Funkcje przypisów

5/5 - (1 vote)

Podstawową funkcją przypisów jest podanie źródła, z którego cytujemy jakiś fragment, przytaczamy jakąś myśl. Przypisy mogą mieć, oczywiście, również inne zastosowania. Możemy na przykład skierować czytelnika do jakiejś publikacji. Publikacji, w której (czy w których – bo możemy w jednym przypisie umieścić kilka tytułów) poruszany przez nas temat, wątek jest opisany na przykład bardziej szczegółowo, gdzie znajdziemy więcej informacji na interesujący nas temat. W taki przypadku przypis zazwyczaj zaczynamy od wyrażenia „porównaj”( w skrócie piszemy „por.”). Przypisy możemy również wykorzystać do podania od razu tych dodatkowych informacji, bez oglądania się na inne publikacje. Zazwyczaj te dodatkowe informacje nie są na tyle istotne, aby umieszczać je we właściwym tekście pracy, ale mogą być na tyle interesujące dla czytelnika, mogą wzbogacić jego wiedzę w danym zakresie, żeby podać je właśnie w przypisie. W przypisach możemy również polemizować z tym, co napisaliśmy.

Zdarza się, że w pracy przyjmujemy jakieś założenia, opieramy się na jakiejś teorii, ale mamy świadomość, że te założenia mogą nie być prawdziwe, że teoria to jednak tylko teoria – w przypisach możemy właśnie dać wyraz temu, że mamy tego świadomość i możemy sobie na przykład pogdybać, co by było gdyby, co by było gdyby te założenia były fałszywe. Możemy również polemizować z innymi autorami. Przytaczamy na przykład guru w danej dziedzinie i trochę głupio byłoby zaraz pod jego cytatem pisać, że może sobie swoją teorię wsadzić w d. – ale w przypisie czemu nie. Przypisy mogą również służyć do spraw strasznie banalnych, na przykład do rozwijania użytych skrótów, objaśniania nieznanych pojęć. Jakbym miał zrobić listę możliwych zastosowań, to musiałaby być ona dość długa. Poza tym otwarta. Nie jest tak, że przypisy można wykorzystać tylko w określonych rzeczach i innych nie. Jeśli uważasz, że coś lepiej będzie umieścić w przypisie, a nie w głównym tekście, to tak zrób. Na pewno będzie dobrze.


Aktualizacja 2025

Podstawową i najbardziej oczywistą funkcją przypisów jest podanie źródła, z którego pochodzi cytowany fragment lub przytaczana myśl. Jeżeli w pracy magisterskiej korzystamy z cudzych sformułowań, definicji, koncepcji czy wyników badań, musimy jasno wskazać, skąd one pochodzą. Jest to element elementarnej uczciwości akademickiej, ale również wymóg formalny, bez którego praca nie ma prawa zostać uznana za samodzielną. Przypis w tym sensie pełni funkcję informacyjną i zabezpieczającą autora przed zarzutem plagiatu.

W praktyce jednak przypisy nie ograniczają się wyłącznie do wskazywania źródeł cytatów. Ich funkcji jest znacznie więcej i warto mieć tego świadomość, ponieważ umiejętne korzystanie z przypisów może wyraźnie poprawić jakość pracy. Przypis daje autorowi pewną swobodę, której nie daje główny tekst. Można w nim dopowiedzieć coś na marginesie, rozwinąć myśl, a nawet pozwolić sobie na drobną dygresję, nie burząc przy tym toku wywodu.

Jednym z częstych zastosowań przypisów jest odsyłanie czytelnika do innych publikacji. Zdarza się bowiem, że poruszany w pracy wątek jest bardzo szeroki albo został już dokładnie opisany w literaturze. W takim przypadku nie ma sensu powtarzać całych fragmentów cudzych analiz. Wystarczy zasygnalizować problem w tekście głównym, a w przypisie wskazać publikacje, w których temat został omówiony bardziej szczegółowo. W takich sytuacjach przypis często zaczyna się od słowa „porównaj”, zapisywanego skrótowo jako „por.”.

Tego typu przypis pełni rolę drogowskazu dla czytelnika. Autor pokazuje, że zna literaturę przedmiotu i wie, gdzie szukać pogłębionych informacji, ale jednocześnie nie przeciąża głównego tekstu nadmiarem szczegółów. Co istotne, w jednym przypisie można wskazać kilka publikacji jednocześnie, co pozwala w prosty sposób zaznaczyć istnienie całego nurtu badań, a nie tylko jednego, wybranego stanowiska.

Innym zastosowaniem przypisów jest umieszczanie w nich dodatkowych informacji, bez odsyłania do innych źródeł. Czasem autor chce coś dopowiedzieć, wyjaśnić lub uzupełnić, ale zdaje sobie sprawę, że informacja ta nie jest na tyle istotna, aby znajdowała się w głównym tekście pracy. Może jednak być na tyle ciekawa lub użyteczna, że szkoda ją całkowicie pominąć. W takiej sytuacji przypis sprawdza się idealnie.

Tego rodzaju przypisy często zawierają ciekawostki, drobne uzupełnienia lub dodatkowe wyjaśnienia. Czytelnik, który chce skupić się wyłącznie na głównym wątku pracy, może je pominąć, natomiast ten bardziej dociekliwy ma możliwość poszerzenia swojej wiedzy. Dzięki temu główny tekst pozostaje klarowny i uporządkowany, a jednocześnie nie traci się wartościowych informacji.

Przypisy mogą być również miejscem na zaznaczenie wątpliwości autora wobec przyjmowanych założeń. W pracy naukowej często opieramy się na określonych teoriach, modelach lub koncepcjach, mając jednocześnie świadomość ich ograniczeń. Nie zawsze wypada wprost podważać je w tekście głównym, zwłaszcza jeśli stanowią one fundament dalszych rozważań. Przypis pozwala w takiej sytuacji pokazać, że autor zdaje sobie sprawę z problemu i nie traktuje przyjętych założeń jako absolutnych prawd.

W przypisie można więc zaznaczyć, że dana teoria budzi kontrowersje, że istnieją wobec niej zastrzeżenia albo że w określonych warunkach może się nie sprawdzać. Można też pozwolić sobie na krótkie „gdybanie”, czyli zastanowienie się, co by było, gdyby przyjęte założenia okazały się fałszywe. Tego typu refleksje pokazują dojrzałość autora i jego krytyczne podejście do omawianych zagadnień.

Szczególnym przypadkiem wykorzystania przypisów jest polemika z innymi autorami. W głównym tekście pracy zazwyczaj przytaczamy poglądy uznanych badaczy z odpowiednim szacunkiem, nawet jeśli się z nimi nie zgadzamy. Otwarta krytyka bywa ryzykowna, zwłaszcza gdy dotyczy osób uznawanych za autorytety w danej dziedzinie. Przypis daje w takich sytuacjach pewien margines swobody.

Oczywiście nie chodzi o to, aby w przypisach pisać rzeczy wulgarne czy obraźliwe. Jednak można w nich pozwolić sobie na bardziej bezpośrednie sformułowanie wątpliwości lub krytyki. Jeżeli w tekście głównym przytaczamy stanowisko „guru” danej dyscypliny, to w przypisie możemy zaznaczyć, że jego teoria ma słabe punkty, jest przestarzała albo nie przystaje do współczesnych realiów. Taki zabieg pozwala zachować poprawność formalną, a jednocześnie nie rezygnować z własnego zdania.

Przypisy pełnią także funkcje bardzo przyziemne i techniczne. Można w nich rozwijać użyte skróty, objaśniać pojęcia specjalistyczne lub wyjaśniać terminy obcojęzyczne. Jest to szczególnie przydatne wtedy, gdy dana praca może być czytana przez osoby spoza wąskiej specjalizacji autora. Zamiast przerywać tok wywodu definicjami, można umieścić je w przypisie i pozwolić czytelnikowi samodzielnie zdecydować, czy chce się z nimi zapoznać.

Warto podkreślić, że lista możliwych zastosowań przypisów jest bardzo długa i w gruncie rzeczy nie da się jej zamknąć. Przypisy nie są narzędziem o sztywno określonych funkcjach. Ich wykorzystanie zależy od potrzeb autora, charakteru pracy oraz własnego wyczucia proporcji. Nie ma jednej, uniwersalnej reguły mówiącej, co wolno umieszczać w przypisie, a czego nie.

Oczywiście przypisy nie powinny być nadużywane. Praca, w której co drugie zdanie kończy się rozbudowanym przypisem, staje się męcząca w odbiorze. Z drugiej strony całkowity brak przypisów również wygląda podejrzanie i sugeruje ubóstwo źródeł lub brak orientacji w literaturze. Kluczowe jest znalezienie rozsądnego środka.

W praktyce można przyjąć prostą zasadę: jeżeli dana informacja jest istotna dla zrozumienia wywodu, powinna znaleźć się w głównym tekście. Jeżeli natomiast stanowi jedynie uzupełnienie, komentarz lub dygresję, lepszym miejscem będzie przypis. Jeżeli autor ma wątpliwości, gdzie coś umieścić, przypis jest zazwyczaj bezpiecznym rozwiązaniem.

Przypisy pełnią więc w pracy magisterskiej wiele funkcji, znacznie wykraczających poza samo podawanie źródeł. Mogą informować, uzupełniać, komentować, polemizować i wyjaśniać. Dają autorowi możliwość zachowania przejrzystości głównego tekstu, a jednocześnie pozwalają na przekazanie dodatkowych treści. Jeżeli autor uzna, że coś lepiej będzie umieścić w przypisie niż w tekście głównym, najczęściej będzie to decyzja trafna. Przypisy są narzędziem elastycznym i warto z nich korzystać świadomie, a nie traktować je wyłącznie jako uciążliwy obowiązek formalny.

