Wydaje się, że to prawda od dawien dawna znana, nie odkrywam tutaj Ameryki i w ogóle po co to piszę? Ano piszę to dlatego, że aby być magistrem, to trzeba w końcu tę pracę magisterską napisać, a nasz blog właśnie o tym jest. O pisaniu prac magisterskich.
Co zrobić, gdy ktoś jest doskonałym matematykiem, a poprawnie zdania po polsku nie umie sklecić? Jakoś udało mu się przebrnąć przez liceum, czy technikum, ale nie ma szans, żeby napisał pracę magisterską. Mamy mu powiedzieć „nie każdy musi być magistrem”? No, nie, nie możemy mu tak powiedzieć, bo jeśli nie będzie magistrem, to nie będzie i matematykiem. Nie będzie mógł na przykład nauczać matematyki w szkole, bo tam jest wymagany właśnie ten tytuł. I tam i owam – wszędzie jest wymagany – jeśli ktoś nie jest przynajmniej magistrem matematyki, to nie jest matematykiem w ogóle.
Po co ten przykład? Ano po to, że nasz system prawny ma wiele luk, jest w nim wiele błędów. Na nasze obywateli szczęście system prawny, to nie system społeczny – a ten sam potrafi się obronić, sam naprawić. Serwisy oferujące pomoc w pisaniu prac nie działają w ramach systemu prawnego (przez ten próbują być zwalczane – znajomy, o którym już pisałem miał z tej okazji prokuratorskie zarzuty). Serwisy oferujące pomoc w pisaniu prac działają jednak w ramach systemu społecznego i dzięki temu taki genialny matematyk może uzyskać pomoc w napisaniu pracy magisterskiej i dalej rozwijać swoje umiejętności, zdolności.
Serwisy oferujące pomoc w pisaniu prac naprawiają pewien błąd systemu prawnego. Nie należy z nimi walczyć. Raczej powinno się naprawić system – a wtedy one znikną same. Przykład matematyka jest dość obrazowy (i dlatego go tu wykorzystałem), ale raczej rzadko spotykany. Ten błąd systemu prawnego ogólnie polega na tym, że ludzie współcześni coraz bardziej tracą umiejętność przelewania swoich słów, myśli na papier – techniki mulimedialne powoli wypierają tradycyjne słowo pisane – stąd i ludzie przestają potrzebować kształcić w sobie te umiejętności. Dlatego należałoby zmienić wymagania dotyczące uzyskiwania tytułu magisterskiego – dostosować do zmieniającego się świata.
Aktualizacja 2026
W tym miejscu warto jednak uważać, żeby nie pójść o jeden krok za daleko. Z faktu, że ktoś ma ogromną wiedzę matematyczną, techniczną czy informatyczną i jednocześnie słabo pisze, nie wynika jeszcze, że rozwiązaniem powinno być napisanie za niego pracy. To byłoby zastąpienie jednego problemu drugim. Jeśli dyplom ma potwierdzać określony zestaw kompetencji, to oddanie pracy przygotowanej przez inną osobę nie pokazuje, że student te kompetencje posiada.
Prawdziwe pytanie brzmi raczej: czy wszyscy absolwenci różnych kierunków powinni być oceniani za pomocą niemal identycznej formy?
Tu zaczyna się znacznie ciekawsza dyskusja.
Od przyszłego matematyka oczekujemy przecież czegoś innego niż od historyka literatury. Od informatyka czegoś innego niż od socjologa. Od inżyniera czegoś innego niż od filologa. Tymczasem końcowy etap studiów bardzo często sprowadza się w każdym przypadku do wyprodukowania kilkudziesięciostronicowego dokumentu o dość podobnej konstrukcji: wstęp, część teoretyczna, metodologia, badania lub projekt, zakończenie, bibliografia.
Można zapytać, czy zawsze jest to najlepsza forma sprawdzenia kompetencji.
Jeżeli student informatyki stworzył działający system, zaprojektował bazę danych, rozwiązał trudny problem algorytmiczny i potrafi obronić swoje decyzje techniczne, być może największą wartość ma właśnie ten projekt. Dokumentacja nadal jest potrzebna, bo rozwiązanie trzeba opisać, uzasadnić i umożliwić jego ocenę. Nie musi jednak koniecznie przyjmować formy rozbudowanego wypracowania, w którym połowę objętości zajmuje przepisywanie teorii znanej z podręczników.
Podobnie inżynier może znacznie lepiej pokazać swoje kompetencje przez projekt, obliczenia, dokumentację techniczną i analizę działania rozwiązania niż przez bardzo rozbudowaną część opisową. Student kierunku artystycznego może przedstawić dzieło wraz z komentarzem analitycznym. Na innych kierunkach podstawowym rezultatem mogłoby być studium przypadku, raport badawczy, projekt wdrożeniowy albo analiza danych.
To jednak nie oznacza, że umiejętność pisania jest zbędna.
Wręcz przeciwnie.
