Przestarzały sposób umieszczania przypisów w tekście, który o dziwo staje się coraz popularniejszy w polskich uczelniach. Piszę te słowa 16 stycznia 2012 roku i mam nadzieję, że to chwilowa popularność i że wydźwięk moich następnych słów już za chwilę, już za momencik nie będzie aktualny. Przypisy harwardzkie powinny odchodzić do lamusa, gdyż jest to stara, przedkomputerowa metoda – gdy prace, artykuły pisało się maszyną do pisania, a całą bibliografię miało się na kartce obok – wtedy to miało sens, łatwiej było zrobić taki przypis niż przypis dolny. Dzisiaj jednak dużo więcej czasu zajmuje robienie przypisów w tekście, a szczególnie sporządzanie do nich bibliografii w trakcie pisania. Niestety, niektóre uczelnie wymuszają na studentach zajmowanie się tą „administracją” pracy, a nie samym pisaniem.
To, że zamiast wykorzystywać możliwości współczesnych komputerów cofamy się w rozwoju świadczy również o jakości naszego szkolnictwa. Niektórzy „akademicy” idioci wręcz twierdzą, że przypisy harvardzkie są lepsze niż przypisy dolne. Bzdura. Tak, jak już wcześniej pisałem – dobra praca powinna być przyjazna dla czytelnika – a jeśli chodzi o przyjazność dla czytelników nie ma nic lepszego niż przypisy dolne. Gdy jest odwołanie, to wystarczy zwrócić wzrok na dół strony i wszystko jasne. Nie trzeba szukać odpowiedniej strony, przewracać kartek, wybijać się z rytmu czytania. Tylko zidiociałe umysły potrafią zmienić dobrodziejstwo przypisów dolnych na archaiczne przypisy harvardzkie. Tak właśnie wygląda polskie szkolnictwo wyższe – pełno tam zidiociałych umysłów przeciwstawiający się postępowi, hołdujących temu, co przestarzałe.
Aktualizacja 2026
Trzeba jednak oddzielić dwie rzeczy: osobiste preferencje dotyczące wygody czytania od tego, czy sam system harwardzki jest poprawnym sposobem dokumentowania źródeł. Jest poprawnym. Co więcej, jest szeroko stosowany w publikacjach naukowych i posiada pewne zalety, których nie mają klasyczne przypisy dolne. Można go nie lubić, można uważać, że gorzej się go czyta, ale trudno sprowadzać całą sprawę wyłącznie do sporu między rozwiązaniem „nowoczesnym” i „archaicznym”.
W systemie harwardzkim podstawowa zasada jest bardzo prosta. Zamiast numeru przypisu prowadzącego na dół strony wstawiamy bezpośrednio w tekście nazwisko autora i rok publikacji, a w przypadku cytatu lub dokładnego odwołania również numer strony. Może więc pojawić się zapis w rodzaju: (Kowalski 2020, s. 45). Pełne dane publikacji znajdują się dopiero w bibliografii.
I właśnie tutaj leży zarówno największa wada, jak i największa zaleta tego rozwiązania.
Wada jest oczywista: tekst zostaje poprzeplatany nawiasami. Jeśli w jednym akapicie pojawia się kilka źródeł, może wyglądać to mniej więcej tak: jedna teza (Kowalski 2020, s. 45), druga (Nowak 2019, s. 31), trzecia (Wiśniewski 2021, s. 112). Czyta się to inaczej niż tekst z niewielkimi numerami przypisów umieszczonymi przy zdaniach. Zwłaszcza osobie przyzwyczajonej do klasycznych przypisów może przeszkadzać ciągłe przerywanie zdania informacją bibliograficzną.
Zaletą jest natomiast natychmiastowa informacja o autorze i dacie publikacji. Czytelnik od razu widzi, na czyich badaniach opiera się dane stwierdzenie i czy korzystamy z publikacji wydanej trzy lata temu, czy czterdzieści lat temu. W części dyscyplin ma to duże znaczenie.
Jeśli czytamy pracę z ekonomii, psychologii, zarządzania czy socjologii i orientujemy się w literaturze przedmiotu, samo nazwisko autora może nam już bardzo dużo powiedzieć. Nie trzeba wtedy spoglądać na dół strony, aby sprawdzić, kogo student właśnie przywołuje.