Przypisy harwardzkie

5/5 - (1 vote)

Przestarzały sposób umieszczania przypisów w tekście, który o dziwo staje się coraz popularniejszy w polskich uczelniach. Piszę te słowa 16 stycznia 2012 roku i mam nadzieję, że to chwilowa popularność i że wydźwięk moich następnych słów już za chwilę, już za momencik nie będzie aktualny. Przypisy harwardzkie powinny odchodzić do lamusa, gdyż jest to stara, przedkomputerowa metoda – gdy prace, artykuły pisało się maszyną do pisania, a całą bibliografię miało się na kartce obok – wtedy to miało sens, łatwiej było zrobić taki przypis niż przypis dolny. Dzisiaj jednak dużo więcej czasu zajmuje robienie przypisów w tekście, a szczególnie sporządzanie do nich bibliografii w trakcie pisania. Niestety, niektóre uczelnie wymuszają na studentach zajmowanie się tą „administracją” pracy, a nie samym pisaniem.

To, że zamiast wykorzystywać możliwości współczesnych komputerów cofamy się w rozwoju świadczy również o jakości naszego szkolnictwa. Niektórzy „akademicy” idioci wręcz twierdzą, że przypisy harvardzkie są lepsze niż przypisy dolne. Bzdura. Tak, jak już wcześniej pisałem – dobra praca powinna być przyjazna dla czytelnika – a jeśli chodzi o przyjazność dla czytelników nie ma nic lepszego niż przypisy dolne. Gdy jest odwołanie, to wystarczy zwrócić wzrok na dół strony i wszystko jasne. Nie trzeba szukać odpowiedniej strony, przewracać kartek, wybijać się z rytmu czytania. Tylko zidiociałe umysły potrafią zmienić dobrodziejstwo przypisów dolnych na archaiczne przypisy harvardzkie. Tak właśnie wygląda polskie szkolnictwo wyższe – pełno tam zidiociałych umysłów przeciwstawiający się postępowi, hołdujących temu, co przestarzałe.

Aktualizacja 2026

Trzeba jednak oddzielić dwie rzeczy: osobiste preferencje dotyczące wygody czytania od tego, czy sam system harwardzki jest poprawnym sposobem dokumentowania źródeł. Jest poprawnym. Co więcej, jest szeroko stosowany w publikacjach naukowych i posiada pewne zalety, których nie mają klasyczne przypisy dolne. Można go nie lubić, można uważać, że gorzej się go czyta, ale trudno sprowadzać całą sprawę wyłącznie do sporu między rozwiązaniem „nowoczesnym” i „archaicznym”.

W systemie harwardzkim podstawowa zasada jest bardzo prosta. Zamiast numeru przypisu prowadzącego na dół strony wstawiamy bezpośrednio w tekście nazwisko autora i rok publikacji, a w przypadku cytatu lub dokładnego odwołania również numer strony. Może więc pojawić się zapis w rodzaju: (Kowalski 2020, s. 45). Pełne dane publikacji znajdują się dopiero w bibliografii.

I właśnie tutaj leży zarówno największa wada, jak i największa zaleta tego rozwiązania.

Wada jest oczywista: tekst zostaje poprzeplatany nawiasami. Jeśli w jednym akapicie pojawia się kilka źródeł, może wyglądać to mniej więcej tak: jedna teza (Kowalski 2020, s. 45), druga (Nowak 2019, s. 31), trzecia (Wiśniewski 2021, s. 112). Czyta się to inaczej niż tekst z niewielkimi numerami przypisów umieszczonymi przy zdaniach. Zwłaszcza osobie przyzwyczajonej do klasycznych przypisów może przeszkadzać ciągłe przerywanie zdania informacją bibliograficzną.

Zaletą jest natomiast natychmiastowa informacja o autorze i dacie publikacji. Czytelnik od razu widzi, na czyich badaniach opiera się dane stwierdzenie i czy korzystamy z publikacji wydanej trzy lata temu, czy czterdzieści lat temu. W części dyscyplin ma to duże znaczenie.

Jeśli czytamy pracę z ekonomii, psychologii, zarządzania czy socjologii i orientujemy się w literaturze przedmiotu, samo nazwisko autora może nam już bardzo dużo powiedzieć. Nie trzeba wtedy spoglądać na dół strony, aby sprawdzić, kogo student właśnie przywołuje.

Dlatego spór o to, który system jest „lepszy”, nie jest tak prosty, jak może się na początku wydawać.

System harwardzki sprawdza się szczególnie dobrze w pracach, w których dominują odwołania do literatury naukowej. Nieco mniej wygodny może być natomiast tam, gdzie przypisy pełnią również funkcję objaśniającą. W przypisie dolnym możemy przecież umieścić dodatkowy komentarz, wyjaśnić poboczną kwestię, wskazać inne stanowisko albo odesłać czytelnika do dodatkowych materiałów bez rozbijania głównego toku tekstu.

Przypis dolny jest więc często czymś więcej niż informacją „autor, tytuł, strona”.

I właśnie z tego powodu w pracach historycznych, prawniczych czy humanistycznych tradycyjne przypisy potrafią być wyjątkowo użyteczne. Można dzięki nim prowadzić drugi, poboczny poziom narracji. Czytelnik zainteresowany szczegółem zagląda do przypisu, a pozostali spokojnie czytają dalej.

W systemie autor–data takich możliwości jest mniej. Oczywiście nadal można stosować przypisy objaśniające, ale podstawowe odwołania bibliograficzne są umieszczone w tekście.

Z punktu widzenia studenta najważniejszy jest jednak zupełnie inny problem: nie warto prowadzić wojny z systemem wymaganym przez uczelnię.

Jeżeli w instrukcji pisania pracy zapisano, że należy stosować system harwardzki, to stosujemy system harwardzki.

Możemy uważać, że przypisy dolne byłyby piękniejsze, bardziej przejrzyste i bardziej eleganckie. Możemy napisać na ten temat manifest. Nie zmienia to faktu, że w konkretnej pracy dyplomowej obowiązują określone wymagania.

Najgorszym możliwym rozwiązaniem jest zastosowanie własnej mieszanki.

Trochę przypisów dolnych.

Trochę nawiasów.

W jednym rozdziale nazwisko i rok.

W drugim pełny opis bibliograficzny.

W trzecim jeszcze jakiś system wymyślony samodzielnie.

Tego należy unikać bez względu na osobiste preferencje.

System harwardzki jest łatwy dopiero wtedy, gdy od początku stosujemy go konsekwentnie.

Jeżeli zaczynamy pisać pracę i przy każdym wykorzystanym źródle od razu zapisujemy autora, rok oraz odpowiednią stronę, nie ma większego problemu. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy ktoś przez trzydzieści stron zapisuje tylko „Kowalski”, później odkrywa, że w bibliografii ma trzy publikacje Kowalskiego i nie pamięta już, z której korzystał.

Dlatego w systemie harwardzkim porządek w bibliografii jest szczególnie ważny.

W klasycznych przypisach dolnych część informacji bibliograficznych znajduje się już przy samym tekście. W systemie autor–data odwołanie jest skrótowe, więc pełne dane muszą być bezbłędnie połączone z odpowiednią pozycją końcowej bibliografii.

To prowadzi do bardzo ważnej kontroli, którą trzeba przeprowadzić przed oddaniem pracy.

Każde odwołanie znajdujące się w tekście powinno odpowiadać pozycji występującej w bibliografii.

I odwrotnie: pozycje umieszczone w bibliografii powinny zasadniczo rzeczywiście być wykorzystane w pracy, jeśli przyjęte na uczelni zasady zakładają bibliografię cytowanych źródeł.

Brzmi prosto.

W praktyce łatwo o pomyłkę.

Student usuwa cały akapit wraz z odwołaniem do Nowaka, ale Nowak pozostaje w bibliografii. Albo dopisuje na ostatnim etapie publikację Wiśniewskiego, wstawia odwołanie do tekstu i zapomina uzupełnić bibliografię.

Przy pięciu źródłach można to sprawdzić wzrokiem.

Przy siedemdziesięciu zaczyna się problem.

Dlatego właśnie współczesne programy do zarządzania bibliografią potrafią w systemie harwardzkim bardzo ułatwić życie. Można przechowywać w nich dane publikacji i automatycznie wstawiać odwołania, a bibliografia tworzy się na ich podstawie. Wówczas argument, że wszystko trzeba mozolnie wpisywać ręcznie, przestaje być tak mocny.

Ale automat nie zwalnia z myślenia.

Program może poprawnie wygenerować zapis tylko wtedy, gdy poprawnie wprowadzimy dane. Jeśli pomylimy autora, rok, tytuł albo typ publikacji, komputer bardzo sprawnie wygeneruje błędny przypis.

To ogólna zasada pracy z narzędziami komputerowymi: program nie wie, że wpisaliśmy głupotę. Potrafi ją natomiast bardzo elegancko sformatować.

Warto więc rozumieć podstawowe reguły nawet wtedy, gdy większość pracy wykonuje menedżer bibliografii.

Najprostszy przypadek to publikacja jednego autora:

(Kowalski 2020, s. 15).