Matematyk też musi umieć wyjaśnić rozwiązanie. Informatyk musi sporządzić dokumentację. Nauczyciel powinien umieć formułować instrukcje, opinie i materiały dla uczniów. Inżynier przygotowuje raporty, uzasadnienia i specyfikacje. W wielu zawodach nie trzeba pisać sześćdziesięciostronicowej pracy, ale trzeba umieć precyzyjnie przekazywać myśli.
Dlatego nie przekonywałbym genialnego matematyka, że pisanie w ogóle nie jest mu potrzebne. Powiedziałbym mu raczej: nie musisz zostać pisarzem, ale musisz nauczyć się na tyle sprawnie posługiwać tekstem, aby ktoś inny był w stanie zrozumieć, co zrobiłeś i dlaczego.
To nie jest dokładnie to samo.
Są ludzie, którzy znakomicie myślą abstrakcyjnie, ale mają problem z budowaniem dłuższego tekstu. Taki student może potrzebować pomocy redakcyjnej, konsultacji językowej, wyjaśnienia zasad tworzenia akapitu czy uporządkowania argumentacji. To wszystko jest całkowicie normalnym elementem uczenia się.
Nikt przecież nie twierdzi, że student powinien sam dojść do wszystkiego bez żadnej pomocy.
Ma promotora.
Może korzystać z konsultacji.
Może poprosić kogoś o wskazanie błędów językowych.
Może skorzystać z korekty.
Może otrzymać pomoc w opanowaniu edytora tekstu, sporządzaniu bibliografii czy przygotowaniu wykresów.
Może pokazać fragment tekstu i zapytać: „dlaczego ten akapit jest niezrozumiały?”.
Granica zaczyna się dopiero tam, gdzie pomoc przestaje rozwijać umiejętności studenta, a zaczyna go zastępować.
To rozróżnienie jest ważniejsze niż sama nazwa usługi.
Jeżeli ktoś tłumaczy studentowi, jak sformułować problem badawczy, mamy do czynienia z pomocą.
Jeżeli ktoś wskazuje, że pytania ankiety nie odpowiadają problemom badawczym, nadal jest to pomoc.
Jeżeli ktoś poprawia interpunkcję i niezręczne konstrukcje językowe, mamy korektę.
Jeżeli natomiast ktoś sam projektuje badanie, pisze rozdziały, interpretuje wyniki i oddaje studentowi gotową całość do podpisania, student nie otrzymuje już pomocy w wykonaniu zadania. Otrzymuje wykonane zadanie.
A to zasadnicza różnica.
Można ją porównać do korepetycji z matematyki. Nauczyciel może przez godzinę tłumaczyć uczniowi sposób rozwiązania równania. Może pokazać podobny przykład. Może znaleźć błąd w obliczeniach. Nie byłoby jednak większego sensu w sytuacji, w której uczeń oddaje na sprawdzianie rozwiązania wykonane wcześniej przez korepetytora i przedstawia je jako własne.
Problem nie polega więc na samej pomocy.
Problem polega na zastępowaniu osoby, której kompetencje mają być ocenione.
Jeżeli system edukacji wymaga od studenta określonej umiejętności, a okazuje się, że student jej nie posiada, można zadać dwa pytania. Pierwsze: jak pomóc mu ją zdobyć? Drugie: czy rzeczywiście ta umiejętność powinna być wymagana w takim zakresie?
Oba są sensowne.
Żadne nie prowadzi jednak automatycznie do wniosku, że ktoś inny powinien wykonać zadanie za studenta.
Wracając do naszego matematyka: jeśli naprawdę jest znakomity z matematyki, ale fatalnie pisze po polsku, być może rozsądniej byłoby tak zaprojektować proces dyplomowania, aby większą wagę miało rozwiązanie problemu matematycznego, a mniejszą literacka sprawność jego opisu. Nadal powinien jednak potrafić przedstawić własne rozumowanie.
I właśnie tutaj można mieć uzasadnione pretensje do części systemu akademickiego.
Nie każda praca potrzebuje pięćdziesięciu stron.
Nie każda potrzebuje trzech rozdziałów teoretycznych.
Nie każdy kierunek wymaga identycznego typu opracowania.
Czasami wymagania istnieją dlatego, że „zawsze tak było”, a nie dlatego, że najlepiej sprawdzają kompetencje absolwenta.
Znacznie ciekawszy byłby system dopuszczający różne formy pracy końcowej, uzależnione od charakteru kierunku. Jedna osoba przygotowałaby klasyczną pracę badawczą. Inna rozbudowany projekt z dokumentacją. Jeszcze inna analizę przypadku, prototyp, zestaw badań eksperymentalnych albo rozwiązanie problemu praktycznego.
W każdym przypadku musiałby pozostać jeden wspólny element: możliwość ustalenia, co zrobił sam student.
To jest istota dyplomu.
Nie liczba stron.
Nie krój czcionki.
