Nie jest dobrze w branży pisania prac

5/5 - (1 vote)

Tak, jak już pisałem, mam znajomego, który prowadzi serwis pisania prac.

Próbowały mu go zamknąć różne stowarzyszenia (składając doniesienia o popełnieniu przestępstwa), prokuratura, policja… I nic. Nikomu się udało. Miał zarzuty, był podejrzany, nie mógł na dłużej niż 7 dni opuszczać kraju itd. itp., ale wszystkie próby te były nieudane. Serwis bez przerwy działał – bez przestojów, bez przerywania pracy.

Ale dzisiaj wychodzi na to, że tego, czego nie mogła zrobić policja, prokuratura prawdopodobnie dokona kryzys. A w zasadzie dwa kryzysy – jeden ekonomiczny, drugi demograficzny. Ekonomicznego nie trzeba tłumaczyć. O demograficznym to w zasadzie trzeba by pisać w cudzysłowie. Chodzi generalnie o mniejszą ilość studentów – co jest nie tylko kwestią niżu demograficznego, ale i innych czynników powodujących, że mniej osób podejmuje studia (na przykład coraz powszechniejsze jest zdanie, że ukończenie studiów nie pomaga, albo niewiele pomaga w znalezieniu pracy) – w efekcie niektóre uczelnie zamykają kierunki, filie, niektóre będą upadać.

Cała branża pisania prac przeżywa kryzys. Mój znajomy niemal codziennie dostaje maile od osób, które chciałby z nim współpracować – niektóre z nich nie rozumieją, że to problem w skali całego kraju, a nie tylko jednego serwisu:

„Jestem zainteresowany współpracą związaną z pisaniem opracowań naukowych na zlecenie. Zajmuję się tym od około dwóch lat, jednak zaniedbania poprzednich zleceniodawców spowodowały obniżenie wyników wyszukiwania ich stron www, a tym samym znaczący spadek liczby klientów…”

Szanowna osobo próbująca kandydować na współpracownika, u mojego znajomego też nie dostaniesz pracy, bo to nie wina zaniedbań Twoich poprzednich zleceniodawców jest powodem tego, że nie masz pracy.

(Tak trochę komentując podejście tej osoby, to można wnosić, że nie jest zbyt bystra. Jeśli pisząc takiego maila ma się nadzieję, że odniesie on zamierzony skutek – czyli uzyskanie pracy – to trzeba być mocno bezmyślnym. Zajmuje się pisaniem od około dwóch lat – strasznie mało, dobrzy fachowcy zajmują się tym kilkanaście lat – nie powinna więc tego podkreślać, należałoby znaleźć swoje inne atuty. Obniżenie wyników wyszukiwania, mniej zleceń – wtedy zleceń nie dostają osoby najmniej kompetentne – czyli sam sobie kandydat wystawił laurkę. Poza tym, to niesmaczne – obmawiać swoich poprzednich chlebodawców; można przypuszczać, że w przyszłości może obmawiać aktualnych adresatów.)

Czyli co? Niech żyje wolny rynek?


Aktualizacja 2025

Tak jak już wcześniej wspominałem, mam znajomego, który od wielu lat prowadzi serwis zajmujący się pisaniem prac na zlecenie. Jest to działalność, która funkcjonuje na pograniczu prawa, etyki i akademickiej hipokryzji, a jednocześnie – przez długi czas – była zaskakująco odporna na wszelkie próby jej ograniczenia. Przez lata obserwowałem z bliska, jak ten rynek działa, jakie mechanizmy nim rządzą i jak bardzo potrafi być odporny na naciski instytucjonalne. Dlatego tym ciekawsze jest to, że dziś wyraźnie widać, iż branża ta znalazła się w poważnych tarapatach, choć przyczyny tego stanu rzeczy są zupełnie inne, niż wielu mogłoby się spodziewać.

Próby zamknięcia serwisu mojego znajomego podejmowały różne podmioty. Były stowarzyszenia walczące o „czystość akademicką”, które składały doniesienia o rzekomym popełnieniu przestępstw. Była prokuratura, była policja, były postępowania, zarzuty, status podejrzanego, ograniczenia w opuszczaniu kraju. Cały ten aparat państwowy, teoretycznie dysponujący ogromnymi środkami, przez lata próbował coś zrobić, ale realny efekt był żaden. Serwis działał nieprzerwanie, bez przestojów, bez zawieszania działalności, bez większego wpływu na liczbę zleceń. Klienci byli, pieniądze krążyły, a system funkcjonował dalej, jakby nic się nie działo.

Z perspektywy czasu można wręcz powiedzieć, że działania organów ścigania miały charakter bardziej symboliczny niż realny. Owszem, dla osoby prowadzącej taki biznes było to uciążliwe, stresujące i czasochłonne, ale nie stanowiło zagrożenia egzystencjalnego dla działalności. Prawo okazało się dziurawe, nieprecyzyjne albo po prostu nieskuteczne. Uczelnie z jednej strony potępiały proceder, z drugiej strony korzystały z niego pośrednio, bo systemowo były niezdolne do rzetelnej weryfikacji samodzielności prac. W efekcie wszystko trwało w pewnej równowadze, opartej na wzajemnym udawaniu.