Jeśli odwołujemy się ogólnie do publikacji, bez wskazywania konkretnego fragmentu, zasady konkretnego wariantu systemu mogą pozwalać na zapis bez numeru strony:

(Kowalski 2020).

Jeśli nazwisko autora pojawia się już w zdaniu, nie ma sensu powtarzać go w nawiasie:

Jak wskazuje Kowalski (2020, s. 15), …

To zwykle wygląda znacznie lepiej i ogranicza liczbę nawiasów w tekście.

Przy dwóch autorach podaje się oba nazwiska zgodnie ze standardem wymaganym przez uczelnię. Przy większej liczbie autorów często stosuje się skrócenie typu „i in.” albo odpowiednik przyjęty w konkretnym stylu bibliograficznym. I właśnie tutaj trzeba uważać: „system harwardzki” nie oznacza zawsze jednego identycznego zestawu znaków i zasad.

Istnieją różne jego odmiany.

Jedna uczelnia może wymagać przecinka między nazwiskiem i rokiem, druga nie. Jedna może stosować skrót „s.” przed numerem strony, inna oczekiwać samego numeru. Jeszcze inaczej mogą wyglądać zasady dotyczące kilku autorów.

Nie należy więc brać pierwszego wzoru znalezionego w Internecie i zakładać, że właśnie tak musi wyglądać przypis harwardzki wszędzie.

Należy sprawdzić instrukcję własnej uczelni.

Ta zasada jest chyba ważniejsza niż wszystkie pozostałe szczegóły razem wzięte.

Problem pojawia się również wtedy, gdy mamy dwie publikacje tego samego autora wydane w tym samym roku.

Samo „Kowalski 2020” nie pozwala wtedy stwierdzić, o którą chodzi.

Stosuje się więc dodatkowe oznaczenia literowe:

Kowalski 2020a,

Kowalski 2020b.

Te same litery muszą oczywiście pojawić się w bibliografii.

Nie można w tekście mieć 2020a, a w bibliografii obu publikacji opisanych zwyczajnie jako 2020. System straciłby wówczas sens.

Jeszcze inna sytuacja występuje przy autorach o tym samym nazwisku. W zależności od przyjętych zasad może być konieczne użycie inicjału imienia, aby uniknąć niejednoznaczności. To są właśnie drobiazgi, które na początku wydają się irytującą „administracją”, ale mają bardzo konkretną funkcję: czytelnik musi jednoznacznie wiedzieć, do którego źródła został odesłany.

Więcej problemów sprawiają materiały internetowe.

Student znajduje stronę instytucji, raport albo artykuł bez wyraźnie wskazanego autora i nagle jego prosty schemat „nazwisko–rok” przestaje działać.

Nie należy wówczas wymyślać autora.

Jeśli autorem materiału jest instytucja, można – zgodnie z przyjętym stylem – potraktować ją jako autora instytucjonalnego. Jeśli dokument nie ma daty, stosuje się sposób przewidziany w danym standardzie dla publikacji niedatowanych.

Znów: nie zgadujemy.

Sprawdzamy wytyczne.

Podobnie z aktami prawnymi, raportami, normami, dokumentami urzędowymi i materiałami statystycznymi. W niektórych pracach właśnie takie źródła stanowią znaczną część materiału i klasyczny model „Kowalski 2019” zaczyna być niewystarczający.

Dlatego student piszący pracę z prawa czy administracji powinien szczególnie dokładnie sprawdzić, jak jego uczelnia każe dokumentować tego typu materiały w systemie autor–data.

Warto także pamiętać o stronach.

Jeżeli przytaczamy dokładny cytat, wskazanie miejsca, z którego pochodzi, jest szczególnie istotne. Czytelnik powinien móc bez problemu odnaleźć fragment w oryginalnej publikacji.

Przy parafrazie zasady podawania stron bywają różne w zależności od przyjętego standardu, ale z praktycznego punktu widzenia wskazanie konkretnej strony często jest bardzo dobrym zwyczajem. Pokazuje precyzyjnie, skąd pochodzi wykorzystana myśl, i ułatwia jej sprawdzenie.

Zwłaszcza w pracy dyplomowej nie ma sensu utrudniać życia promotorowi.

Jeżeli odwołujemy się do książki liczącej pięćset stron i podajemy tylko nazwisko oraz rok, osoba sprawdzająca naszą interpretację musi szukać odpowiedniego fragmentu w całym tomie.

Podanie strony rozwiązuje problem.

Nie należy również traktować odwołania harwardzkiego jako magicznego zaklęcia, które można postawić na końcu bardzo długiego akapitu i w ten sposób załatwić sprawę pochodzenia wszystkich informacji.

Jeśli akapit zawiera poglądy trzech autorów, powinno być jasne, która część odnosi się do którego źródła.

To samo dotyczy przypisów dolnych, ale system harwardzki szczególnie dobrze pokazuje problem, bo nazwiska są widoczne bezpośrednio w tekście.

Czasem student pisze pół strony, następnie na końcu stawia:

(Kowalski 2018; Nowak 2020; Wiśniewski 2021).

I właściwie nie wiadomo, który autor powiedział co.

Możliwe, że wszyscy twierdzą to samo.

Możliwe, że każdy napisał coś innego.

Praca powinna to wyjaśniać.

Odwołania bibliograficzne nie zastępują poprawnej konstrukcji wywodu.

Bardzo przydatne są wtedy zdania typu:

Kowalski (2018) zwraca uwagę przede wszystkim na…

Odmienne stanowisko przedstawia Nowak (2020), który…

Podobne wyniki uzyskał natomiast Wiśniewski (2021).

Taki fragment nie tylko poprawnie dokumentuje źródła, ale również pokazuje, że student rzeczywiście pracuje z literaturą, porównuje ją i rozumie.

I tu pojawia się jedna z rzeczywistych zalet systemu harwardzkiego: bardzo dobrze nadaje się do pisania przeglądu literatury.

Nazwiska i daty są częścią narracji. Widać rozwój badań. Można łatwo pokazać, że pierwszy autor zaproponował określoną koncepcję w 1998 roku, później została ona rozwinięta w 2005, a nowsze badania z 2022 roku podważyły część wcześniejszych wniosków.

W takim rodzaju tekstu autor–data ma całkiem sporo sensu.

Czy jest przyjaźniejszy dla każdego czytelnika?

Niekoniecznie.

Czy jest bezwartościowym reliktem?

Też nie.

W gruncie rzeczy oba systemy rozwiązują ten sam problem w inny sposób.

Przypisy dolne oddzielają informacje o źródłach od głównego tekstu.

System harwardzki wprowadza najważniejszą informację o źródle bezpośrednio do tekstu, natomiast pełny opis przenosi do bibliografii.

Które rozwiązanie preferujemy, zależy w dużej mierze od przyzwyczajeń, rodzaju pracy i charakteru dyscypliny.

Student nie musi jednak rozstrzygać tego wielkiego sporu metodologicznego.

Ma znacznie prostsze zadanie.

Dowiedzieć się, czego wymaga uczelnia.

Przeczytać instrukcję.

Wybrać właściwy wzór.

I stosować go konsekwentnie od pierwszej do ostatniej strony.

Bo najgorszy nie jest ani system harwardzki, ani przypisy dolne.

Najgorszy jest trzeci system: „za każdym razem zapiszę źródło trochę inaczej”.

A ten, niestety, studenci wymyślają wyjątkowo często.

Łacina w przypisach

5/5 - (1 vote)

Są dwa główne łacińskie zwroty stosowne w przypisach: ibidem i op. cit.

Ibidem to po polsku Tamże, czyli zwrot używany w tym celu, aby nie podawać całego brzmienia źródła bibliograficznego (autor, tytuł, wydawnictwo, miejsce i rok wydania), gdy w następujących po sobie przypisach cytujemy, powołujemy się na to samo źródło. Zamiast tego piszemy Ibidem, albo w skrócie Ibid. Jeśli w przypisie czternastym odwołujemy się do Epopei Kowalskiego i przypis piętnasty też ma dotyczyć tego dzieła, to już nie piszemy „A. Kowalski, Epopeja…”, tylko Ibidem.

Op. cit. to skrót łacińskiego wyrażenia opus citatum, które w przypisach w pełnym brzmieniu raczej nie jest spotykane; spotyka się właśnie op. cit., co ma polski odpowiednik poz. cyt., czyli pozycja cytowana. Pełni podobną funkcję jak ibidem, czyli taką, aby po raz kolejny nie przytaczać pełnego opisu bibliograficznego cytowanego dzieła. Różni się jednak od ibidem tym, że gdy ibidem użyjemy w następnym przypisie (w naszym przykładzie piętnastym), to op. cit. używamy, gdy w przypisie poprzednim nie była cytowana ta sama pozycja – np. w przypisie szesnastym powoływaliśmy się na Malinowskiego, a w siedemnastym chcemy się znowu powoływać na Epopeję Kowalskiego. Różni się również formą zapisu – przy użyciu ibidem wystarczy samo ibidem, ewentualnie dodajemy jeszcze numer strony (obowiązkowe jeśli powołujemy się na inną stronę, niż poprzednio) – przy op. cit. zaczynamy przypis od podania autora i zazwyczaj (jeśli w całej pracy cytujemy tylko jedno dzieło Kowalskiego, to może wystarczyć sam A. Kowalski) pierwszego wyrazu tytułu. Spotykane jest też inne rozwiązanie – po autorze zamiast skróconego tytułu – rok wydania – moim zdaniem to rozwiązanie jest jednak gorsze, gdyż dość często zdarza się, że są cytowane dwie publikacje tego samego autora z tego samego roku i taki zapis raz, że może wprowadzić zamęt, to dwa, kto tam pamięta rok wydania (przypominam, że dobra praca powinna „ułatwiać” czytelnikowi czytanie, a nie „utrudniać”) – za każdym razem czytelnik musi zaglądać do bibliografii. W przypadku, gdy podajemy pierwszy wyraz tytułu zazwyczaj wie się, o jaką pozycję chodzi. Podobnie jak w przypadku dwóch pozycji tego samego autora z tego samego roku, zdarzają się też dwie pozycje tego samego autora, których tytuł zaczyna się od tego samego słowa – wtedy do pierwszego słowa dołączamy drugie, jeśli drugie jest takie same, to dołączamy trzecie, tak, aż nie będzie wątpliwości, o jaką publikację nam chodzi.

