Nieuczciwi piszący

5/5 - (1 vote)

Mój znajomy, który prowadzi serwis pisania prac podesłał mi dzisiaj kilka maili, wszystkie podobne, od tej samej osoby – jakiegoś Adama, poniżej prezentuje dwa z nich:

„Posiadam 80 prac w tym magisterskich i licencjackich. Wszystkie prace są mojego autorstwa, jestem zainteresowany ich sprzedażą.”

„Mam do sprzedania 80 prac naukowych: magisterskich i licencjackich. Wszystkie są mojego autorstwa. Jeżeli jesteście Państwo zainteresowani to proszę o kontakt Tel. … W załączniku przesyłam spis tematów.”

No, cóż, pan Adam nie obronił tych wszystkich prac. Wierzymy mu, że je napisał. Jednak na pewno nie napisał ich dla siebie, napisał je dla jakichś klientów. Ci klienci zapłacili mu za te prace myśląc, że skoro płacą, to tylko oni będą mieli prawo dysponowania tymi pracami. Tylko tak myśleli, bo tu nieuczciwy pan Adam sprzedaje to, co dla nich napisał. Teraz każdy może się dowiedzieć, że dana praca została napisana przez pana Adama. Implikacje jakie to za sobą niesie pozostawiam Państwa domyślności. I przestrzegam przed panami Adamami.

Aktualizacja 2026

I tu właśnie zaczyna się problem, którego wiele osób w ogóle nie bierze pod uwagę. Kiedy ktoś zleca przygotowanie pracy osobie trzeciej, bardzo często myśli wyłącznie o jednym: żeby otrzymać plik, oddać go i mieć sprawę z głowy. Tymczasem od momentu przekazania tematu, danych, materiałów, wytycznych promotora czy nawet własnych ankiet traci sporą część kontroli nad tym, co stanie się z tym wszystkim później.

Może się oczywiście okazać, że osoba wykonująca zlecenie zachowa się uczciwie. Problem polega jednak na tym, że klient nie ma żadnej pewności, iż tak będzie.

Jeżeli ktoś raz napisał pracę i dostał za nią wynagrodzenie, może później uznać, że szkoda, aby tekst „leżał na dysku”. Może sprzedać go drugi raz. Potem trzeci. Może zmienić nazwę przedsiębiorstwa, kilka tabel, trochę przestawić rozdziały i zaoferować kolejnemu klientowi jako „indywidualnie przygotowane opracowanie”.

Dla sprzedającego to czysty zysk.

Dla wcześniejszego klienta – potencjalny problem.

Wyobraźmy sobie, że ktoś zapłacił za pracę, obronił ją, a po dwóch latach ta sama treść zaczyna krążyć po Internecie. Pojawia się na stronie z gotowymi pracami, w katalogu „wzorów” albo w ofercie przesyłanej kolejnym studentom. Trudno wtedy mówić o jakiejkolwiek poufności.

Jeszcze gorzej, jeśli sprzedający zachował korespondencję.

Temat pracy.

Nazwisko klienta.

Nazwę uczelni.

Nazwisko promotora.

Uwagi przesyłane przez prowadzącego.

Numery kolejnych wersji pliku.

Czasem nawet dane dotyczące terminu obrony.

Nagle osoba, która chciała po prostu „zamówić tekst”, odkrywa, że ktoś obcy posiada bardzo dokładną dokumentację całej współpracy.

I co właściwie może z tym zrobić?

Bardzo dużo.

Może nic.

Może sprzedać pracę dalej.

Może pochwalić się nią w portfolio.

Może pokazać fragmenty korespondencji.

Może wykorzystać tekst do przygotowania kolejnych opracowań.

A w najbardziej nieprzyjemnym wariancie może próbować wykorzystać posiadane informacje jako narzędzie nacisku.

To oczywiście scenariusz skrajny, ale sam fakt, że klient nie ma kontroli nad kopią pracy, powinien dać do myślenia.

Nieuczciwość może zresztą wyglądać znacznie bardziej banalnie.

Ktoś obiecuje tekst „pisany od zera”, a w rzeczywistości składa go z fragmentów kilku wcześniejszych prac.

Ktoś deklaruje, że korzysta wyłącznie z literatury naukowej, a większość materiału pochodzi z przypadkowych stron internetowych.

Ktoś zapewnia, że wszystkie przypisy są sprawdzone, ale połowa publikacji nie istnieje albo ma błędne dane.

Ktoś mówi, że wykona analizę statystyczną, a po prostu tworzy kilka wykresów i dopisuje do nich ogólne komentarze.

Na pierwszy rzut oka tekst może wyglądać bardzo profesjonalnie.

Ma pięćdziesiąt stron.

Są nagłówki.

Są przypisy.

Jest bibliografia.

Jest kilka tabel.

Czyli „musi być dobrze”.

Niekoniecznie.

Długi tekst może być równie dobrze długim zbiorem błędów.

