Kilkanaście dni temu pisałem, że plan pracy to rzecz tak prosta i sztampowa, że nie chce mi się o niej pisać. Nadal tak uważam, ale może wyjaśnię, dlaczego tak uważam.
Znam człowieka, który od 2000 roku zajmuje się pisaniem prac dyplomowych na zlecenie. Tak pi razy drzwi napisał już razem ze swoimi pracownikami około pięciu tysięcy prac (muszę go kiedyś zachęcić do tego, aby spróbował policzyć dokładnie). Na początku, oczywiście, zaczynał sam. Swego czasu, kiedy nie były jeszcze tak rozpowszechnione programy antyplagiatowe (o programach antyplagiatowych napiszę może następnym razem), albo nawet jeszcze nie istniały, potrafił napisać w ciągu jednej doby trzy prace, pamiętam ten rekord, pracował cały dzień i całą noc – dwa licencjaty i jedna magisterka, w sumie ponad 200 stron. Te prace, dzisiaj, oczywiście, nie przeszłyby pozytywnie testu antyplagiatowego, ale wtedy nikt się tym nie przejmował. Ważne, żeby praca była dobra, na temat i napisana według zatwierdzonego planu klienta. A to, że jakieś akapity były generalnie bardzo do siebie podobne nie miało znaczenia. Nie to, że to były prace całkiem na zasadzie kopiuj wklej – o ile części teoretyczne wykazywały znamiona plagiatu, bo były tylko lekko przeredagowane (generalnie tylko te fragmenty, początki akapitów, gdzie wzrok ludzki „zawiesza” swoją uwagę – było to tak sprytnie zrobione, że promotorzy, którzy zazwyczaj nie czytają prac, a tylko przerzucają je wzrokiem nie zauważyliby podobieństw i nie wyłapaliby plagiatu; co innego program komputerowy), o tyle części praktyczne dotyczyły innych przedsiębiorstw i były pisane na podstawie ich rzeczywistych danych finansowych (oczywiście, też z zastosowanie jakieś sprytnej sztuczki, szablonu, aby ze zleceniami zdążyć na czas).
Wracając do planu pracy, bo o tym przecież zamierzałem pisać, najlepszą metodą w tych dawnych czasach było wziąć do ręki jakąkolwiek książkę dotyczącą danego tematu i na podstawie jej spisu treści ułożyć swój plan. Praca na 5 minut. Zostawia się trzy, cztery rozdziały, maksymalnie pięć, wyrzuca się to, co niepotrzebne i gotowe. Można też z takiej książki wziąć tylko część teoretyczną, a praktyczną ułożyć według sztampowego schematu z metodologią badań własnych i analizą wyników badań własnych.
Aktualizacja 2025
Pisałem już wcześniej, że plan pracy to rzecz tak prosta i jednocześnie tak schematyczna, że w gruncie rzeczy nie bardzo widziałem sens, aby poświęcać jej osobny tekst. Nadal podtrzymuję to zdanie, choć z biegiem czasu doszedłem do wniosku, że warto jednak doprecyzować, skąd bierze się to przekonanie. Być może dla kogoś, kto dopiero zaczyna swoją przygodę z pisaniem pracy dyplomowej, plan jawi się jako element kluczowy, niemal intelektualny fundament całego przedsięwzięcia. W praktyce jednak plan pracy jest raczej technicznym rusztowaniem niż dziełem twórczym, a jego przygotowanie rzadko wymaga szczególnych zdolności analitycznych czy oryginalności.
Znam człowieka, który od około 2000 roku zajmuje się zawodowo pisaniem prac dyplomowych na zlecenie. Przez te wszystkie lata, razem ze swoimi współpracownikami, stworzył – szacunkowo – około pięciu tysięcy prac. To oczywiście liczba przybliżona, bo nigdy nie prowadził dokładnych statystyk, choć czasem żartobliwie wspomina, że powinien kiedyś spróbować to policzyć. Na samym początku działał w pojedynkę, stopniowo budując zaplecze ludzi, którzy przejmowali część zleceń. Były to czasy zupełnie inne niż dziś, jeśli chodzi o kontrolę jakości, dostęp do narzędzi informatycznych oraz podejście uczelni do kwestii samodzielności prac.
W okresie, gdy programy antyplagiatowe nie były jeszcze powszechnie stosowane, a często wręcz nie istniały, tempo pracy potrafiło być wręcz niewiarygodne. Pamiętam do dziś jego rekordowy wyczyn, kiedy w ciągu jednej doby napisał trzy prace dyplomowe: dwa licencjaty i jedną magisterkę. Łącznie ponad dwieście stron tekstu, powstałych w trybie ciągłym, bez snu, dzień i noc spędzone przy komputerze. Z dzisiejszej perspektywy brzmi to jak coś nierealnego, ale wtedy było możliwe właśnie dlatego, że nikt nie analizował tych prac pod kątem podobieństw tekstowych w sposób systemowy. Liczyło się to, aby praca była na temat, miała odpowiednią objętość, logiczną strukturę i – co kluczowe – była napisana zgodnie z wcześniej zatwierdzonym planem.