Dlatego spór o to, który system jest „lepszy”, nie jest tak prosty, jak może się na początku wydawać.
System harwardzki sprawdza się szczególnie dobrze w pracach, w których dominują odwołania do literatury naukowej. Nieco mniej wygodny może być natomiast tam, gdzie przypisy pełnią również funkcję objaśniającą. W przypisie dolnym możemy przecież umieścić dodatkowy komentarz, wyjaśnić poboczną kwestię, wskazać inne stanowisko albo odesłać czytelnika do dodatkowych materiałów bez rozbijania głównego toku tekstu.
Przypis dolny jest więc często czymś więcej niż informacją „autor, tytuł, strona”.
I właśnie z tego powodu w pracach historycznych, prawniczych czy humanistycznych tradycyjne przypisy potrafią być wyjątkowo użyteczne. Można dzięki nim prowadzić drugi, poboczny poziom narracji. Czytelnik zainteresowany szczegółem zagląda do przypisu, a pozostali spokojnie czytają dalej.
W systemie autor–data takich możliwości jest mniej. Oczywiście nadal można stosować przypisy objaśniające, ale podstawowe odwołania bibliograficzne są umieszczone w tekście.
Z punktu widzenia studenta najważniejszy jest jednak zupełnie inny problem: nie warto prowadzić wojny z systemem wymaganym przez uczelnię.
Jeżeli w instrukcji pisania pracy zapisano, że należy stosować system harwardzki, to stosujemy system harwardzki.
Możemy uważać, że przypisy dolne byłyby piękniejsze, bardziej przejrzyste i bardziej eleganckie. Możemy napisać na ten temat manifest. Nie zmienia to faktu, że w konkretnej pracy dyplomowej obowiązują określone wymagania.
Najgorszym możliwym rozwiązaniem jest zastosowanie własnej mieszanki.
Trochę przypisów dolnych.
Trochę nawiasów.
W jednym rozdziale nazwisko i rok.
W drugim pełny opis bibliograficzny.
W trzecim jeszcze jakiś system wymyślony samodzielnie.
Tego należy unikać bez względu na osobiste preferencje.
System harwardzki jest łatwy dopiero wtedy, gdy od początku stosujemy go konsekwentnie.
Jeżeli zaczynamy pisać pracę i przy każdym wykorzystanym źródle od razu zapisujemy autora, rok oraz odpowiednią stronę, nie ma większego problemu. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy ktoś przez trzydzieści stron zapisuje tylko „Kowalski”, później odkrywa, że w bibliografii ma trzy publikacje Kowalskiego i nie pamięta już, z której korzystał.
Dlatego w systemie harwardzkim porządek w bibliografii jest szczególnie ważny.
W klasycznych przypisach dolnych część informacji bibliograficznych znajduje się już przy samym tekście. W systemie autor–data odwołanie jest skrótowe, więc pełne dane muszą być bezbłędnie połączone z odpowiednią pozycją końcowej bibliografii.
To prowadzi do bardzo ważnej kontroli, którą trzeba przeprowadzić przed oddaniem pracy.
Każde odwołanie znajdujące się w tekście powinno odpowiadać pozycji występującej w bibliografii.
I odwrotnie: pozycje umieszczone w bibliografii powinny zasadniczo rzeczywiście być wykorzystane w pracy, jeśli przyjęte na uczelni zasady zakładają bibliografię cytowanych źródeł.
Brzmi prosto.
W praktyce łatwo o pomyłkę.
Student usuwa cały akapit wraz z odwołaniem do Nowaka, ale Nowak pozostaje w bibliografii. Albo dopisuje na ostatnim etapie publikację Wiśniewskiego, wstawia odwołanie do tekstu i zapomina uzupełnić bibliografię.
Przy pięciu źródłach można to sprawdzić wzrokiem.
Przy siedemdziesięciu zaczyna się problem.
Dlatego właśnie współczesne programy do zarządzania bibliografią potrafią w systemie harwardzkim bardzo ułatwić życie. Można przechowywać w nich dane publikacji i automatycznie wstawiać odwołania, a bibliografia tworzy się na ich podstawie. Wówczas argument, że wszystko trzeba mozolnie wpisywać ręcznie, przestaje być tak mocny.