Nie to, czy przypis jest harwardzki, czy dolny.
Nie liczba podrozdziałów.
Chodzi o to, żeby można było powiedzieć: ten człowiek wykonał określoną pracę i potrafi ją wyjaśnić.
Jeśli system tego nie sprawdza, zaczyna badać rzeczy drugorzędne.
Zresztą przekonanie, że wszyscy powinni być magistrami, samo w sobie jest dość osobliwe. Tytuł akademicki nie powinien być obowiązkowym dodatkiem do dorosłości. Są ludzie świetni w zawodach technicznych, usługowych, artystycznych i przedsiębiorczych, którzy nie potrzebują studiów magisterskich do tego, żeby wykonywać swoją pracę znakomicie.
Problem pojawia się wtedy, kiedy rynek pracy albo formalne wymagania zaczynają traktować tytuł jako uniwersalny filtr.
Nagle nie pytamy: „czy umiesz to zrobić?”.
Pytamy: „czy masz papier?”.
Wtedy studia przestają być drogą do zdobycia określonych kompetencji, a zaczynają pełnić funkcję przepustki. A jeśli przepustka jest wymagana niezależnie od tego, czy treść studiów rzeczywiście przydaje się w danym zawodzie, nic dziwnego, że część osób zaczyna traktować pracę dyplomową jak przeszkodę administracyjną.
To nie jest dobry sygnał.
Jeżeli student przez pięć lat zdobywa określone kompetencje, a na końcu uważa, że jedynym problemem stojącym między nim a zawodem jest „te kilkadziesiąt stron, które ktoś mógłby za niego napisać”, warto zapytać, dlaczego doszło do takiej sytuacji.
Może wymagania są źle skonstruowane.
Może student został wcześniej źle przygotowany.
Może promotor nie potrafił go poprowadzić.
Może sam student przez całe studia unikał rozwijania umiejętności, które teraz okazują się potrzebne.
Najczęściej nie istnieje jedna odpowiedź.
Dlatego nie przekonuje mnie ani skrajność „każdy student musi samodzielnie umieć napisać sześćdziesiąt stron doskonałej polszczyzny”, ani przeciwna: „skoro ktoś jest dobrym specjalistą, może zlecić napisanie pracy komuś innemu”.
Pomiędzy nimi znajduje się ogromna przestrzeń.
Można uczyć pisania.
Można pomagać w planowaniu.
Można konsultować metodologię.
Można poprawiać tekst.
Można korzystać z technologii wspomagających redakcję.
Można zmieniać formę pracy dyplomowej.
Można dostosować wymagania do charakteru dyscypliny.
Można także lepiej wspierać osoby, które mają świetne zdolności specjalistyczne, ale większe trudności językowe.
To wszystko da się zrobić bez udawania autorstwa czegoś, czego się nie napisało.
Technologia dodatkowo komplikuje cały problem. Dziś człowiek coraz rzadziej tworzy tekst w całkowitej izolacji. Korzysta ze sprawdzania pisowni, słowników, programów bibliograficznych, translatorów, narzędzi pomagających redagować zdania, a coraz częściej również systemów wykorzystujących sztuczną inteligencję.
Nie da się więc już sensownie sprowadzić samodzielności do zasady: „student i pusty dokument, bez żadnego wsparcia”.
Znacznie ważniejsze staje się pytanie, kto podejmuje decyzje intelektualne.
Kto wybrał problem?
Kto przeczytał źródła?
Kto rozumie argumentację?
Kto zaplanował badanie?
Kto interpretuje dane?
Kto potrafi obronić wnioski?
Jeżeli odpowiedź brzmi „student”, narzędzia pomagające mu lepiej zapisać własną myśl nie muszą odbierać pracy samodzielnego charakteru, o ile ich użycie mieści się w zasadach przyjętych przez uczelnię.
Jeśli natomiast student nie wie nawet, co właściwie znajduje się w jego pracy, sprawa wygląda zupełnie inaczej.
I chyba właśnie w tym kierunku powinno zmierzać myślenie o przyszłości prac dyplomowych. Mniej fetyszyzowania samego tekstu, więcej sprawdzania rzeczywistych kompetencji. Mniej rytuałów, więcej odpowiedzi na pytanie, czego absolwent rzeczywiście powinien umieć.
Być może za jakiś czas część tradycyjnych prac magisterskich rzeczywiście zniknie. Zastąpią je projekty, raporty, portfolio, badania, prototypy i obrony praktycznych rozwiązań.
Nie byłaby to żadna tragedia.
Jeśli nowa forma lepiej pokaże, czego student nauczył się podczas studiów, może być wręcz rozwiązaniem rozsądniejszym.
Bo nie każdy musi być pisarzem.
Nie każdy musi być również magistrem.
Ale jeśli już ktoś otrzymuje tytuł magistra, dobrze byłoby, żeby ten tytuł rzeczywiście potwierdzał jego własne kompetencje, a nie cudzą umiejętność napisania tekstu.