Oczywiście, gdyby te same prace zostały dziś przepuszczone przez współczesne systemy antyplagiatowe, większość z nich nie przeszłaby pozytywnie weryfikacji. Nie było to jednak postrzegane jako problem. Ówczesna praktyka opierała się na założeniu, że pewne fragmenty, zwłaszcza teoretyczne, mogą być do siebie bardzo podobne, bo przecież odwołują się do tych samych definicji, modeli czy klasycznych ujęć danego zagadnienia. Nie chodziło o bezrefleksyjne kopiowanie całych rozdziałów metodą „kopiuj–wklej”, lecz o sprytne przeredagowywanie istniejących tekstów. Najczęściej modyfikowane były początki akapitów, czyli te miejsca, na których oko czytelnika zatrzymuje się na dłużej. Dalej tekst mógł już płynąć niemal identycznie jak w innych pracach, bo promotorzy zazwyczaj nie czytali całości wnikliwie, a jedynie przeglądali ją pobieżnie.
Części praktyczne stanowiły osobną kategorię. One z reguły dotyczyły różnych przedsiębiorstw lub instytucji i były oparte na rzeczywistych, choć niekiedy lekko zmodyfikowanych danych finansowych czy organizacyjnych. Tutaj również stosowano określone szablony, które pozwalały zachować spójność i jednocześnie znacząco skracały czas pisania. W praktyce oznaczało to, że struktura rozdziału praktycznego była niemal zawsze taka sama, zmieniała się jedynie nazwa firmy, zakres danych i wnioski końcowe. Dzięki temu możliwe było obsłużenie dużej liczby zleceń w krótkim czasie.
I właśnie w tym miejscu wracamy do planu pracy, bo to on był punktem wyjścia dla całego procesu. W tamtych czasach najlepszą i najszybszą metodą przygotowania planu było po prostu sięgnięcie po dowolną książkę związaną z danym tematem. Spis treści takiej publikacji stanowił gotowy wzorzec, który wystarczyło odpowiednio dostosować. Zostawiało się trzy lub cztery rozdziały, rzadko kiedy więcej niż pięć, usuwało się fragmenty zbędne z punktu widzenia tematu pracy i w zasadzie plan był gotowy w kilka minut. Nie było w tym nic odkrywczego ani oryginalnego, ale spełniało wszystkie formalne wymagania.
Często wyglądało to tak, że z książki brano niemal w całości część teoretyczną, bo ta była uniwersalna i łatwa do adaptacji. Rozdziały praktyczne natomiast konstruowano według utartego schematu: metodologia badań własnych, opis obiektu badań, analiza wyników oraz wnioski. Ten schemat sprawdzał się niemal w każdej dziedzinie, od ekonomii, przez zarządzanie, aż po pedagogikę czy socjologię. Plan pracy w takim ujęciu nie był więc żadnym indywidualnym projektem intelektualnym, lecz narzędziem organizacyjnym.
Z perspektywy czasu widać wyraźnie, że plan pracy pełnił głównie funkcję uspokajającą. Dla studenta był dowodem, że „coś już jest zrobione” i że promotor zaakceptował kierunek działań. Dla promotora był sygnałem, że temat został wstępnie przemyślany i że praca będzie miała logiczną strukturę. Dla osoby piszącej pracę – czy to studenta, czy ghostwritera – plan był po prostu instrukcją obsługi, według której należało produkować kolejne rozdziały.
Dlatego właśnie uważam, że plan pracy jest rzeczą prostą i sztampową. Nie oznacza to, że jest niepotrzebny, bo bez niego trudno byłoby zachować spójność tekstu. Oznacza to jednak, że nie warto przypisywać mu nadmiernej wagi ani traktować go jako miary wartości intelektualnej pracy. W zdecydowanej większości przypadków plan jest wariacją na temat setek, jeśli nie tysięcy, podobnych planów, które już wcześniej funkcjonowały w obiegu akademickim.
Dzisiaj sytuacja jest oczywiście inna. Programy antyplagiatowe, większa świadomość promotorów oraz zmieniające się standardy sprawiają, że pewne praktyki z początku lat dwutysięcznych nie miałyby racji bytu. Sam mechanizm tworzenia planu pracy jednak pozostał w dużej mierze niezmieniony. Nadal opiera się on na schematach, podręcznikach i sprawdzonych strukturach. I właśnie dlatego, mimo upływu lat, nadal twierdzę, że plan pracy to element techniczny, a nie twórczy, i że jego przygotowanie nie powinno być źródłem ani stresu, ani szczególnej dumy.