Szczególnie niebezpieczne są prace z dziedzin, których klient sam słabo zna. Jeśli student nie potrafi ocenić jakości merytorycznej zamówionego materiału, może nie zauważyć, że autor myli podstawowe pojęcia albo wyciąga wnioski, które w ogóle nie wynikają z danych.

A potem przychodzi obrona.

Promotor pyta:

„Dlaczego zastosował pan właśnie tę metodę?”

I zapada cisza.

„Na jakiej podstawie przyjął pan taki podział?”

Cisza.

„Co oznacza ten współczynnik w tabeli 12?”

Jeszcze dłuższa cisza.

Wtedy okazuje się, że największym problemem nie jest nawet to, kto napisał tekst, tylko to, że student nie rozumie własnej pracy.

Nieuczciwy wykonawca rzadko będzie się tym przejmował.

Dostał pieniądze.

Wysłał plik.

Zadanie zakończone.

Obrona jest już problemem klienta.

Dlatego bardzo zabawne są wszystkie zapewnienia w rodzaju „gwarancja obrony”.

Nikt rozsądny nie może zagwarantować, jakie pytanie zada komisja, jak zachowa się promotor ani czy student będzie potrafił odpowiedzieć na pytania dotyczące tekstu, którego sam nie przygotował.

Można zagwarantować dostarczenie pliku.

Można obiecać liczbę stron.

Można zadeklarować termin.

Ale „gwarancja obrony” brzmi raczej jak hasło reklamowe niż realna gwarancja czegokolwiek.

Podobnie z „gwarancją antyplagiatu”.

Co ona właściwie znaczy?

Że tekst nie został skopiowany?

Że nie został wcześniej sprzedany?

Że nie zostanie sprzedany jutro?

Że nie zawiera cudzych fragmentów?

Że jakieś narzędzie nie wykaże wysokiego podobieństwa?

Każde z tych pytań dotyczy czegoś innego.

Sprzedający może dziś przesłać nowy, niepublikowany wcześniej tekst i rzeczywiście uzyskać niski poziom podobieństwa. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, żeby miesiąc później sprzedał ten sam plik komuś innemu.

Pierwszy klient dowie się o tym ostatni.

Albo nigdy.

Jeszcze inny problem to dane badawcze. Jeśli student przekazuje wykonawcy wyniki ankiet, wywiady, materiały przedsiębiorstwa albo dokumenty otrzymane w miejscu pracy, powinien zastanowić się, co właściwie udostępnia obcej osobie.

Czy te dane są publiczne?

Czy zawierają informacje wewnętrzne?

Czy można je swobodnie przekazywać dalej?

Czy respondenci zgodzili się na taki sposób przetwarzania ich wypowiedzi?

To nie są drobiazgi.

Szczególnie jeśli praca powstaje na podstawie materiałów firmowych.

Student może otrzymać dostęp do dokumentów właśnie dlatego, że pracuje w danej organizacji albo uzyskał zgodę na wykorzystanie ich w pracy. Nie oznacza to automatycznie, że może przesłać je komuś nieznanemu, kto siedzi po drugiej stronie Internetu.

A jednak właśnie tak się dzieje.

„Proszę przesłać wszystko, co pan ma”.

I student wysyła.

Raporty.

Dane finansowe.

Ankiety.

Materiały wewnętrzne.

Czasem nawet listę pracowników.

A potem zastanawia się, czy wykonawca jest uczciwy.

Trochę późno.

Warto też pamiętać, że nieuczciwy wykonawca może wykorzystać nie tylko samą pracę, ale także pomysły.

Załóżmy, że student ma dostęp do interesujących danych, przygotował oryginalny temat i przekazał komplet materiałów osobie, która miała jedynie „pomóc w napisaniu”.

Po kilku miesiącach może się okazać, że podobne opracowanie pojawiło się gdzie indziej.

Albo że ktoś wykorzystał te same dane do stworzenia artykułu.

Czy tak się stanie?

Nie wiadomo.

Ale znowu wracamy do tego samego problemu: utraty kontroli.

Zaufanie do obcej osoby staje się podstawą całej transakcji.

A przecież klient często nie zna nawet prawdziwego nazwiska wykonawcy.

Ma adres e-mail.

Numer telefonu.

Czasem profil w komunikatorze.

I właściwie tyle.

W dodatku nieuczciwość nie zawsze musi oznaczać świadome oszustwo. Czasem osoba przyjmująca zlecenie po prostu przecenia własne możliwości.

Podejmuje się napisania pracy z finansów, choć zna się głównie na zarządzaniu.

Bierze temat prawniczy, choć nie potrafi właściwie analizować przepisów.

Podejmuje się statystyki, choć jej wiedza kończy się na obliczeniu średniej.

Klient dowiaduje się o tym dopiero po otrzymaniu uwag promotora.

Wtedy zaczyna się klasyczna historia:

„Promotor się czepia”.

„Promotor ma dziwne wymagania”.

„To kwestia jego gustu”.

