Często różni ludzie pytają mnie „czy to nie jest plagiat” mając na myśli jakąś pracę, która jest dostępna w Internecie. Pytają o pracę, która w tym wypadku, oczywiście (bo nie byłoby o czym pisać), nie jest plagiatem. Wyjaśniam im, że to w żadnym wypadku nie jest plagiat, jest to praca napisana od podstaw, napisana od A do Z samodzielnie, znikąd nie kopiowana.
Zadowoleni, nie chcieliby już więcej słuchać, co mam im do powiedzenia, ale, niestety, to nie jest koniec moich wyjaśnień. Muszą się jeszcze dowiedzieć o tym, że jak będą chcieli się pod tą pracą podpisać swoim nazwiskiem, to właśnie zrobią plagiat, to właśnie będzie plagiat, popełnią przestępstwo.
Mina im rzednie, a niektórzy do końca nie rozumieją o co chodzi. Otóż Panie i Panowie, w polskim prawie plagiat to czyn, a nie praca. Do więzienia (o ile, oczywiście, sąd w tej sprawie będzie tak surowy) nie trafia się za posiadanie pracy – plagiatu, ale za jego zrobienie.
Kupiliście Państwo „pracę napisaną od podstaw, napisaną od A do Z samodzielnie, znikąd nie skopiowaną…”, ale podpisując się swoim nazwiskiem pod tą pracą nie będącą plagiatem właśnie zrobiliście plagiat.
Aktualizacja 2026
Wokół plagiatu narosło zresztą mnóstwo nieporozumień. Jedno z najczęstszych polega na utożsamianiu plagiatu z podobieństwem tekstu. Student widzi, że jego zdanie przypomina zdanie znajdujące się w jakiejś książce i natychmiast wpada w panikę. Albo odwrotnie – przepuszcza pracę przez jakiś internetowy program, otrzymuje niski procent podobieństwa i triumfalnie oznajmia: „czyli plagiatu nie ma”.
Ani jedno, ani drugie rozumowanie nie jest szczególnie rozsądne.
Wyobraźmy sobie bardzo prostą sytuację. Student pisze pracę o bezrobociu i używa zdania, że bezrobocie jest jednym z podstawowych problemów społeczno-ekonomicznych współczesnych gospodarek. Prawdopodobnie tysiące autorów napisało kiedyś zdanie bardzo podobne. Trudno oczekiwać, aby każdy student wymyślał zupełnie nową konstrukcję językową dla stwierdzeń należących do elementarnego opisu zagadnienia.
Problem pojawia się gdzie indziej.
Jeżeli student bierze z książki kilka kolejnych zdań, zachowuje ich konstrukcję, kolejność argumentów i charakterystyczne sformułowania, a następnie przedstawia je jako własny tekst, sytuacja wygląda już zupełnie inaczej. Jeszcze bardziej oczywisty przypadek mamy wtedy, gdy kopiuje cały akapit i nie oznacza go jako cytatu ani nie wskazuje autora.
Ale istnieje także bardziej subtelna odmiana takiego postępowania.
Student kopiuje akapit, a potem zaczyna „przerabiać”. Słowo „istotny” zamienia na „ważny”, „przedsiębiorstwo” na „firmę”, zmienia kolejność dwóch zdań i jest przekonany, że właśnie dokonał parafrazy.
Nie dokonał.
Dokonał kosmetycznej przeróbki cudzego tekstu.
Parafrazowanie nie oznacza zastępowania wyrazów synonimami. Trzeba najpierw zrozumieć myśl autora, a następnie przedstawić ją własnymi słowami i we własnej konstrukcji wywodu. I nawet wtedy, jeśli wykorzystujemy cudzą koncepcję, dane, klasyfikację albo istotny pogląd, powinniśmy wskazać źródło.
Przypis nie jest karą za korzystanie z cudzej wiedzy.
Wręcz przeciwnie.
