Rola promotora

5/5 - (1 vote)

To temat dość wrażliwy, bo co innego teoria, ideały, a co innego rzeczywistość. Jak trafisz na ambitnych i chłonnych wiedzy studentów, to możesz realizować ideały. A jak trafisz na studentów, którym zależy tylko na papierku i w dodatku jeszcze to jełopy, to te swoje ideały możesz schować do kieszeni. Musisz wtedy przygotować listę tematów, z których jełopy sobie coś wybiorą… Drugim z moich wytłumaczeń dlaczego niektórzy promotorzy uparcie nazywają plan pracy spisem treści (pierwsze wytłumaczenie, to to, że są idiotami) jest takie, że łatwiej jest jełopom, którzy się im trafią wytłumaczyć, co ci mają przygotować. Książki mają spis treści, więc taki jełop może sobie wyobrazić o co chodzi, a planu pewnie w życiu na oczy nie widział, a jak widział, to nie pamięta. Jak nie możesz realizować ideałów, to lepiej się wtedy posługuj dość prostym językiem, tak, jakbyś rozmawiał z dzieckiem. A i tak może być problem. Bez zdolności pedagogicznych jełopom może być trudno wytłumaczyć nawet różnicę między ibidem, a op. cit. Spuśćmy kurtynę milczenia. Jaka powinna być rola promotora, gdy trafią mu się ambitni i chłonni wiedzy studenci? O tym w którymś z kolejnych wpisów.


Aktualizacja 2025

Rola promotora to temat wyjątkowo wrażliwy, bo w tym przypadku rozdźwięk między teorią a praktyką jest szczególnie duży. W oficjalnych opisach, regulaminach studiów i akademickich deklaracjach promotor jawi się jako przewodnik intelektualny, mentor, partner w dyskusji naukowej i osoba wspierająca rozwój studenta. W rzeczywistości bardzo często wygląda to zupełnie inaczej, a zakres tej różnicy zależy nie tyle od samego promotora, ile od materiału, z jakim musi on pracować. Innymi słowy: wszystko rozbija się o studentów, którzy mu się trafią.

Jeżeli promotor ma szczęście i trafia na studentów ambitnych, samodzielnych i faktycznie zainteresowanych tematem, wówczas może próbować realizować swoje ideały. Może dyskutować, zadawać pytania, wymagać czytania literatury, poprawiać sposób myślenia, a nie tylko błędy formalne. W takim układzie praca dyplomowa ma szansę stać się rzeczywistym ćwiczeniem intelektualnym, a relacja promotor–student może przypominać to, co opisują podręczniki akademickiej dydaktyki. Problem w tym, że taki układ zdarza się rzadko i raczej incydentalnie.

Znacznie częściej promotor trafia na studentów, którym zależy wyłącznie na „papierku”. Dyplom jest dla nich celem samym w sobie, a praca dyplomowa jedynie przeszkodą do usunięcia z drogi. Co gorsza, bardzo często idzie to w parze z brakami intelektualnymi, niską kulturą akademicką i kompletnym brakiem ciekawości poznawczej. W takiej sytuacji wszelkie ideały można spokojnie schować do kieszeni. Nie ma sensu mówić o rozwoju naukowym, skoro podstawowym problemem jest zrozumienie polecenia.

Wtedy rola promotora ulega brutalnemu uproszczeniu. Z mentora staje się on zarządcą procesu, którego jedynym celem jest doprowadzenie studenta do obrony przy minimalnych stratach czasu i energii. Trzeba przygotować listę tematów, z których student sobie coś wybierze, najlepiej bez większego zastanawiania się. Tematy muszą być na tyle ogólne, żeby dało się pod nie podciągnąć dowolną treść, i na tyle proste, żeby student nie musiał podejmować samodzielnych decyzji. Wybór tematu nie jest wtedy aktem zainteresowania, tylko formalnością.

W tym kontekście pojawia się kwestia planu pracy, a właściwie jego specyficznej interpretacji przez niektórych promotorów. Jednym z powodów, dla których uparcie nazywają oni plan pracy spisem treści, jest chęć maksymalnego uproszczenia komunikacji. Pierwszym powodem, jak już wspomniałem wcześniej, może być zwyczajna ignorancja. Drugim jednak jest czysta pragmatyka. Książki mają spis treści, więc nawet student o ograniczonych możliwościach intelektualnych jest w stanie wyobrazić sobie, o co chodzi. Plan pracy jest pojęciem abstrakcyjnym, którego taki student mógł nigdy nie widzieć, a jeśli nawet widział, to nie pamięta.