Wykaz skrótów użytych w pracy

5/5 - (1 vote)

Wykaz skrótów robi się już po napisaniu całej pracy, ale wspominam o nim teraz, bo umieszcza się go na początku.

Po dygresjach odnośnie poziomu polskiego szkolnictwa wyższego oraz zatrudnionej tam kadry naukowej wróćmy do warsztatu pisania pracy magisterskiej. Kolejną kwestią, którą można omówić są skróty stosowane w pracy. Nie mam na myśli tutaj skrótów używanych w przypisach, bo o tym wspomnę osobno, ale skróty umieszczane w tekście. Generalnie w każdej pracy wystąpią jakieś skróty, w pracy z ekonomii może to być np. PKB, PKN, z politologii SFOR, IFOR, z administracji MSW, KSAP i tak dalej i tak dalej.

Oczywiście, skróty te możemy wyjaśnić w tekście i tak też należy zrobić – ale w tekście (można też rozwinięcie skrótu dać w przypisie) wyjaśniamy to przy pierwszym ich użyciu, a później już nie, dlatego osobie czytającej naszą pracę może się przydać wykaz skrótów. I porządna praca magisterska powinna go mieć. Generalnie dobra praca (i nie tylko praca magisterska, również dzieło naukowe) jest napisana przystępnie dla czytelnika. Jest to jedna z cech charakterystycznych dobrej pracy, dobrego warsztatu pracy – autor podczas pisania myśli o tym, aby być dobrze zrozumianym, wczuwa się w czytelnika i nawet, gdy ma do przekazania setki, tysiące słów wybiera z nich tylko te, które są istotne dla zrozumienia jego przekazu, a te, które są nieistotne, albo te, których czytelnik może nie zrozumieć, bo na przykład odwołują się do osobistych doświadczeń autora – pomija.

Aktualizacja 2026

I właśnie z punktu widzenia czytelnika warto spojrzeć na wykaz skrótów. Autor pracy zna wszystkie zastosowane przez siebie oznaczenia. Przez kilka miesięcy obcuje z nimi niemal codziennie, więc po pewnym czasie PKB, GUS, OECD, MŚP czy UE wydają mu się czymś tak oczywistym, że trudno sobie wyobrazić, aby ktokolwiek mógł mieć problem z ich rozszyfrowaniem. Czytelnik znajduje się jednak w zupełnie innej sytuacji. Może otworzyć pracę na stronie siedemdziesiątej, zobaczyć skrót użyty po raz pierwszy czterdzieści stron wcześniej i zwyczajnie nie pamiętać, co oznacza.

Wtedy właśnie przydaje się wykaz.

Nie chodzi więc o tworzenie kolejnego formalnego elementu tylko dlatego, że „tak wypada”. Dobry wykaz skrótów oszczędza czytelnikowi przewracania stron i szukania pierwszego miejsca, w którym dane oznaczenie zostało rozwinięte. Szczególnie przydatny staje się w pracach, w których skrótów jest dużo i występują regularnie.

Nie każda praca musi jednak taki wykaz posiadać. Jeśli autor wykorzystuje trzy powszechnie znane skróty, osobna strona może być po prostu zbędna. Co innego w pracy z prawa, administracji, ekonomii, bankowości, informatyki czy stosunków międzynarodowych, gdzie liczba nazw instytucji, aktów prawnych, organizacji, wskaźników i terminów specjalistycznych potrafi szybko wzrosnąć do kilkudziesięciu. W takim przypadku wykaz przestaje być ozdobnikiem, a zaczyna realnie pomagać w lekturze.

Trudno ustalić jedną granicę, od której „trzeba” go sporządzić. Nie istnieje magiczna liczba pięciu, dziesięciu czy piętnastu skrótów, po której automatycznie powstaje obowiązek przygotowania osobnej listy. Trzeba kierować się zdrowym rozsądkiem, charakterem pracy i oczywiście wytycznymi uczelni. Jeśli instrukcja redakcyjna przewiduje wykaz skrótów, sprawa jest prosta – należy go przygotować.

Sam wykaz najlepiej sporządzać pod koniec pisania, tak jak wspomniano wcześniej. Powód jest banalny: dopiero wtedy wiadomo, jakie skróty rzeczywiście pozostały w ostatecznej wersji tekstu. W trakcie pracy jedne dochodzą, inne znikają wraz z usuwanymi fragmentami, jeszcze inne okazują się użyte tylko raz i nie ma większego sensu wprowadzać dla nich skrótu.

Nie oznacza to jednak, że przez cały czas pisania należy kompletnie ignorować ten problem. Bardzo wygodne jest prowadzenie roboczej listy skrótów gdzieś obok głównego dokumentu. Za każdym razem, kiedy wprowadzamy nowe oznaczenie, dopisujemy je do listy. Na końcu pozostaje tylko sprawdzić, które rzeczywiście występują w tekście, uporządkować je i przenieść do właściwego wykazu.

W ten sposób unika się bardzo typowego problemu: autor wie, że używał wielu skrótów, ale przed oddaniem pracy musi przeglądać sto stron i wyłapywać je pojedynczo. Przy pracy bogatej w terminologię może to być zadanie wyjątkowo irytujące.

Wykaz najczęściej układa się alfabetycznie według skrótu, a nie według jego rozwinięcia. Czytelnik widzi przecież w tekście np. „NBP” i właśnie pod literą N będzie szukał wyjaśnienia. Zapis może wyglądać bardzo prosto:

NBP – Narodowy Bank Polski
PKB – produkt krajowy brutto
UE – Unia Europejska

Nie ma potrzeby dodatkowego komplikowania tej formy.

Warto natomiast pilnować jednolitego sposobu zapisu. Jeśli przy jednym rozwinięciu zaczynamy każde słowo wielką literą, przy innym małą, a przy jeszcze innym dodajemy kropkę na końcu, wykaz zaczyna wyglądać przypadkowo. Rodzaj zapisu powinien wynikać z charakteru nazwy. Oficjalne nazwy instytucji zapisujemy zgodnie z zasadami pisowni nazw własnych, natomiast terminy pospolite nie wymagają bez powodu wielkich liter.

Dobrym przykładem jest różnica między „PKB – produkt krajowy brutto” a „NBP – Narodowy Bank Polski”. W pierwszym przypadku mamy nazwę pojęcia, w drugim nazwę własną instytucji. Nie należy więc automatycznie rozpoczynać każdego słowa wielką literą tylko dlatego, że znajduje się ono w wykazie skrótów.

Jeżeli używany jest skrót obcojęzyczny, można podać jego rozwinięcie w języku oryginalnym, a obok polskie tłumaczenie. W pracy dotyczącej ekonomii międzynarodowej, informatyki czy integracji europejskiej takich przypadków może być dużo. Czytelnik powinien wiedzieć nie tylko, co oznaczają litery, ale również jaki jest sens danego terminu.

Może to wyglądać na przykład tak:

CRM – Customer Relationship Management – zarządzanie relacjami z klientami.

Jeśli jednak polskie tłumaczenie danego pojęcia jest powszechnie przyjęte i właśnie ono występuje w tekście, należy zachować konsekwencję. Nie ma sensu w wykazie podawać jednej wersji, a w rozdziałach posługiwać się zupełnie inną.

Najważniejsza zasada dotycząca skrótów brzmi właściwie bardzo prosto: ten sam skrót powinien wszędzie oznaczać to samo.

Brzmi banalnie, ale przy dłuższym tekście można popełnić zaskakujące błędy. Zwłaszcza jeśli autor korzysta z wielu źródeł, w których te same litery mają różne znaczenia. Jeżeli pojawia się ryzyko niejednoznaczności, lepiej zrezygnować z jednego ze skrótów albo zastosować inne oznaczenie.

Nie należy również tworzyć skrótów na siłę. Student czasami uznaje, że skoro jakieś określenie będzie pojawiało się kilka razy, to warto je skrócić. Powstają wówczas konstrukcje, których poza autorem nikt nie zna. Zamiast ułatwiać czytanie, zaczynają działać jak szyfr.

Jeżeli w rozdziale pojawia się „system zarządzania jakością” trzy razy, niekoniecznie trzeba natychmiast tworzyć SZJ, szczególnie jeśli skrót ten później już nie wróci. Każdy nowy skrót nakłada na czytelnika dodatkowy obowiązek zapamiętania oznaczenia. Powinien więc rzeczywiście coś upraszczać.

Najlepiej wprowadzać skróty wtedy, gdy nazwa jest długa, występuje wielokrotnie albo funkcjonuje powszechnie właśnie w skróconej formie. NBP, UE, PKB, VAT, NATO czy OECD nikogo nie dziwią. Gorzej, kiedy autor tworzy kilkanaście własnych kombinacji liter, aby zaoszczędzić po kilka znaków w zdaniu.