Przypis pokazuje, że autor wie, skąd pochodzi dana informacja, potrafi korzystać z literatury i uczciwie odróżnia cudze ustalenia od własnych. Praca bez przypisów nie staje się bardziej samodzielna. Bardzo często staje się tylko mniej wiarygodna.
To kolejny paradoks, którego część studentów długo nie rozumie. Obawiają się, że jeśli na stronie znajdą się trzy przypisy, promotor uzna, że „wszystko jest przepisane”. W efekcie usuwają odwołania do źródeł, zostawiając cudze poglądy przedstawione jako własne.
Czyli robią dokładnie odwrotnie, niż należałoby zrobić.
Praca naukowa z natury rzeczy powstaje na podstawie tego, co napisali inni. Nie odkrywamy samodzielnie definicji inflacji, zarządzania, motywacji, prawa administracyjnego czy kultury organizacyjnej. Korzystamy z istniejącego dorobku, ale robimy to jawnie. Pokazujemy: tę koncepcję zaproponował ten autor, te dane pochodzą z takiego raportu, tę klasyfikację zaczerpnięto z określonej publikacji.
Dopiero na tym fundamencie budujemy własną analizę.
Nie trzeba więc bać się cytowania. Trzeba nauczyć się cytować rozsądnie.
Bo oczywiście można przesadzić również w drugą stronę. Praca, w której niemal każda strona składa się z kilku długich cytatów, też nie jest dobrym rozwiązaniem. Student powinien pokazać, że potrafi samodzielnie opracować przeczytany materiał, a nie tylko zestawić ze sobą fragmenty cudzych książek.
Cytat jest potrzebny przede wszystkim wtedy, gdy ważne jest dokładne brzmienie wypowiedzi. Może chodzić o definicję, przepis, charakterystyczne stanowisko autora albo fragment, którego sens mógłby zostać zniekształcony przy parafrazie. W pozostałych przypadkach znacznie częściej warto przedstawić treść własnymi słowami i wskazać jej źródło.
I tu dochodzimy do kolejnego nieporozumienia: „Skoro napisałem własnymi słowami, nie muszę dawać przypisu”.
Niekoniecznie.
Jeżeli własnymi słowami opisujemy cudzą koncepcję, nadal korzystamy z cudzej koncepcji. Jeśli przepisujemy własnymi słowami wyniki badań innego autora, nadal są to jego wyniki. Jeśli opisujemy klasyfikację stworzoną przez kogoś innego, samo przestawienie zdań nie czyni nas twórcą tej klasyfikacji.
Źródło wskazujemy więc nie tylko przy dosłownych cytatach.
To bardzo ważne, bo właśnie tutaj powstaje wiele nieświadomych problemów.
Student czyta kilka stron książki, zamyka ją i zaczyna pisać „z pamięci”. Jest przekonany, że tekst jest jego, bo nie przepisywał zdań. Problem w tym, że układ argumentów, definicje i główne tezy pochodzą z przeczytanej przed chwilą publikacji.
W takiej sytuacji również należy pamiętać o źródle.
Najprostsza metoda jest banalna: podczas robienia notatek zawsze zapisuj, skąd pochodzi informacja.
Nie: „motywacja – ważne, str. 52”.
Tylko: autor, tytuł, rok, strona i krótka notatka, czego dotyczy fragment.
Po kilku tygodniach naprawdę nie będziesz pamiętać, czy piękne zdanie znajdujące się w twoich notatkach wymyśliłeś sam, czy przepisałeś je z książki.
A takie sytuacje zdarzają się częściej, niż mogłoby się wydawać.
Jeszcze większy bałagan robi metoda „najpierw napiszę, potem dodam przypisy”. Student tworzy dwadzieścia stron na podstawie kilku książek, odkłada je na bok, a miesiąc później próbuje ustalić, skąd właściwie pochodzi każda informacja.
To jest proszenie się o kłopoty.
Przypisy najlepiej robić od razu.
Nie później.
Nie „jak skończę rozdział”.