Ale automat nie zwalnia z myślenia.
Program może poprawnie wygenerować zapis tylko wtedy, gdy poprawnie wprowadzimy dane. Jeśli pomylimy autora, rok, tytuł albo typ publikacji, komputer bardzo sprawnie wygeneruje błędny przypis.
To ogólna zasada pracy z narzędziami komputerowymi: program nie wie, że wpisaliśmy głupotę. Potrafi ją natomiast bardzo elegancko sformatować.
Warto więc rozumieć podstawowe reguły nawet wtedy, gdy większość pracy wykonuje menedżer bibliografii.
Najprostszy przypadek to publikacja jednego autora:
(Kowalski 2020, s. 15).
Jeśli odwołujemy się ogólnie do publikacji, bez wskazywania konkretnego fragmentu, zasady konkretnego wariantu systemu mogą pozwalać na zapis bez numeru strony:
(Kowalski 2020).
Jeśli nazwisko autora pojawia się już w zdaniu, nie ma sensu powtarzać go w nawiasie:
Jak wskazuje Kowalski (2020, s. 15), …
To zwykle wygląda znacznie lepiej i ogranicza liczbę nawiasów w tekście.
Przy dwóch autorach podaje się oba nazwiska zgodnie ze standardem wymaganym przez uczelnię. Przy większej liczbie autorów często stosuje się skrócenie typu „i in.” albo odpowiednik przyjęty w konkretnym stylu bibliograficznym. I właśnie tutaj trzeba uważać: „system harwardzki” nie oznacza zawsze jednego identycznego zestawu znaków i zasad.
Istnieją różne jego odmiany.
Jedna uczelnia może wymagać przecinka między nazwiskiem i rokiem, druga nie. Jedna może stosować skrót „s.” przed numerem strony, inna oczekiwać samego numeru. Jeszcze inaczej mogą wyglądać zasady dotyczące kilku autorów.
Nie należy więc brać pierwszego wzoru znalezionego w Internecie i zakładać, że właśnie tak musi wyglądać przypis harwardzki wszędzie.
Należy sprawdzić instrukcję własnej uczelni.
Ta zasada jest chyba ważniejsza niż wszystkie pozostałe szczegóły razem wzięte.
Problem pojawia się również wtedy, gdy mamy dwie publikacje tego samego autora wydane w tym samym roku.
Samo „Kowalski 2020” nie pozwala wtedy stwierdzić, o którą chodzi.
Stosuje się więc dodatkowe oznaczenia literowe:
Kowalski 2020a,
Kowalski 2020b.
Te same litery muszą oczywiście pojawić się w bibliografii.
Nie można w tekście mieć 2020a, a w bibliografii obu publikacji opisanych zwyczajnie jako 2020. System straciłby wówczas sens.
Jeszcze inna sytuacja występuje przy autorach o tym samym nazwisku. W zależności od przyjętych zasad może być konieczne użycie inicjału imienia, aby uniknąć niejednoznaczności. To są właśnie drobiazgi, które na początku wydają się irytującą „administracją”, ale mają bardzo konkretną funkcję: czytelnik musi jednoznacznie wiedzieć, do którego źródła został odesłany.
Więcej problemów sprawiają materiały internetowe.
Student znajduje stronę instytucji, raport albo artykuł bez wyraźnie wskazanego autora i nagle jego prosty schemat „nazwisko–rok” przestaje działać.
Nie należy wówczas wymyślać autora.
Jeśli autorem materiału jest instytucja, można – zgodnie z przyjętym stylem – potraktować ją jako autora instytucjonalnego. Jeśli dokument nie ma daty, stosuje się sposób przewidziany w danym standardzie dla publikacji niedatowanych.
Znów: nie zgadujemy.
Sprawdzamy wytyczne.
Podobnie z aktami prawnymi, raportami, normami, dokumentami urzędowymi i materiałami statystycznymi. W niektórych pracach właśnie takie źródła stanowią znaczną część materiału i klasyczny model „Kowalski 2019” zaczyna być niewystarczający.