Skrót powinien zostać rozwinięty przy pierwszym użyciu w tekście, nawet jeśli został umieszczony w wykazie na początku pracy. Wykaz nie zwalnia z tego obowiązku. Czytelnik nie powinien być zmuszany do zaglądania na początek dokumentu przy pierwszym kontakcie z terminem.

Najbardziej naturalny zapis wygląda tak: pełna nazwa, a następnie skrót w nawiasie. Przykładowo: „Narodowy Bank Polski (NBP)”. Od tego momentu można już używać samego „NBP”. Nie ma potrzeby powtarzać rozwinięcia przy każdym kolejnym wystąpieniu.

Jeżeli od pierwszego użycia do następnego mija jednak kilkadziesiąt stron, czasami warto rozważyć ponowne użycie pełnej nazwy ze względów stylistycznych i czytelniczych. Nie jest to obowiązek, ale przesadne przywiązanie do skrótów może sprawić, że tekst stanie się trudny do odbioru.

Szczególnie źle wygląda akapit, w którym niemal każde drugie słowo zapisano wielkimi literami:

„NBP w ramach współpracy z EBC oraz ESBC analizuje dane dotyczące PKB, HICP i MIF…”

Dla osoby dobrze znającej temat może to być całkowicie jasne. Dla zwykłego czytelnika zaczyna jednak przypominać depeszę pisaną kodem. Nawet w specjalistycznej pracy warto zachować pewną równowagę.

Nie wszystko, co da się skrócić, powinno zostać skrócone.

Wykaz skrótów jest także dobrym narzędziem końcowej kontroli pracy. Podczas jego tworzenia można wychwycić niespójności. Być może w jednym rozdziale pojawia się „MSWiA”, a w drugim przez pomyłkę „MSWIA”. Być może raz używamy polskiej wersji skrótu, a innym razem angielskiej. Być może w pierwszym rozdziale rozwinięcie brzmi inaczej niż w trzecim.

Takie drobiazgi nie zmieniają wartości merytorycznej pracy, ale bardzo łatwo psują jej redakcyjny poziom.

Warto też odróżnić skróty od skrótowców i symboli, choć w praktycznych instrukcjach redakcyjnych często wrzuca się je do jednego wykazu. Praca może zawierać oznaczenia literowe zmiennych, symbole jednostek, skróty nazw instytucji czy oznaczenia techniczne. Jeśli jest ich dużo, czasami sensowne okazuje się stworzenie osobnego „Wykazu symboli i oznaczeń” zamiast umieszczania wszystkiego razem.

Dotyczy to zwłaszcza prac technicznych, matematycznych i inżynierskich. Jeśli autor używa kilkudziesięciu symboli we wzorach, mieszanie ich z nazwami instytucji może zrobić więcej bałaganu niż porządku. W takiej sytuacji lepiej rozdzielić wykaz skrótów od wykazu oznaczeń.

W pracach prawniczych pojawia się jeszcze inny problem: skróty nazw aktów prawnych i czasopism urzędowych. Tu szczególnie ważne jest przyjęcie jednego sposobu i trzymanie się go konsekwentnie. Jeżeli autor decyduje się na określony skrót kodeksu czy ustawy, powinien używać go w tej samej formie przez całą pracę.

Podobnie w pracach ekonomicznych warto pilnować skrótów wskaźników. Jeśli raz przyjmujemy oznaczenie ROE dla rentowności kapitału własnego, nie należy później bez powodu używać innego skrótu oznaczającego tę samą wielkość. W pracach empirycznych takich oznaczeń potrafi być bardzo dużo, więc wykaz naprawdę może oszczędzić czytelnikowi sporo czasu.

Trzeba również uważać na odmianę skrótów w języku polskim. Niektóre skróty traktujemy jak nieodmienne, inne mogą otrzymywać końcówki fleksyjne w zależności od formy i przyjętego zapisu. Jeśli nie jesteśmy pewni, lepiej sprawdzić zasady niż tworzyć konstrukcję na wyczucie. Przy kilkukrotnym powtarzaniu błędnej formy będzie ona szczególnie widoczna.

Kolejną rzeczą, którą warto zrobić przed oddaniem pracy, jest wyszukanie każdego skrótu w całym dokumencie. Edytor tekstu pozwala zrobić to w kilka sekund. Dzięki temu można sprawdzić, czy skrót został rozwinięty przy pierwszym wystąpieniu, czy nie pojawia się wcześniej w podpisie tabeli albo we wstępie oraz czy wszędzie został zapisany tak samo.

To drobna kontrola, ale bardzo skuteczna.

Czasami bowiem wykaz mówi, że skrót został wprowadzony w rozdziale drugim, a okazuje się, że występuje już wcześniej w spisie tabel. Albo pojawia się na stronie tytułowej nazwa jednostki zapisana skrótem, którego później w ogóle nie ma na liście. Ostateczna redakcja powinna wychwycić takie rozbieżności.

Sam wykaz skrótów najczęściej umieszcza się w części wstępnej pracy, zwykle po spisie treści lub w miejscu wskazanym przez uczelnię. Nie ma jednak jednego obowiązującego dla wszystkich szkół wyższych miejsca. W jednych szablonach pojawia się bezpośrednio po spisie treści, w innych za wykazem tabel i rysunków. Zawsze warto sprawdzić instrukcję redakcyjną.

Nie ma też potrzeby numerowania pozycji w wykazie. Układ alfabetyczny jest znacznie wygodniejszy. Czytelnik nie będzie przecież pamiętał, że interesujący go skrót znajduje się pod numerem 17. Będzie szukał liter, które właśnie zobaczył w tekście.

Sam tytuł może brzmieć po prostu „Wykaz skrótów” albo „Wykaz stosowanych skrótów”, zależnie od przyjętego stylu. Nie trzeba tworzyć bardziej skomplikowanej nazwy.

I jeszcze jedna sprawa: nie należy wpisywać do wykazu każdego skrótu występującego w języku polskim. „Np.”, „itd.”, „m.in.”, „tj.” czy „por.” nie wymagają objaśniania w specjalnej tabeli. Czytelnik pracy akademickiej zna ich znaczenie. Wykaz ma pomagać w odczytywaniu terminologii specyficznej dla danej pracy, a nie pełnić funkcję słownika powszechnych skrótów językowych.

Podobnie nie ma sensu wyjaśniać oznaczeń oczywistych tylko po to, aby lista była dłuższa. Objętość wykazu nie jest żadnym wyznacznikiem jakości opracowania. Czasami pół strony wystarczy w zupełności.

Najlepszy wykaz jest taki, którego czytelnik prawie nie zauważa, dopóki go nie potrzebuje. Kiedy natrafia na nieznany skrót, zagląda na początek pracy, znajduje go w kilka sekund i wraca do lektury. Dokładnie do tego służy ten element.

I właśnie dlatego warto go przygotować starannie.

Nie dla promotora.

Nie po to, żeby praca wyglądała „bardziej naukowo”.

Dla osoby, która będzie ją czytała.

To drobny szczegół, ale właśnie po takich szczegółach często poznaje się autora, który nie tylko napisał tekst, lecz także pomyślał o odbiorcy.

Kwestia plagiatu

5/5 - (1 vote)

Często różni ludzie pytają mnie „czy to nie jest plagiat” mając na myśli jakąś pracę, która jest dostępna w Internecie. Pytają o pracę, która w tym wypadku, oczywiście (bo nie byłoby o czym pisać), nie jest plagiatem. Wyjaśniam im, że to w żadnym wypadku nie jest plagiat, jest to praca napisana od podstaw, napisana od A do Z samodzielnie, znikąd nie kopiowana.

Zadowoleni, nie chcieliby już więcej słuchać, co mam im do powiedzenia, ale, niestety, to nie jest koniec moich wyjaśnień. Muszą się jeszcze dowiedzieć o tym, że jak będą chcieli się pod tą pracą podpisać swoim nazwiskiem, to właśnie zrobią plagiat, to właśnie będzie plagiat, popełnią przestępstwo.

Mina im rzednie, a niektórzy do końca nie rozumieją o co chodzi. Otóż Panie i Panowie, w polskim prawie plagiat to czyn, a nie praca. Do więzienia (o ile, oczywiście, sąd w tej sprawie będzie tak surowy) nie trafia się za posiadanie pracy – plagiatu, ale za jego zrobienie.

Kupiliście Państwo „pracę napisaną od podstaw, napisaną od A do Z samodzielnie, znikąd nie skopiowaną…”,  ale podpisując się swoim nazwiskiem pod tą pracą nie będącą plagiatem właśnie zrobiliście plagiat.

Aktualizacja 2026

Wokół plagiatu narosło zresztą mnóstwo nieporozumień. Jedno z najczęstszych polega na utożsamianiu plagiatu z podobieństwem tekstu. Student widzi, że jego zdanie przypomina zdanie znajdujące się w jakiejś książce i natychmiast wpada w panikę. Albo odwrotnie – przepuszcza pracę przez jakiś internetowy program, otrzymuje niski procent podobieństwa i triumfalnie oznajmia: „czyli plagiatu nie ma”.

Ani jedno, ani drugie rozumowanie nie jest szczególnie rozsądne.

