowych i całego otoczenia instytucjonalnego jest znacznie bardziej złożona, niż sugerują regulaminy, broszury informacyjne czy wystąpienia rektorów na inauguracjach roku akademickiego. Eksperymentowanie, o którym mowa, polega więc głównie na mówieniu wprost o tym, co zwykle pozostaje w domyśle.

Jednym z pierwszych pytań, jakie naturalnie się pojawia, jest pytanie o sens pisania prac magisterskich. To pytanie wbrew pozorom wcale nie jest banalne ani prowokacyjne. Jeszcze kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu odpowiedź była oczywista i w zasadzie niepodważalna. Praca magisterska była zwieńczeniem pewnego etapu edukacji, dowodem samodzielności intelektualnej i biletem wstępu do świata zawodowego. Dziś ten obraz jest znacznie bardziej rozmyty, a sens tego wysiłku nie dla wszystkich jest oczywisty.

Powodów, dla których nadal pisze się prace magisterskie, jest wiele i nie da się ich sprowadzić do jednego prostego argumentu. Dla jednych jest to wymóg formalny, który trzeba spełnić, aby uzyskać dyplom i zamknąć temat studiów. Dla innych to jeszcze ostatnia okazja, by zmierzyć się z dłuższą formą pisemną i sprawdzić własne możliwości organizacyjne oraz analityczne. Są też tacy, którzy traktują pracę magisterską jako pretekst do zagłębienia się w interesujący ich temat, choć stanowią oni raczej mniejszość.

Nie można też pominąć aspektu czysto instytucjonalnego. System szkolnictwa wyższego jest zbudowany w taki sposób, że praca dyplomowa pełni funkcję filtra i rytuału przejścia. Nawet jeśli jej realna wartość merytoryczna bywa dyskusyjna, to jej istnienie pozwala podtrzymywać pewien porządek organizacyjny. Promotorzy mają swoje obowiązki, recenzenci swoje role, uczelnie swoje procedury, a studenci jasno określony cel końcowy. Praca magisterska jest w tym układzie elementem stabilizującym.

Na tym blogu będziemy pisać właśnie o takich powodach, również tych, o których rzadko mówi się oficjalnie. O motywacjach studentów, o oczekiwaniach promotorów, o presji czasu, o formalizmach i o kompromisach, które są nieodłączną częścią tego procesu. Nie będziemy udawać, że każda praca magisterska jest przejawem pasji badawczej i intelektualnej odwagi, bo byłoby to zwyczajnie nieuczciwe. Zamiast tego spróbujemy opisać ten fenomen w sposób możliwie trzeźwy.

Eksperymentowanie będzie dotyczyło także formy. Być może niektóre wpisy będą krótkie i prowokujące, inne dłuższe i bardziej analityczne. Czasem pojawią się osobiste obserwacje, czasem chłodne opisy mechanizmów, które powtarzają się niezależnie od uczelni, kierunku czy miasta. Nie obiecujemy regularności ani jednego, stałego tonu. Obiecujemy natomiast konsekwencję w mówieniu o tym, co rzeczywiście obserwujemy.

Jeżeli więc zastanawiacie się, po co pisać prace magisterskie, to dobrze trafiliście. Nie dlatego, że damy jedną, prostą odpowiedź, ale dlatego, że pokażemy, jak wiele różnych odpowiedzi funkcjonuje równolegle. Być może po lekturze uznacie, że sens jest wątpliwy. Być może przeciwnie – znajdziecie argumenty, które was przekonają. A być może dojdziecie do wniosku, że sens nie zawsze jest najważniejszy, a czasem liczy się po prostu to, że system działa w określony sposób i trzeba się w nim odnaleźć. Właśnie o tym będziemy tu pisać.