Czasami rzeczywiście promotor może mieć specyficzne oczekiwania.

Ale czasami po prostu zauważa błędy.

I wtedy wykonawca, zamiast je naprawić, zaczyna przerzucać odpowiedzialność na prowadzącego.

To bardzo wygodne.

Każdą krytyczną uwagę można przecież skwitować stwierdzeniem, że „na innych uczelniach przechodzi”.

Tylko że student nie broni pracy na „innych uczelniach”.

Broni ją na swojej.

U swojego promotora.

Według konkretnych wymagań.

Nieuczciwi piszący potrafią również celowo przyjmować więcej zleceń, niż są w stanie wykonać. Wszystko wygląda świetnie do momentu, gdy zbliża się termin.

Wtedy zaczynają się opóźnienia.

„Jutro wysyłam”.

„Jeszcze tylko poprawiam przypisy”.

„Miałem awarię komputera”.

„Plik jest prawie gotowy”.

„Wieczorem na pewno”.

I nagle student, który miał trzy tygodnie zapasu, zostaje z niczym na dwa dni przed konsultacją.

Jeżeli próbuje się dodzwonić, telefon przestaje odpowiadać.

Trudno wtedy cokolwiek zrobić.

Dlatego paradoksalnie najlepszą ochroną przed „panami Adamami” nie jest znalezienie bardziej uczciwego pana Adama.

Jest nią niewchodzenie w sytuację, w której ktoś obcy posiada nad nami tak dużą przewagę.

Pomoc przy pracy może być potrzebna.

Konsultacja może być potrzebna.

Korekta językowa może być potrzebna.

Pomoc ze statystyką może być potrzebna.

Wyjaśnienie metodologii może być potrzebne.

Ale im bardziej pomoc przypomina całkowite przejęcie zadania, tym większa zależność od osoby, która je wykonuje.

I tym większe ryzyko.

Jeśli ktoś poprawia nasz tekst, nadal mamy własny tekst.

Jeśli ktoś tłumaczy nam statystykę, nadal sami wykonujemy analizę.

Jeśli ktoś konsultuje plan, nadal sami podejmujemy decyzje.

Jeśli ktoś natomiast przygotowuje całość, posiada również całość.

I kopię.

I historię współpracy.

I często dowody na to, kto naprawdę wykonał pracę.

To bardzo dużo jak na relację z osobą poznaną przez Internet.

Dlatego największym problemem przy korzystaniu z nieuczciwych „piszących” nie jest nawet sama jakość tekstu.

Jest nim asymetria.

Klient przekazuje pieniądze, dane, temat, informacje o uczelni i często własne materiały.

Druga strona przekazuje plik.

A następnie nadal posiada wszystko, co dostała.

Jeśli jest uczciwa, na tym historia się kończy.

Jeśli nie jest – dopiero się zaczyna.

I właśnie dlatego przed nieuczciwymi wykonawcami naprawdę warto przestrzegać.

Nie dlatego, że każdy, kto pomaga studentom, jest oszustem.

Nie dlatego, że każda płatna konsultacja jest czymś złym.

Ale dlatego, że oddawanie komuś całej odpowiedzialności za własną pracę oznacza jednocześnie oddanie mu bardzo dużej kontroli nad własną sytuacją.

A pan Adam z osiemdziesięcioma pracami pokazuje bardzo dobrze, jak taka kontrola może zostać wykorzystana.

Klient myśli, że kupił tekst.

Tymczasem czasami kupił jedynie jedną z jego kopii.

2 komentarze do “Nieuczciwi piszący”

  1. Sądzę, że klienci pana Adama nigdy go nie widzieli twarzą w twarz, że wszyscy ci klienci kontraktowali się z nim tylko i wyłącznie przez Internet i telefon. Szczególnie więc przestrzegam przed osobami, serwisami, z którymi kontakt jest tylko wirtualny, gdy nie można się z daną osobą spotkać, przyjść do biura danej firmy.

    Odpowiedz
  2. W aktualnej sytuacji moja poprzednia uwaga o przyjściu do firmy jest mało aktualna – w dobie pandemii nie za bardzo można chodzić do biur firm. Taki sposób weryfikacji odpada, ale jeśli dalej miałbym coś doradzić, to radzę – pytajcie, pytajcie i jeszcze raz pytajcie. Im więcej pytań, tym większe prawdopodobieństwo, że oszust się zdradzi. Zapytajcie wprost, co zrobi z pracą po jej napisaniu i otrzymaniu za nią zapłaty.

    A do znajomego cały czas piszą tego typu oszuści, ostatni mail od tym razem pana Łukasza brzmiał tak:
    „Dysponuje bazą około 500 prac, napisanych przeze mnie na zlecenie, które chętnie wstawię do komisu celem sprzedaży jako prace obronione – dysponuje do nich majątkowymi prawami autorskimi, zatem mogę je wystawić.”

    Odpowiedz

Dodaj komentarz