Czy promotorzy to idioci?

5/5 - (1 vote)

Coraz bardziej skłaniam się do zdania, że większość polskich promotorów to zwyczajni idioci. Jeśli dziwicie się skąd tyle osób nie pisze samodzielnie pracy magisterskiej, podkłada promotorowi już bronioną pracę (nie wszystkie uczelnie sprawdzają prace programami antyplagiatowymi, a nawet jak sprawdzają to w bazie tych programów nie ma wszystkich prac), albo pracę napisaną przez kogoś innego na zlecenie, to nie dziwcie się – pomyślcie o nich, jak o idiotach i wszystko stanie się zrozumiałe.

A już najbardziej do szału doprowadza mnie to, że promotorzy nie rozumieją słów, którymi się posługują. Na przykład uparcie nazywają plan pracy spisem treści. A więc do promotorów-idiotów odezwa: spis treści to będzie, jak ta treść już będzie, przed napisaniem tej treści, czyli pracy możemy jedynie mówić o planie pracy. Jak możecie edukować ludzi skoro sami jesteście niewyedukowani!

Aktualizacja 2026

Oczywiście problem nie polega na tym, że każdy promotor jest niekompetentny. Są promotorzy świetni: konkretni, dostępni, potrafiący wskazać błąd, podpowiedzieć kierunek i jednocześnie zostawić studentowi wystarczająco dużo samodzielności. Problem zaczyna się wtedy, gdy trafiamy na osobę, która sama nie potrafi jasno określić, czego oczekuje, a mimo to wymaga od studenta odgadywania tych oczekiwań.

I chyba właśnie to jest najbardziej irytujące.

Student przynosi plan pracy. Promotor mówi, że jest zły. Student pyta dlaczego. W odpowiedzi słyszy: „proszę to przemyśleć”. Świetna rada. Można równie dobrze powiedzieć: „proszę napisać lepiej”. Tylko co właściwie ma zostać poprawione? Kolejność rozdziałów? Zakres? Tytuły? Za mało teorii? Za dużo teorii? Brakuje części badawczej? A może problem jest zupełnie gdzie indziej?

Promotor powinien umieć nazwać problem.

Jeżeli plan jest zbyt szeroki, powinien powiedzieć: ten rozdział wychodzi poza temat. Jeżeli dwa podrozdziały się dublują, powinien wskazać które. Jeżeli student źle formułuje cel pracy, powinien wytłumaczyć, na czym polega błąd. Nie chodzi o pisanie pracy za studenta, ale o udzielenie mu informacji, dzięki której będzie wiedział, co poprawić.

Tymczasem zdarzają się sytuacje, w których student przez kilka tygodni wykonuje kolejne wersje tego samego planu, a promotor za każdym razem zmienia zdanie. Najpierw rozdział ma być teoretyczny, potem „za dużo teorii”. Najpierw trzeba rozbudować metodologię, potem okazuje się, że metodologii jest „za dużo”. Najpierw temat jest dobry, a po miesiącu staje się „zbyt ogólny”.

Nie twierdzę, że promotor nie ma prawa zmieniać zdania. Ma. Podczas pracy mogą pojawić się nowe problemy i niekiedy wcześniejsza koncepcja rzeczywiście wymaga korekty. Ale jeśli za zmianą nie stoi żadne wyjaśnienie, student przestaje wiedzieć, czy pracuje nad merytorycznym ulepszeniem tekstu, czy tylko próbuje trafić w aktualny gust prowadzącego.

Jeszcze ciekawiej robi się wtedy, gdy pojawiają się „żelazne zasady”, których nie można znaleźć w żadnym regulaminie ani poradniku uczelni.

„Rozdział musi mieć dokładnie trzy podrozdziały”.

Dlaczego?

„Bo tak się pisze”.

Albo:

„Praca magisterska musi mieć trzy rozdziały”.

Dlaczego trzy?

„Bo tak”.

To nie jest argument naukowy. To zwyczaj.

Oczywiście promotor może preferować określoną konstrukcję i w wielu przypadkach ma ku temu dobre powody. Trzy rozdziały – teoretyczny, metodologiczny i badawczy – rzeczywiście mogą być bardzo praktycznym rozwiązaniem. Problem pojawia się wtedy, gdy rozwiązanie wygodne zostaje przedstawione jako jakaś niepodważalna prawda metodologiczna.

Podobnie bywa z liczbą stron.

Jeden promotor twierdzi, że praca magisterska poniżej osiemdziesięciu stron „nie wygląda poważnie”. Inny każe skrócić siedemdziesięciostronicowy tekst, bo „magisterka nie powinna być taka długa”. Student przechodzący między tymi seminariami mógłby dojść do wniosku, że istnieją dwie zupełnie różne nauki o pisaniu prac dyplomowych.

Tymczasem objętość powinna wynikać z tematu, zasad uczelni i sposobu opracowania problemu. Jeśli wszystko zostało powiedziane na sześćdziesięciu stronach, dopisywanie dwudziestu kolejnych tylko po to, aby dokument wyglądał grubiej, nie podnosi jego wartości. Często daje efekt przeciwny: pojawiają się powtórzenia, zbędne definicje i całe podrozdziały napisane wyłącznie „na objętość”.