Nie „przed oddaniem promotorowi”.
Od razu.
Jeżeli wykorzystujesz źródło, zapisujesz źródło. Ta minuta oszczędza później pół godziny szukania jednego zdania w dwustustronicowej książce.
Wróćmy jednak do pracy napisanej przez kogoś innego.
Tu również często spotykam bardzo osobliwe rozumowanie: „Ale przecież tekst jest nowy, nigdzie wcześniej niepublikowany, więc program antyplagiatowy niczego nie znajdzie”.
I co z tego?
Problemem nie jest wyłącznie to, czy komputer znajdzie podobny tekst.
Problemem jest to, kto wykonał pracę.
Praca dyplomowa ma przedstawiać wiedzę i umiejętności konkretnego studenta. Jeśli ktoś inny wykonuje zasadniczą pracę intelektualną, a student przedstawia jej rezultat jako własny, nie rozwiązuje problemu fakt, że tekst powstał specjalnie dla niego i wcześniej nie znajdował się w żadnej bazie.
Można zresztą wyobrazić sobie tekst, który nie zawiera ani jednego zdania skopiowanego z Internetu, a mimo to jego przedstawienie przez inną osobę jako własnej pracy będzie problemem związanym z autorstwem.
I odwrotnie: można mieć pracę zawierającą liczne podobieństwa do innych tekstów, która została napisana całkowicie uczciwie.
Jak to możliwe?
Bardzo prosto.
W pracy prawniczej mogą występować identycznie brzmiące nazwy ustaw i przytaczane przepisy. W pracy ekonomicznej będą powtarzać się nazwy wskaźników, instytucji i standardowe definicje. W metodologii badań wiele prac może zawierać podobne sformułowania opisujące ankietę, próbę czy zastosowaną metodę.
Podobieństwo nie odpowiada samo w sobie na pytanie o autorstwo.
Dlatego obsesja na punkcie jednego procentowego wyniku jest niezbyt rozsądna.
Studenci potrafią czasami wykonywać absurdalne operacje tylko po to, aby „obniżyć procent”. Zmieniają poprawne zdania na gorsze, zastępują normalne słowa dziwnymi synonimami, komplikują definicje i przerabiają fragmenty, które były prawidłowo oznaczonymi cytatami.
Rezultat?
Tekst jest gorszy językowo, ale za to autor jest szczęśliwy, bo jakaś liczba na ekranie spadła.
Nie o to chodzi.
Najlepszą metodą „antyplagiatową” nie jest kombinowanie z tekstem. Jest nią uczciwe pisanie pracy.
Czytasz źródło.
Rozumiesz je.
Robisz notatkę.
Piszesz własny fragment.
Wskazujesz, skąd pochodzi wykorzystana wiedza.
Jeśli przytaczasz dokładne słowa – zaznaczasz cytat.
Naprawdę nie potrzeba tutaj żadnej magii.
Problemy zaczynają się zazwyczaj wtedy, gdy student próbuje iść na skróty.
Kopiuje fragment do dokumentu „tylko na chwilę”, żeby później go przerobić.
Po tygodniu zapomina, że fragment był skopiowany.
Albo miesza swoje notatki z dosłownymi wypisami z książek.
Albo pobiera kilka prac dyplomowych i zaczyna „inspirować się” ich rozdziałami tak mocno, że zachowuje dokładnie tę samą konstrukcję, kolejność argumentów i przykłady.
Dlatego materiały robocze dobrze jest oznaczać bardzo wyraźnie.
Jeśli coś zostało przepisane dosłownie, można od razu umieścić to w cudzysłowie w notatkach. Jeśli zapisujemy własne streszczenie, oznaczmy źródło. Jeśli mamy własny pomysł, również możemy zaznaczyć, że to nasza uwaga.
Po kilku miesiącach takie drobiazgi robią ogromną różnicę.
Osobną kwestią jest korzystanie z cudzych prac dyplomowych.
Można je czytać.