Wyobraźmy sobie bardzo prostą sytuację. Student pisze pracę o bezrobociu i używa zdania, że bezrobocie jest jednym z podstawowych problemów społeczno-ekonomicznych współczesnych gospodarek. Prawdopodobnie tysiące autorów napisało kiedyś zdanie bardzo podobne. Trudno oczekiwać, aby każdy student wymyślał zupełnie nową konstrukcję językową dla stwierdzeń należących do elementarnego opisu zagadnienia.

Problem pojawia się gdzie indziej.

Jeżeli student bierze z książki kilka kolejnych zdań, zachowuje ich konstrukcję, kolejność argumentów i charakterystyczne sformułowania, a następnie przedstawia je jako własny tekst, sytuacja wygląda już zupełnie inaczej. Jeszcze bardziej oczywisty przypadek mamy wtedy, gdy kopiuje cały akapit i nie oznacza go jako cytatu ani nie wskazuje autora.

Ale istnieje także bardziej subtelna odmiana takiego postępowania.

Student kopiuje akapit, a potem zaczyna „przerabiać”. Słowo „istotny” zamienia na „ważny”, „przedsiębiorstwo” na „firmę”, zmienia kolejność dwóch zdań i jest przekonany, że właśnie dokonał parafrazy.

Nie dokonał.

Dokonał kosmetycznej przeróbki cudzego tekstu.

Parafrazowanie nie oznacza zastępowania wyrazów synonimami. Trzeba najpierw zrozumieć myśl autora, a następnie przedstawić ją własnymi słowami i we własnej konstrukcji wywodu. I nawet wtedy, jeśli wykorzystujemy cudzą koncepcję, dane, klasyfikację albo istotny pogląd, powinniśmy wskazać źródło.

Przypis nie jest karą za korzystanie z cudzej wiedzy.

Wręcz przeciwnie.

Przypis pokazuje, że autor wie, skąd pochodzi dana informacja, potrafi korzystać z literatury i uczciwie odróżnia cudze ustalenia od własnych. Praca bez przypisów nie staje się bardziej samodzielna. Bardzo często staje się tylko mniej wiarygodna.

To kolejny paradoks, którego część studentów długo nie rozumie. Obawiają się, że jeśli na stronie znajdą się trzy przypisy, promotor uzna, że „wszystko jest przepisane”. W efekcie usuwają odwołania do źródeł, zostawiając cudze poglądy przedstawione jako własne.

Czyli robią dokładnie odwrotnie, niż należałoby zrobić.

Praca naukowa z natury rzeczy powstaje na podstawie tego, co napisali inni. Nie odkrywamy samodzielnie definicji inflacji, zarządzania, motywacji, prawa administracyjnego czy kultury organizacyjnej. Korzystamy z istniejącego dorobku, ale robimy to jawnie. Pokazujemy: tę koncepcję zaproponował ten autor, te dane pochodzą z takiego raportu, tę klasyfikację zaczerpnięto z określonej publikacji.

Dopiero na tym fundamencie budujemy własną analizę.

Nie trzeba więc bać się cytowania. Trzeba nauczyć się cytować rozsądnie.

Bo oczywiście można przesadzić również w drugą stronę. Praca, w której niemal każda strona składa się z kilku długich cytatów, też nie jest dobrym rozwiązaniem. Student powinien pokazać, że potrafi samodzielnie opracować przeczytany materiał, a nie tylko zestawić ze sobą fragmenty cudzych książek.

Cytat jest potrzebny przede wszystkim wtedy, gdy ważne jest dokładne brzmienie wypowiedzi. Może chodzić o definicję, przepis, charakterystyczne stanowisko autora albo fragment, którego sens mógłby zostać zniekształcony przy parafrazie. W pozostałych przypadkach znacznie częściej warto przedstawić treść własnymi słowami i wskazać jej źródło.

I tu dochodzimy do kolejnego nieporozumienia: „Skoro napisałem własnymi słowami, nie muszę dawać przypisu”.

Niekoniecznie.

Jeżeli własnymi słowami opisujemy cudzą koncepcję, nadal korzystamy z cudzej koncepcji. Jeśli przepisujemy własnymi słowami wyniki badań innego autora, nadal są to jego wyniki. Jeśli opisujemy klasyfikację stworzoną przez kogoś innego, samo przestawienie zdań nie czyni nas twórcą tej klasyfikacji.

Źródło wskazujemy więc nie tylko przy dosłownych cytatach.

To bardzo ważne, bo właśnie tutaj powstaje wiele nieświadomych problemów.

Student czyta kilka stron książki, zamyka ją i zaczyna pisać „z pamięci”. Jest przekonany, że tekst jest jego, bo nie przepisywał zdań. Problem w tym, że układ argumentów, definicje i główne tezy pochodzą z przeczytanej przed chwilą publikacji.

W takiej sytuacji również należy pamiętać o źródle.

Najprostsza metoda jest banalna: podczas robienia notatek zawsze zapisuj, skąd pochodzi informacja.

Nie: „motywacja – ważne, str. 52”.

Tylko: autor, tytuł, rok, strona i krótka notatka, czego dotyczy fragment.

Po kilku tygodniach naprawdę nie będziesz pamiętać, czy piękne zdanie znajdujące się w twoich notatkach wymyśliłeś sam, czy przepisałeś je z książki.

A takie sytuacje zdarzają się częściej, niż mogłoby się wydawać.

Jeszcze większy bałagan robi metoda „najpierw napiszę, potem dodam przypisy”. Student tworzy dwadzieścia stron na podstawie kilku książek, odkłada je na bok, a miesiąc później próbuje ustalić, skąd właściwie pochodzi każda informacja.

To jest proszenie się o kłopoty.

Przypisy najlepiej robić od razu.

Nie później.

Nie „jak skończę rozdział”.

Nie „przed oddaniem promotorowi”.

Od razu.

Jeżeli wykorzystujesz źródło, zapisujesz źródło. Ta minuta oszczędza później pół godziny szukania jednego zdania w dwustustronicowej książce.

Wróćmy jednak do pracy napisanej przez kogoś innego.

Tu również często spotykam bardzo osobliwe rozumowanie: „Ale przecież tekst jest nowy, nigdzie wcześniej niepublikowany, więc program antyplagiatowy niczego nie znajdzie”.

I co z tego?

Problemem nie jest wyłącznie to, czy komputer znajdzie podobny tekst.

Problemem jest to, kto wykonał pracę.

Praca dyplomowa ma przedstawiać wiedzę i umiejętności konkretnego studenta. Jeśli ktoś inny wykonuje zasadniczą pracę intelektualną, a student przedstawia jej rezultat jako własny, nie rozwiązuje problemu fakt, że tekst powstał specjalnie dla niego i wcześniej nie znajdował się w żadnej bazie.

Można zresztą wyobrazić sobie tekst, który nie zawiera ani jednego zdania skopiowanego z Internetu, a mimo to jego przedstawienie przez inną osobę jako własnej pracy będzie problemem związanym z autorstwem.

I odwrotnie: można mieć pracę zawierającą liczne podobieństwa do innych tekstów, która została napisana całkowicie uczciwie.

Jak to możliwe?

Bardzo prosto.

W pracy prawniczej mogą występować identycznie brzmiące nazwy ustaw i przytaczane przepisy. W pracy ekonomicznej będą powtarzać się nazwy wskaźników, instytucji i standardowe definicje. W metodologii badań wiele prac może zawierać podobne sformułowania opisujące ankietę, próbę czy zastosowaną metodę.

Podobieństwo nie odpowiada samo w sobie na pytanie o autorstwo.

Dlatego obsesja na punkcie jednego procentowego wyniku jest niezbyt rozsądna.

Studenci potrafią czasami wykonywać absurdalne operacje tylko po to, aby „obniżyć procent”. Zmieniają poprawne zdania na gorsze, zastępują normalne słowa dziwnymi synonimami, komplikują definicje i przerabiają fragmenty, które były prawidłowo oznaczonymi cytatami.

Rezultat?

Tekst jest gorszy językowo, ale za to autor jest szczęśliwy, bo jakaś liczba na ekranie spadła.

Nie o to chodzi.

Najlepszą metodą „antyplagiatową” nie jest kombinowanie z tekstem. Jest nią uczciwe pisanie pracy.

Czytasz źródło.

Rozumiesz je.

Robisz notatkę.

Piszesz własny fragment.

Wskazujesz, skąd pochodzi wykorzystana wiedza.

Jeśli przytaczasz dokładne słowa – zaznaczasz cytat.

Naprawdę nie potrzeba tutaj żadnej magii.

Problemy zaczynają się zazwyczaj wtedy, gdy student próbuje iść na skróty.

Kopiuje fragment do dokumentu „tylko na chwilę”, żeby później go przerobić.

Po tygodniu zapomina, że fragment był skopiowany.

Albo miesza swoje notatki z dosłownymi wypisami z książek.

Albo pobiera kilka prac dyplomowych i zaczyna „inspirować się” ich rozdziałami tak mocno, że zachowuje dokładnie tę samą konstrukcję, kolejność argumentów i przykłady.

Dlatego materiały robocze dobrze jest oznaczać bardzo wyraźnie.

Jeśli coś zostało przepisane dosłownie, można od razu umieścić to w cudzysłowie w notatkach. Jeśli zapisujemy własne streszczenie, oznaczmy źródło. Jeśli mamy własny pomysł, również możemy zaznaczyć, że to nasza uwaga.

Po kilku miesiącach takie drobiazgi robią ogromną różnicę.

Osobną kwestią jest korzystanie z cudzych prac dyplomowych.

Można je czytać.

Można zobaczyć, jak ktoś uporządkował temat.