Osobną kategorię stanowią promotorzy obsesyjnie przywiązani do konkretnych sformułowań.

Student pisze: „celem pracy jest analiza…”.

Promotor poprawia: „celem niniejszej pracy jest dokonanie analizy…”.

Na następnej konsultacji ten sam zwrot zostaje zmieniony na: „głównym celem podjętych rozważań jest…”.

I nagle największym problemem pracy nie jest już to, czy analiza ma sens, lecz to, czy autor użył dokładnie takiej konstrukcji zdania, jaką lubi promotor.

To jest pomylenie hierarchii.

Język pracy jest ważny. Precyzja jest ważna. Ale jeszcze ważniejsze jest to, czy student wie, co analizuje i po co. Można mieć perfekcyjnie sformułowany cel, który jest całkowicie oderwany od późniejszych badań.

Tak samo można mieć stylistycznie przeciętną pracę, która jest logiczna, samodzielna i poprawna merytorycznie.

Dobry promotor powinien potrafić rozróżnić te rzeczy.

Kolejna sprawa to konsultacje.

Niektórzy promotorzy potrafią przez kilka tygodni nie odpowiadać na wiadomość, a potem mieć pretensje, że student „za wolno pracuje”. Inni oddają rozdział po miesiącu i oczekują poprawionej wersji za trzy dni. Jeszcze inni czytają tylko pierwsze dwie strony i wpisują na końcu „proszę poprawić styl w całym rozdziale”.

Student zostaje wtedy sam z zagadką: co dokładnie jest nie tak?

Jeśli promotor zauważa powtarzający się błąd, nie musi oczywiście poprawiać każdego zdania. Wystarczy jednak wskazać kilka przykładów i wyjaśnić zasadę. Wtedy student może poprawić resztę sam. To właśnie jest uczenie.

Poprawienie czerwonym kolorem dwudziestu przecinków bez wyjaśnienia czegokolwiek niekoniecznie nim jest.

Podobnie z przypisami. Zamiast napisać „źle”, można powiedzieć: brakuje miejsca wydania, numeru strony albo tytułu czasopisma. Student wie wtedy, jaki jest standard i może go później stosować konsekwentnie.

Najgorszym modelem współpracy jest promotor, który jednocześnie oczekuje samodzielności i karze za każdą samodzielną decyzję.

„Proszę być samodzielnym”.

Student jest samodzielny.

„Dlaczego zrobił pan to w ten sposób?”.

„Bo uznałem, że…”.

„Nie należy samemu takich rzeczy ustalać”.

I jak tu wygrać?

Promotor powinien jasno określić obszary, w których student może decydować, oraz te, które wymagają uzgodnienia. Jeśli temat, metoda czy konstrukcja badań mają być konsultowane, dobrze powiedzieć to na początku. Jeśli natomiast student ma swobodę w organizacji podrozdziałów czy doborze części literatury, nie należy później traktować każdej innej decyzji jako błędu.

Czasami problemem nie jest nawet brak wiedzy promotora, lecz brak zainteresowania.

Promotor prowadzi kilkanaście prac jednocześnie, ma zajęcia, badania, obowiązki administracyjne i jeszcze kilka innych rzeczy. Student ze swoją pracą jest gdzieś na końcu tej listy. To można zrozumieć. Trudniej zrozumieć sytuację, w której przyjmuje się dużą liczbę dyplomantów, a potem nie ma czasu na przeczytanie ich tekstów.

Skoro promotor ma formalnie kierować przygotowaniem pracy, musi mieć przynajmniej minimalny czas, żeby tę funkcję rzeczywiście wykonywać.

Nie chodzi o to, by siedział ze studentem nad każdym akapitem.

Chodzi o to, żeby przeczytał kluczowe fragmenty, zanim praca zostanie ukończona.

Bo cóż daje uwaga „metodologia jest błędna”, jeśli pojawia się tydzień przed terminem złożenia, po zakończeniu całych badań?

To nie jest już konsultacja. To informacja o katastrofie.

Z drugiej strony warto być uczciwym: część konfliktów z promotorami wynika również z zachowania studentów.

Student wysyła sześćdziesiąt stron w piątek wieczorem i w poniedziałek rano pyta, czy promotor „już zdążył sprawdzić”. Albo przez trzy miesiące nie pokazuje nic, a na dwa tygodnie przed terminem przynosi całą pracę. Potem jest oburzony, że prowadzący znajduje w niej fundamentalne problemy.

Tak też nie można pracować.

Promotor nie jest automatem do korekty tekstu.

Rozsądna współpraca wymaga regularności po obu stronach. Student powinien dostarczać materiał etapami, a promotor – udzielać informacji zwrotnej w terminie pozwalającym na jej wykorzystanie. To wcale nie jest wygórowane oczekiwanie.

Warto również odróżnić dwie sytuacje. Jedna to taka, w której promotor wymaga czegoś, z czym student się nie zgadza, ale potrafi to uzasadnić. Druga – gdy wymaganie jest całkowicie arbitralne.