Można zobaczyć, jak ktoś uporządkował temat.
Można sprawdzić bibliografię i na jej podstawie dotrzeć do ciekawych książek czy artykułów.
Ale cudza praca nie powinna stać się matrycą, którą wypełniamy innymi słowami.
Jeżeli ktoś napisał pracę o motywowaniu pracowników banku, a my piszemy o motywowaniu pracowników firmy ubezpieczeniowej, nie wystarczy wziąć jego trzech rozdziałów, zachować wszystkie podrozdziały i stopniowo wymieniać przykłady.
Najlepiej potraktować znalezioną pracę tak jak każde inne źródło pomocnicze: przeczytać, wyciągnąć to, co przydatne, a następnie wrócić do własnego problemu i zbudować własną konstrukcję.
Trzeba również uważać na coś, co potocznie określa się jako autoplagiat.
Student może pomyśleć: „przecież ten tekst jest mój, więc mogę zrobić z nim, co chcę”. I kopiuje kilkanaście stron swojej wcześniejszej pracy zaliczeniowej albo licencjackiej do magisterskiej.
Tylko że nowa praca ma być nowym samodzielnym opracowaniem.
Jeśli chcemy wykorzystać wcześniejsze własne ustalenia, należy robić to świadomie i zgodnie z zasadami obowiązującymi na uczelni. Nie należy traktować starego tekstu jak magazynu gotowych akapitów, które można bez ograniczeń przeklejać do kolejnych opracowań.
Szczególnie niebezpieczne jest przekonanie, że skoro jestem autorem wcześniejszego tekstu, to system na pewno nie będzie miał zastrzeżeń.
System może znaleźć podobieństwo.
A nawet gdyby nie znalazł, nadal pozostaje pytanie o samodzielność nowego opracowania.
W epoce łatwego dostępu do ogromnej liczby tekstów problem stał się zresztą jeszcze bardziej skomplikowany. Kopiowanie wymaga dziś dwóch kliknięć. Dawniej student, chcąc przepisać dwie strony książki, musiał przynajmniej fizycznie je przepisać. Dziś można w kilka minut zbudować dokument z fragmentów kilkunastu stron internetowych.
Technologia skróciła operację kopiowania.
Nie zmieniła zasad autorstwa.
Dlatego warto wyrobić sobie jeden nawyk: nie wklejać do właściwego tekstu pracy cudzych fragmentów bez natychmiastowego oznaczenia ich jako takich.
Jeśli kopiujemy cytat do późniejszego wykorzystania, od razu dodajmy cudzysłów i źródło.
Nigdy „uzupełnię później”.
„Później” jest jednym z największych wrogów poprawnych przypisów.
Na końcu warto rozprawić się jeszcze z jednym przekonaniem: „Przecież wszyscy tak robią”.
Nie wszyscy.
A nawet gdyby wszyscy robili coś źle, trudno uznać to za sensowny argument.
Praca dyplomowa ma pokazać między innymi, że potrafimy korzystać z cudzej wiedzy bez przypisywania jej sobie. To jedna z podstawowych umiejętności akademickich. Nie jest szczególnie skomplikowana, ale wymaga systematyczności.
Jeśli jakiś pogląd nie jest twój – pokaż, skąd go wziąłeś.
Jeśli przytaczasz czyjeś słowa – zaznacz, że są cudze.
Jeśli sam przeprowadziłeś analizę – pokaż własne wyniki.
Jeśli czegoś nie wiesz – znajdź wiarygodne źródło.
Wtedy kwestia plagiatu przestaje wyglądać jak tajemnicza pułapka zastawiona na studentów.
Problem najczęściej nie polega bowiem na tym, że student przypadkiem użyje kilku podobnych słów jak ktoś inny. Problem zaczyna się wtedy, gdy zaciera granicę między tym, co zrobił sam, a tym, co zrobił ktoś inny.
A ta granica w dobrze napisanej pracy powinna być bardzo wyraźna.