Można sprawdzić bibliografię i na jej podstawie dotrzeć do ciekawych książek czy artykułów.

Ale cudza praca nie powinna stać się matrycą, którą wypełniamy innymi słowami.

Jeżeli ktoś napisał pracę o motywowaniu pracowników banku, a my piszemy o motywowaniu pracowników firmy ubezpieczeniowej, nie wystarczy wziąć jego trzech rozdziałów, zachować wszystkie podrozdziały i stopniowo wymieniać przykłady.

Najlepiej potraktować znalezioną pracę tak jak każde inne źródło pomocnicze: przeczytać, wyciągnąć to, co przydatne, a następnie wrócić do własnego problemu i zbudować własną konstrukcję.

Trzeba również uważać na coś, co potocznie określa się jako autoplagiat.

Student może pomyśleć: „przecież ten tekst jest mój, więc mogę zrobić z nim, co chcę”. I kopiuje kilkanaście stron swojej wcześniejszej pracy zaliczeniowej albo licencjackiej do magisterskiej.

Tylko że nowa praca ma być nowym samodzielnym opracowaniem.

Jeśli chcemy wykorzystać wcześniejsze własne ustalenia, należy robić to świadomie i zgodnie z zasadami obowiązującymi na uczelni. Nie należy traktować starego tekstu jak magazynu gotowych akapitów, które można bez ograniczeń przeklejać do kolejnych opracowań.

Szczególnie niebezpieczne jest przekonanie, że skoro jestem autorem wcześniejszego tekstu, to system na pewno nie będzie miał zastrzeżeń.

System może znaleźć podobieństwo.

A nawet gdyby nie znalazł, nadal pozostaje pytanie o samodzielność nowego opracowania.

W epoce łatwego dostępu do ogromnej liczby tekstów problem stał się zresztą jeszcze bardziej skomplikowany. Kopiowanie wymaga dziś dwóch kliknięć. Dawniej student, chcąc przepisać dwie strony książki, musiał przynajmniej fizycznie je przepisać. Dziś można w kilka minut zbudować dokument z fragmentów kilkunastu stron internetowych.

Technologia skróciła operację kopiowania.

Nie zmieniła zasad autorstwa.

Dlatego warto wyrobić sobie jeden nawyk: nie wklejać do właściwego tekstu pracy cudzych fragmentów bez natychmiastowego oznaczenia ich jako takich.

Jeśli kopiujemy cytat do późniejszego wykorzystania, od razu dodajmy cudzysłów i źródło.

Nigdy „uzupełnię później”.

„Później” jest jednym z największych wrogów poprawnych przypisów.

Na końcu warto rozprawić się jeszcze z jednym przekonaniem: „Przecież wszyscy tak robią”.

Nie wszyscy.

A nawet gdyby wszyscy robili coś źle, trudno uznać to za sensowny argument.

Praca dyplomowa ma pokazać między innymi, że potrafimy korzystać z cudzej wiedzy bez przypisywania jej sobie. To jedna z podstawowych umiejętności akademickich. Nie jest szczególnie skomplikowana, ale wymaga systematyczności.

Jeśli jakiś pogląd nie jest twój – pokaż, skąd go wziąłeś.

Jeśli przytaczasz czyjeś słowa – zaznacz, że są cudze.

Jeśli sam przeprowadziłeś analizę – pokaż własne wyniki.

Jeśli czegoś nie wiesz – znajdź wiarygodne źródło.

Wtedy kwestia plagiatu przestaje wyglądać jak tajemnicza pułapka zastawiona na studentów.

Problem najczęściej nie polega bowiem na tym, że student przypadkiem użyje kilku podobnych słów jak ktoś inny. Problem zaczyna się wtedy, gdy zaciera granicę między tym, co zrobił sam, a tym, co zrobił ktoś inny.

A ta granica w dobrze napisanej pracy powinna być bardzo wyraźna.

Czy promotorzy to idioci?

5/5 - (1 vote)

Coraz bardziej skłaniam się do zdania, że większość polskich promotorów to zwyczajni idioci. Jeśli dziwicie się skąd tyle osób nie pisze samodzielnie pracy magisterskiej, podkłada promotorowi już bronioną pracę (nie wszystkie uczelnie sprawdzają prace programami antyplagiatowymi, a nawet jak sprawdzają to w bazie tych programów nie ma wszystkich prac), albo pracę napisaną przez kogoś innego na zlecenie, to nie dziwcie się – pomyślcie o nich, jak o idiotach i wszystko stanie się zrozumiałe.

A już najbardziej do szału doprowadza mnie to, że promotorzy nie rozumieją słów, którymi się posługują. Na przykład uparcie nazywają plan pracy spisem treści. A więc do promotorów-idiotów odezwa: spis treści to będzie, jak ta treść już będzie, przed napisaniem tej treści, czyli pracy możemy jedynie mówić o planie pracy. Jak możecie edukować ludzi skoro sami jesteście niewyedukowani!

Aktualizacja 2026

Oczywiście problem nie polega na tym, że każdy promotor jest niekompetentny. Są promotorzy świetni: konkretni, dostępni, potrafiący wskazać błąd, podpowiedzieć kierunek i jednocześnie zostawić studentowi wystarczająco dużo samodzielności. Problem zaczyna się wtedy, gdy trafiamy na osobę, która sama nie potrafi jasno określić, czego oczekuje, a mimo to wymaga od studenta odgadywania tych oczekiwań.

I chyba właśnie to jest najbardziej irytujące.

Student przynosi plan pracy. Promotor mówi, że jest zły. Student pyta dlaczego. W odpowiedzi słyszy: „proszę to przemyśleć”. Świetna rada. Można równie dobrze powiedzieć: „proszę napisać lepiej”. Tylko co właściwie ma zostać poprawione? Kolejność rozdziałów? Zakres? Tytuły? Za mało teorii? Za dużo teorii? Brakuje części badawczej? A może problem jest zupełnie gdzie indziej?

Promotor powinien umieć nazwać problem.

Jeżeli plan jest zbyt szeroki, powinien powiedzieć: ten rozdział wychodzi poza temat. Jeżeli dwa podrozdziały się dublują, powinien wskazać które. Jeżeli student źle formułuje cel pracy, powinien wytłumaczyć, na czym polega błąd. Nie chodzi o pisanie pracy za studenta, ale o udzielenie mu informacji, dzięki której będzie wiedział, co poprawić.

Tymczasem zdarzają się sytuacje, w których student przez kilka tygodni wykonuje kolejne wersje tego samego planu, a promotor za każdym razem zmienia zdanie. Najpierw rozdział ma być teoretyczny, potem „za dużo teorii”. Najpierw trzeba rozbudować metodologię, potem okazuje się, że metodologii jest „za dużo”. Najpierw temat jest dobry, a po miesiącu staje się „zbyt ogólny”.

Nie twierdzę, że promotor nie ma prawa zmieniać zdania. Ma. Podczas pracy mogą pojawić się nowe problemy i niekiedy wcześniejsza koncepcja rzeczywiście wymaga korekty. Ale jeśli za zmianą nie stoi żadne wyjaśnienie, student przestaje wiedzieć, czy pracuje nad merytorycznym ulepszeniem tekstu, czy tylko próbuje trafić w aktualny gust prowadzącego.

Jeszcze ciekawiej robi się wtedy, gdy pojawiają się „żelazne zasady”, których nie można znaleźć w żadnym regulaminie ani poradniku uczelni.

„Rozdział musi mieć dokładnie trzy podrozdziały”.

Dlaczego?

„Bo tak się pisze”.

Albo:

„Praca magisterska musi mieć trzy rozdziały”.

Dlaczego trzy?

„Bo tak”.

To nie jest argument naukowy. To zwyczaj.

Oczywiście promotor może preferować określoną konstrukcję i w wielu przypadkach ma ku temu dobre powody. Trzy rozdziały – teoretyczny, metodologiczny i badawczy – rzeczywiście mogą być bardzo praktycznym rozwiązaniem. Problem pojawia się wtedy, gdy rozwiązanie wygodne zostaje przedstawione jako jakaś niepodważalna prawda metodologiczna.

Podobnie bywa z liczbą stron.

Jeden promotor twierdzi, że praca magisterska poniżej osiemdziesięciu stron „nie wygląda poważnie”. Inny każe skrócić siedemdziesięciostronicowy tekst, bo „magisterka nie powinna być taka długa”. Student przechodzący między tymi seminariami mógłby dojść do wniosku, że istnieją dwie zupełnie różne nauki o pisaniu prac dyplomowych.

Tymczasem objętość powinna wynikać z tematu, zasad uczelni i sposobu opracowania problemu. Jeśli wszystko zostało powiedziane na sześćdziesięciu stronach, dopisywanie dwudziestu kolejnych tylko po to, aby dokument wyglądał grubiej, nie podnosi jego wartości. Często daje efekt przeciwny: pojawiają się powtórzenia, zbędne definicje i całe podrozdziały napisane wyłącznie „na objętość”.

Osobną kategorię stanowią promotorzy obsesyjnie przywiązani do konkretnych sformułowań.

Student pisze: „celem pracy jest analiza…”.

Promotor poprawia: „celem niniejszej pracy jest dokonanie analizy…”.

Na następnej konsultacji ten sam zwrot zostaje zmieniony na: „głównym celem podjętych rozważań jest…”.

I nagle największym problemem pracy nie jest już to, czy analiza ma sens, lecz to, czy autor użył dokładnie takiej konstrukcji zdania, jaką lubi promotor.