Dlatego student piszący pracę z prawa czy administracji powinien szczególnie dokładnie sprawdzić, jak jego uczelnia każe dokumentować tego typu materiały w systemie autor–data.
Warto także pamiętać o stronach.
Jeżeli przytaczamy dokładny cytat, wskazanie miejsca, z którego pochodzi, jest szczególnie istotne. Czytelnik powinien móc bez problemu odnaleźć fragment w oryginalnej publikacji.
Przy parafrazie zasady podawania stron bywają różne w zależności od przyjętego standardu, ale z praktycznego punktu widzenia wskazanie konkretnej strony często jest bardzo dobrym zwyczajem. Pokazuje precyzyjnie, skąd pochodzi wykorzystana myśl, i ułatwia jej sprawdzenie.
Zwłaszcza w pracy dyplomowej nie ma sensu utrudniać życia promotorowi.
Jeżeli odwołujemy się do książki liczącej pięćset stron i podajemy tylko nazwisko oraz rok, osoba sprawdzająca naszą interpretację musi szukać odpowiedniego fragmentu w całym tomie.
Podanie strony rozwiązuje problem.
Nie należy również traktować odwołania harwardzkiego jako magicznego zaklęcia, które można postawić na końcu bardzo długiego akapitu i w ten sposób załatwić sprawę pochodzenia wszystkich informacji.
Jeśli akapit zawiera poglądy trzech autorów, powinno być jasne, która część odnosi się do którego źródła.
To samo dotyczy przypisów dolnych, ale system harwardzki szczególnie dobrze pokazuje problem, bo nazwiska są widoczne bezpośrednio w tekście.
Czasem student pisze pół strony, następnie na końcu stawia:
(Kowalski 2018; Nowak 2020; Wiśniewski 2021).
I właściwie nie wiadomo, który autor powiedział co.
Możliwe, że wszyscy twierdzą to samo.
Możliwe, że każdy napisał coś innego.
Praca powinna to wyjaśniać.
Odwołania bibliograficzne nie zastępują poprawnej konstrukcji wywodu.
Bardzo przydatne są wtedy zdania typu:
Kowalski (2018) zwraca uwagę przede wszystkim na…
Odmienne stanowisko przedstawia Nowak (2020), który…
Podobne wyniki uzyskał natomiast Wiśniewski (2021).
Taki fragment nie tylko poprawnie dokumentuje źródła, ale również pokazuje, że student rzeczywiście pracuje z literaturą, porównuje ją i rozumie.
I tu pojawia się jedna z rzeczywistych zalet systemu harwardzkiego: bardzo dobrze nadaje się do pisania przeglądu literatury.
Nazwiska i daty są częścią narracji. Widać rozwój badań. Można łatwo pokazać, że pierwszy autor zaproponował określoną koncepcję w 1998 roku, później została ona rozwinięta w 2005, a nowsze badania z 2022 roku podważyły część wcześniejszych wniosków.
W takim rodzaju tekstu autor–data ma całkiem sporo sensu.
Czy jest przyjaźniejszy dla każdego czytelnika?
Niekoniecznie.
Czy jest bezwartościowym reliktem?
Też nie.
W gruncie rzeczy oba systemy rozwiązują ten sam problem w inny sposób.
Przypisy dolne oddzielają informacje o źródłach od głównego tekstu.
System harwardzki wprowadza najważniejszą informację o źródle bezpośrednio do tekstu, natomiast pełny opis przenosi do bibliografii.
Które rozwiązanie preferujemy, zależy w dużej mierze od przyzwyczajeń, rodzaju pracy i charakteru dyscypliny.
Student nie musi jednak rozstrzygać tego wielkiego sporu metodologicznego.
Ma znacznie prostsze zadanie.
Dowiedzieć się, czego wymaga uczelnia.
Przeczytać instrukcję.
Wybrać właściwy wzór.
I stosować go konsekwentnie od pierwszej do ostatniej strony.
Bo najgorszy nie jest ani system harwardzki, ani przypisy dolne.
Najgorszy jest trzeci system: „za każdym razem zapiszę źródło trochę inaczej”.
A ten, niestety, studenci wymyślają wyjątkowo często.