Promotor, który nie może liczyć na minimalną samodzielność studenta, musi posługiwać się językiem maksymalnie uproszczonym. Często przypomina to rozmowę z dzieckiem, a nie relację akademicką. Zamiast mówić o strukturze argumentacji, mówi się o „rozdziale pierwszym, drugim i trzecim”. Zamiast dyskusji o metodologii, pojawia się hasło „opiszesz to, co zrobiłeś”. Zamiast wymagań, są instrukcje krok po kroku. I nawet to bywa niewystarczające.

Brak zdolności pedagogicznych w takiej sytuacji bywa zabójczy. Wytłumaczenie studentowi różnicy między „ibidem” a „op. cit.” potrafi przerastać jego możliwości poznawcze, mimo że są to elementarne kwestie warsztatu naukowego. Próby wyjaśnienia kończą się frustracją po obu stronach. Student nie rozumie, o co chodzi, promotor nie rozumie, jak można tego nie rozumieć. W pewnym momencie wszyscy dochodzą do wniosku, że najlepiej spuścić na to zasłonę milczenia i skupić się na tym, żeby praca „jakoś wyglądała”.

W takich warunkach promotor przestaje być strażnikiem jakości, a zaczyna pełnić rolę filtra formalnego. Sprawdza, czy są przypisy, czy jest odpowiednia liczba stron, czy zgadza się układ rozdziałów. Merytoryczna zawartość schodzi na dalszy plan, bo jej egzekwowanie wymagałoby energii, której nikt nie chce już inwestować. Promotor wie, że student i tak niczego istotnego się nie nauczy, student wie, że promotor i tak go przepchnie, byle tylko mieć sprawę z głowy.

Nie oznacza to oczywiście, że wszyscy promotorzy działają w złej wierze. Wielu z nich po prostu dostosowuje się do realiów. Mają po kilkanaście, kilkadziesiąt prac pod opieką, obowiązki dydaktyczne, badawcze i administracyjne. W takich warunkach idealizm szybko ustępuje miejsca rutynie. System nie premiuje jakości opieki promotorskiej, lecz liczbę „wypromowanych” studentów. Trudno więc oczekiwać heroizmu tam, gdzie strukturalnie nie ma na niego miejsca.

Rola promotora w praktyce bardzo często polega więc na minimalizowaniu ryzyka. Ryzyka konfliktu ze studentem, ryzyka opóźnień, ryzyka problemów formalnych. Plan pracy w tej logice nie jest narzędziem intelektualnym, lecz checklistą. Spis treści ma być prosty, przewidywalny i możliwy do zrealizowania nawet przez kogoś, kto nie do końca rozumie, co pisze. Im mniej miejsca na interpretację, tym mniejsze prawdopodobieństwo problemów.

Warto też zauważyć, że ta sytuacja ma charakter samonapędzający się. Studenci przyzwyczajają się do niskich wymagań i traktują je jako normę. Promotorzy, widząc poziom studentów, jeszcze bardziej obniżają poprzeczkę. W efekcie całe środowisko akademickie funkcjonuje na poziomie znacznie niższym niż deklarowany. Oficjalnie mówi się o misji uniwersytetu, krytycznym myśleniu i rozwoju nauki, a nieoficjalnie chodzi o to, żeby „to się jakoś domknęło”.

Dlatego rozmowa o roli promotora bez uwzględnienia jakości studentów jest rozmową abstrakcyjną. Nie da się realizować ideałów w warunkach, które im nie sprzyjają. Nie da się wymagać od promotora cudów, jeśli systemowo nie ma na to przestrzeni. W praktyce promotor balansuje między tym, co chciałby robić, a tym, co musi robić, żeby przetrwać w ramach istniejących ograniczeń.

Na tym etapie warto jednak spuścić kurtynę milczenia. Opis roli promotora w sytuacji, gdy trafiają mu się ambitni i chłonni wiedzy studenci, wymaga zupełnie innego tonu i innej perspektywy. To temat, który zasługuje na osobny tekst, bo dotyczy tego, jak ta relacja mogłaby wyglądać, gdyby warunki były sprzyjające. O tym jednak w jednym z kolejnych wpisów.