To jest pomylenie hierarchii.

Język pracy jest ważny. Precyzja jest ważna. Ale jeszcze ważniejsze jest to, czy student wie, co analizuje i po co. Można mieć perfekcyjnie sformułowany cel, który jest całkowicie oderwany od późniejszych badań.

Tak samo można mieć stylistycznie przeciętną pracę, która jest logiczna, samodzielna i poprawna merytorycznie.

Dobry promotor powinien potrafić rozróżnić te rzeczy.

Kolejna sprawa to konsultacje.

Niektórzy promotorzy potrafią przez kilka tygodni nie odpowiadać na wiadomość, a potem mieć pretensje, że student „za wolno pracuje”. Inni oddają rozdział po miesiącu i oczekują poprawionej wersji za trzy dni. Jeszcze inni czytają tylko pierwsze dwie strony i wpisują na końcu „proszę poprawić styl w całym rozdziale”.

Student zostaje wtedy sam z zagadką: co dokładnie jest nie tak?

Jeśli promotor zauważa powtarzający się błąd, nie musi oczywiście poprawiać każdego zdania. Wystarczy jednak wskazać kilka przykładów i wyjaśnić zasadę. Wtedy student może poprawić resztę sam. To właśnie jest uczenie.

Poprawienie czerwonym kolorem dwudziestu przecinków bez wyjaśnienia czegokolwiek niekoniecznie nim jest.

Podobnie z przypisami. Zamiast napisać „źle”, można powiedzieć: brakuje miejsca wydania, numeru strony albo tytułu czasopisma. Student wie wtedy, jaki jest standard i może go później stosować konsekwentnie.

Najgorszym modelem współpracy jest promotor, który jednocześnie oczekuje samodzielności i karze za każdą samodzielną decyzję.

„Proszę być samodzielnym”.

Student jest samodzielny.

„Dlaczego zrobił pan to w ten sposób?”.

„Bo uznałem, że…”.

„Nie należy samemu takich rzeczy ustalać”.

I jak tu wygrać?

Promotor powinien jasno określić obszary, w których student może decydować, oraz te, które wymagają uzgodnienia. Jeśli temat, metoda czy konstrukcja badań mają być konsultowane, dobrze powiedzieć to na początku. Jeśli natomiast student ma swobodę w organizacji podrozdziałów czy doborze części literatury, nie należy później traktować każdej innej decyzji jako błędu.

Czasami problemem nie jest nawet brak wiedzy promotora, lecz brak zainteresowania.

Promotor prowadzi kilkanaście prac jednocześnie, ma zajęcia, badania, obowiązki administracyjne i jeszcze kilka innych rzeczy. Student ze swoją pracą jest gdzieś na końcu tej listy. To można zrozumieć. Trudniej zrozumieć sytuację, w której przyjmuje się dużą liczbę dyplomantów, a potem nie ma czasu na przeczytanie ich tekstów.

Skoro promotor ma formalnie kierować przygotowaniem pracy, musi mieć przynajmniej minimalny czas, żeby tę funkcję rzeczywiście wykonywać.

Nie chodzi o to, by siedział ze studentem nad każdym akapitem.

Chodzi o to, żeby przeczytał kluczowe fragmenty, zanim praca zostanie ukończona.

Bo cóż daje uwaga „metodologia jest błędna”, jeśli pojawia się tydzień przed terminem złożenia, po zakończeniu całych badań?

To nie jest już konsultacja. To informacja o katastrofie.

Z drugiej strony warto być uczciwym: część konfliktów z promotorami wynika również z zachowania studentów.

Student wysyła sześćdziesiąt stron w piątek wieczorem i w poniedziałek rano pyta, czy promotor „już zdążył sprawdzić”. Albo przez trzy miesiące nie pokazuje nic, a na dwa tygodnie przed terminem przynosi całą pracę. Potem jest oburzony, że prowadzący znajduje w niej fundamentalne problemy.

Tak też nie można pracować.

Promotor nie jest automatem do korekty tekstu.

Rozsądna współpraca wymaga regularności po obu stronach. Student powinien dostarczać materiał etapami, a promotor – udzielać informacji zwrotnej w terminie pozwalającym na jej wykorzystanie. To wcale nie jest wygórowane oczekiwanie.

Warto również odróżnić dwie sytuacje. Jedna to taka, w której promotor wymaga czegoś, z czym student się nie zgadza, ale potrafi to uzasadnić. Druga – gdy wymaganie jest całkowicie arbitralne.

Jeżeli prowadzący mówi: „proszę nie stosować ankiety, bo przy tym problemie lepszy będzie wywiad i już tłumaczę dlaczego” – mamy merytoryczną dyskusję.

Jeśli mówi: „ankiet się nie robi w pracach magisterskich” – pojawia się problem.

Jeżeli twierdzi: „ten rozdział trzeba skrócić, ponieważ połowa treści nie odpowiada tematowi” – to konkretna uwaga.

Jeśli mówi: „rozdziały po dwadzieścia stron wyglądają lepiej” – mamy raczej kwestię estetyczną niż metodologiczną.

Student powinien nauczyć się rozpoznawać tę różnicę.

Nie oznacza to jednak, że każdą arbitralną uwagę warto kwestionować. Tu dochodzimy do mało romantycznej prawdy o pracy dyplomowej: promotor ma duży wpływ na to, czy cały proces przebiegnie sprawnie.

Można więc prowadzić wielką batalię o to, czy podrozdział powinien mieć numer 2.3 czy 2.4.

Pytanie tylko: po co?

Jeśli uwaga nie szkodzi pracy, a jej zastosowanie zajmuje pięć minut, czasem prościej ją przyjąć. Nie każda różnica zdań musi stać się sporem metodologicznym.

Inaczej wygląda sytuacja, gdy wymaganie prowadzi do poważnego błędu, zmienia sens badań albo jest sprzeczne z oficjalnymi zasadami uczelni. Wtedy warto spokojnie poprosić o wyjaśnienie i odwołać się do konkretnych wytycznych.

Spokojnie – to ważne słowo.

Nawet jeśli promotor doprowadza nas do szału.

List zaczynający się od „Szanowny Panie Profesorze, najwyraźniej znowu nie zrozumiał Pan…” raczej nie poprawi jakości współpracy.

Znacznie lepiej napisać: „W wytycznych uczelni znalazłem zapis X. Czy w związku z tym powinienem zastosować rozwiązanie A, czy zgodnie z Pana sugestią B?”.

W ten sposób problem zostaje sprowadzony do konkretu.

I często okazuje się, że nie było żadnego konfliktu, tylko obie strony mówiły o czymś trochę innym.

Wracając do nieszczęsnego „spisu treści” i „planu pracy” – warto zachować odrobinę proporcji.

Tak, logicznie plan przygotowujemy przed napisaniem tekstu, a spis treści opisuje strukturę istniejącego dokumentu. Ale w praktyce akademickiej określenie „proszę przynieść spis treści” bardzo często oznacza po prostu „proszę przygotować projekt przyszłego spisu treści”, czyli plan rozdziałów i podrozdziałów.

Czy jest to terminologicznie idealne?

Nie.

Czy z tego powodu należy uznać każdego promotora używającego takiego skrótu za osobę niewykształconą?

Też nie.

Znacznie ważniejsze jest to, czy wie, jaka ma być logika tej struktury i czy potrafi studentowi pomóc ją poprawić.

Można bowiem bardzo precyzyjnie rozróżniać plan od spisu treści, a jednocześnie proponować fatalną konstrukcję pracy.

I odwrotnie: można potocznie nazwać plan „spisem treści”, ale dać studentowi znakomite uwagi dotyczące układu rozdziałów.

W edukacji forma ma znaczenie, ale nie powinna przesłaniać treści.

Tak naprawdę największym problemem złego promotora nie jest pojedynczy błąd terminologiczny. Jest nim brak umiejętności prowadzenia studenta od pomysłu do gotowej pracy.

Dobry promotor nie musi znać odpowiedzi na wszystko. Może powiedzieć: „nie wiem, sprawdźmy”. Może nie znać konkretnej publikacji. Może nawet pomylić się w drobiazgu.

Ważne, żeby potrafił myśleć nad problemem razem ze studentem.

Powinien umieć powiedzieć: to jest za szerokie, to jest niepotrzebne, tutaj brakuje źródła, tutaj wniosek nie wynika z danych, tutaj pytanie badawcze nie pasuje do narzędzia.

To są uwagi, które rzeczywiście rozwijają pracę.

I takich właśnie konsultacji student potrzebuje.

Nie kilkudziesięciu czerwonych znaków zapytania.

Nie „do poprawy”.

Nie „proszę więcej literatury” bez wskazania, jakiej.

Nie „tak się nie pisze” bez wyjaśnienia, jak się pisze i dlaczego.

Jeśli więc miałbym przeredagować tytuł tego wpisu po całym tym wywodzie, być może brzmiałby: „Dlaczego niektórzy promotorzy tak bardzo utrudniają pisanie pracy?”.

To mniej efektowne.

Ale chyba bliższe sednu.

Problemem nie jest bowiem istnienie złych czy niedouczonych ludzi na uczelniach – tacy ludzie są w każdej grupie zawodowej. Prawdziwym problemem jest sytuacja, w której student trafia na słabo prowadzone seminarium i przez pół roku próbuje zgadywać zasady gry, zamiast uczyć się pisania pracy naukowej.

Bo promotor powinien być właśnie od tego, żeby tych zasad nie trzeba było zgadywać.