Jeżeli prowadzący mówi: „proszę nie stosować ankiety, bo przy tym problemie lepszy będzie wywiad i już tłumaczę dlaczego” – mamy merytoryczną dyskusję.

Jeśli mówi: „ankiet się nie robi w pracach magisterskich” – pojawia się problem.

Jeżeli twierdzi: „ten rozdział trzeba skrócić, ponieważ połowa treści nie odpowiada tematowi” – to konkretna uwaga.

Jeśli mówi: „rozdziały po dwadzieścia stron wyglądają lepiej” – mamy raczej kwestię estetyczną niż metodologiczną.

Student powinien nauczyć się rozpoznawać tę różnicę.

Nie oznacza to jednak, że każdą arbitralną uwagę warto kwestionować. Tu dochodzimy do mało romantycznej prawdy o pracy dyplomowej: promotor ma duży wpływ na to, czy cały proces przebiegnie sprawnie.

Można więc prowadzić wielką batalię o to, czy podrozdział powinien mieć numer 2.3 czy 2.4.

Pytanie tylko: po co?

Jeśli uwaga nie szkodzi pracy, a jej zastosowanie zajmuje pięć minut, czasem prościej ją przyjąć. Nie każda różnica zdań musi stać się sporem metodologicznym.

Inaczej wygląda sytuacja, gdy wymaganie prowadzi do poważnego błędu, zmienia sens badań albo jest sprzeczne z oficjalnymi zasadami uczelni. Wtedy warto spokojnie poprosić o wyjaśnienie i odwołać się do konkretnych wytycznych.

Spokojnie – to ważne słowo.

Nawet jeśli promotor doprowadza nas do szału.

List zaczynający się od „Szanowny Panie Profesorze, najwyraźniej znowu nie zrozumiał Pan…” raczej nie poprawi jakości współpracy.

Znacznie lepiej napisać: „W wytycznych uczelni znalazłem zapis X. Czy w związku z tym powinienem zastosować rozwiązanie A, czy zgodnie z Pana sugestią B?”.

W ten sposób problem zostaje sprowadzony do konkretu.

I często okazuje się, że nie było żadnego konfliktu, tylko obie strony mówiły o czymś trochę innym.

Wracając do nieszczęsnego „spisu treści” i „planu pracy” – warto zachować odrobinę proporcji.

Tak, logicznie plan przygotowujemy przed napisaniem tekstu, a spis treści opisuje strukturę istniejącego dokumentu. Ale w praktyce akademickiej określenie „proszę przynieść spis treści” bardzo często oznacza po prostu „proszę przygotować projekt przyszłego spisu treści”, czyli plan rozdziałów i podrozdziałów.

Czy jest to terminologicznie idealne?

Nie.

Czy z tego powodu należy uznać każdego promotora używającego takiego skrótu za osobę niewykształconą?

Też nie.

Znacznie ważniejsze jest to, czy wie, jaka ma być logika tej struktury i czy potrafi studentowi pomóc ją poprawić.

Można bowiem bardzo precyzyjnie rozróżniać plan od spisu treści, a jednocześnie proponować fatalną konstrukcję pracy.

I odwrotnie: można potocznie nazwać plan „spisem treści”, ale dać studentowi znakomite uwagi dotyczące układu rozdziałów.

W edukacji forma ma znaczenie, ale nie powinna przesłaniać treści.

Tak naprawdę największym problemem złego promotora nie jest pojedynczy błąd terminologiczny. Jest nim brak umiejętności prowadzenia studenta od pomysłu do gotowej pracy.

Dobry promotor nie musi znać odpowiedzi na wszystko. Może powiedzieć: „nie wiem, sprawdźmy”. Może nie znać konkretnej publikacji. Może nawet pomylić się w drobiazgu.

Ważne, żeby potrafił myśleć nad problemem razem ze studentem.

Powinien umieć powiedzieć: to jest za szerokie, to jest niepotrzebne, tutaj brakuje źródła, tutaj wniosek nie wynika z danych, tutaj pytanie badawcze nie pasuje do narzędzia.

To są uwagi, które rzeczywiście rozwijają pracę.

I takich właśnie konsultacji student potrzebuje.

Nie kilkudziesięciu czerwonych znaków zapytania.

Nie „do poprawy”.

Nie „proszę więcej literatury” bez wskazania, jakiej.

Nie „tak się nie pisze” bez wyjaśnienia, jak się pisze i dlaczego.

Jeśli więc miałbym przeredagować tytuł tego wpisu po całym tym wywodzie, być może brzmiałby: „Dlaczego niektórzy promotorzy tak bardzo utrudniają pisanie pracy?”.

To mniej efektowne.

Ale chyba bliższe sednu.

Problemem nie jest bowiem istnienie złych czy niedouczonych ludzi na uczelniach – tacy ludzie są w każdej grupie zawodowej. Prawdziwym problemem jest sytuacja, w której student trafia na słabo prowadzone seminarium i przez pół roku próbuje zgadywać zasady gry, zamiast uczyć się pisania pracy naukowej.

Bo promotor powinien być właśnie od tego, żeby tych zasad nie trzeba było zgadywać.

Dodaj komentarz