I nagle okazuje się, że to, czego nie była w stanie zrobić policja ani prokuratura, może zrobić coś znacznie bardziej prozaicznego i bezosobowego, czyli kryzys. Właściwie nawet nie jeden kryzys, lecz dwa, które nałożyły się na siebie i zaczęły wzajemnie wzmacniać swoje skutki. Pierwszy z nich to kryzys ekonomiczny, który dotyka praktycznie wszystkich branż i nie wymaga szczególnego tłumaczenia. Ludzie mają mniej pieniędzy, ostrożniej je wydają, a wydatki na usługi tego typu przestają być oczywiste i automatyczne.

Drugi kryzys jest demograficzny, choć słowo to należałoby ująć w pewien cudzysłów. Nie chodzi wyłącznie o sam niż demograficzny, czyli mniejszą liczbę młodych ludzi wchodzących w wiek studencki. Chodzi również o szereg innych czynników, które sprawiają, że coraz mniej osób decyduje się w ogóle na podjęcie studiów. Coraz powszechniejsze jest przekonanie, że dyplom nie gwarantuje pracy, że studia niewiele pomagają w rozwoju zawodowym, a czas i pieniądze lepiej zainwestować w inne formy edukacji lub bezpośrednio w rynek pracy.

Efektem tego jest spadek liczby studentów, a co za tym idzie – spadek liczby potencjalnych klientów dla branży pisania prac. Niektóre uczelnie zamykają kierunki, inne likwidują filie, jeszcze inne balansują na granicy opłacalności. Mniej studentów to mniej prac licencjackich, magisterskich i podyplomowych, a więc mniej zleceń. To prosta zależność, której nie da się oszukać żadnym marketingiem ani optymalizacją stron internetowych.

Cała branża pisania prac przeżywa dziś wyraźny kryzys. Mój znajomy niemal codziennie dostaje wiadomości od osób, które chciałyby z nim współpracować. Są to zarówno pojedynczy autorzy, jak i osoby próbujące „podpiąć się” ze swoimi małymi serwisami pod większy, stabilniejszy podmiot. Wiele z tych maili zdradza jednak kompletny brak zrozumienia sytuacji rynkowej. Ich autorzy zdają się wierzyć, że problem leży w złym zarządzaniu, zaniedbaniach SEO albo błędach poprzednich zleceniodawców, a nie w fundamentalnej zmianie warunków funkcjonowania całej branży.

Przykładowy mail, który zacytowałem, jest pod tym względem wręcz modelowy. Autor deklaruje, że zajmuje się pisaniem opracowań naukowych od około dwóch lat i że spadek liczby klientów wynika z zaniedbań poprzednich zleceniodawców, które doprowadziły do obniżenia pozycji stron w wynikach wyszukiwania. Już samo to pokazuje, jak bardzo oderwane od rzeczywistości bywa myślenie takich osób. Zakładają one, że rynek jest wciąż taki sam, a jedynym problemem jest techniczna widoczność w Google.

Tymczasem prawda jest brutalnie prosta. U mojego znajomego taka osoba również nie dostanie pracy, bo nie ma pracy dla nikogo. To nie jest kwestia złego zarządzania jednym serwisem, tylko problem systemowy, obejmujący cały kraj. Gdy liczba zleceń spada, pierwsze odpadają osoby najsłabsze, najmniej doświadczone i najmniej kompetentne. Rynek w naturalny sposób się kurczy i selekcjonuje tych, którzy na nim pozostają.

Na marginesie warto skomentować sposób, w jaki autor tego maila próbuje się zaprezentować. Pisanie prac od około dwóch lat to w tej branży bardzo krótki staż. Najlepsi autorzy zajmują się tym kilkanaście lat, znają procedury, wymagania promotorów, style uczelni i potrafią przewidywać problemy, zanim się pojawią. Podkreślanie tak krótkiego doświadczenia nie jest atutem, lecz słabością. Zamiast tego należałoby wskazać inne kompetencje, specjalizacje czy umiejętności, które mogłyby mieć jakąkolwiek wartość.

Równie niefortunne jest zrzucanie winy na poprzednich zleceniodawców. Obmawianie ludzi, z którymi wcześniej się współpracowało, jest nie tylko niesmaczne, ale też krótkowzroczne. Jeśli ktoś w ten sposób opisuje swoich byłych partnerów biznesowych, łatwo sobie wyobrazić, że w przyszłości podobnie będzie wypowiadał się o obecnych. To sygnał ostrzegawczy dla każdego, kto miałby rozważać taką współpracę.

W gruncie rzeczy cała ta sytuacja prowadzi do jednego pytania: czy to po prostu naturalne działanie wolnego rynku? Branża, która przez lata funkcjonowała w specyficznej niszy, korzystając z luk systemowych i społecznego przyzwolenia, dziś zderza się z realiami ekonomicznymi i demograficznymi. Nie pomaga prawo, nie pomaga etyka, ale pomaga brak popytu. I być może właśnie w ten sposób ten rynek zostanie ostatecznie uregulowany, bez wielkich procesów, zakazów i medialnych kampanii. Po prostu przez to, że przestanie się opłacać. Czyli co? Niech żyje wolny rynek?

Dodaj komentarz